var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: cracovia.pl

Solidni Ligowcy (6) - Bramkarz, który całował słupki

Autor: Mateusz Kasowski
2019-01-13 21:00:23

W kadrze dał mu zadebiutować Zbigniew Boniek, a Józef Wojciechowski wypychał z Polonii Warszawa. Zdaniem wielu Mariusz Liberda wyciągnął ze swojej kariery tyle, ile mógł. W Ekstraklasie rozegrał 153 spotkania, ale zapewne najważniejsze batalie toczył w barwach Groclinu Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski w eliminacjach do Pucharu UEFA.

Liberda urodził się w Żarach i to w miejscowym Promieniu stawiał pierwsze kroki. Tam trafił m.in. pod skrzydła Bolesława Kaczmarskiego, prawdziwej legendy klubu, który wyszkolił również m.in. Sebastiana Dudka, Andrzeja Niedzielana czy Andrzeja Tychowskiego. Libeda cechował się fantastycznymi warunkami (198 cm wzrostu), a do tego świetną sprawnością, co dla bramkarza okazało się kluczowe. Zaczynał jednak rzecz jasna w polu. Dopiero jeden z trenerów Promienia ustawił go na bramce, co okazało się jego ziemią obiecaną.

Jeszcze jako nastolatek grał w III lidze w barwach swojego klubu, skąd został wypatrzony przez mocniejsze kluby. Padło na Polonię Warszawa, gdzie trafił w 1996 roku. Wiosną 1997 roku dostał szansę debiutu w I lidze. W tym samym sezonie wybronił m.in. rzut karny wykonywany przez Tomasza Hajtę. Polonia podnosiła się po spadku do niższej ligi, jednak Liberda długo musiał czekać na prawdziwą szansę. Często wskakiwał do bramki na zaledwie kilka spotkań, po czym wracał na ławkę. W 2000 roku razem z kolegami mógł jednak świętować mistrzostwo Polski.

Po kilkunastu występach w Ekstraklasie, dostał szansę pokazania się w Pucharze UEFA, gdzie zagrał w dwumeczu z Udinese. W końcu w 2002 roku po sześciu latach w ekipie "Czarnych Koszul" powiedział "dość" i przeniósł się do Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski. U Bogusława Kaczmarka szybko stał się podstawowym golkiperem i w pierwszym sezonie po transferze zagrał komplet minut w całym sezonie Ekstraklasy. Razem z zespołem zajął w lidze trzecie miejsce, premiowane było awansem do eliminacji do Pucharu UEFA. Tam jak się okazało, razem z kolegami zaliczył przygodę życia. Dyskobolia była na ustach wielu, a Liberda był podstawowym golkiperem ekipy, która wyeliminowała Herthę Berlin i Manchester City. Dopiero Bordeaux okazało się zbyt mocne.

Liberda w odróżnieniu od kolegów nie przebierał jednak w zagranicznych ofertach, ale został doceniony przez ówczesnego selekcjonera reprezentacji Polski, Zbigniewa Bońka. W kadrze rozegrał trzy spotkania. Jeszcze mocniejszą pozycję mieli jednak wówczas Jerzy Dudek czy Grzegorz Szamotulski.

Nasz bohater konsekwentnie więc wypełniał zadania w klubie. W końcu jednak w 2005 roku Dusan Radolsky zaczął coraz chętniej stawiać na Sebastiana Przyrowskiego, który był postrzegany jako ogromny talent. Liberda poszedł w odstawkę i po sezonie zdecydował się na odejście do Zagłębia Lubin, gdzie załapał się na mistrzostwo Polski.

W swoim pierwszym sezonie Liberda miał pewne miejsce w składzie "Miedziowych", zachowując w 29 ekstraklasowych meczach 11-krotnie czyste konto. W swoim mistrzowskim sezonie Czesław Michniewicz kosztem wychowanka Promienia Żary zaczął stawiać na Michala Vaclavika, który bronił do końca sezonu. Zagłębie zdobyło tytuł, a Liberda mimo że kończył sezon na ławce miał w końcowym sukcesie również swój udział.

Po sezonie zdecydował się na zagraniczną próbę. Trafił do Livingston, występującego na szkockim zapleczu. Od razu trafił do pierwszego składu, jednak spisywał się na tyle słabo, że pod koniec rundy stracił miejsce w składzie i zimą powrócił do Polski. W czternastu spotkaniach stracił 28 bramek, tylko dwukrotnie zachowując czyste konto. Wrócił do Polonii Warszawa, jednak i tam ciężko mu było wywalczyć miejsce w składzie.

Ostatecznie znalazł się przy Konwiktorskiej w pierwowzorze "Klubu Kokosa", choć było to jeszcze przed erą Daniela Kokosińskiego. Razem m.in. z Grzegorzem Piechną był jednak poza drużyną, a musiał trenować dwa razy dziennie - Uwłaczająca była zwłaszcza karna lista obecności. Musieliśmy się podpisywać, kiedy przychodziliśmy na trening i kiedy go kończyliśmy. W dodatku nam nie płacono - mówił Liberda w rozmowie z "Życiem Warszawy".

Sam prowadził zresztą małą medialną wojenkę z Józefem Wojciechowskim - Po czterech meczach zostałem odstawiony, bo zdaniem Józefa Wojciechowskiego jestem słabym bramkarzem. Może jestem, ale on nie ma prawa tego oceniać, bo nie zna się na piłce. Ja mogę za to powiedzieć, że buduje słabe mieszkania. Spotkałem się z wieloma osobami, które mówią wprost - wspaniała firma Wojciechowskiego robi fuszerkę. Jest za przeproszeniem do dupy! - grzmiał Liberda w wywiadzie po rozwiązaniu kontraktu z Polonią.

42-letni obecnie były zawodnik zasłynął tym, że miał pewien przesąd. Zawsze przed meczem całował oba słupki. - Chciałem mieć tych dwóch partnerów po bokach jako sprzymierzeńców – wyjaśniał po latach dla Przeglądu Sportowego.

W pierwszym momencie po rozwiązaniu kontraktu nie miał zamiaru kończyć kariery, jednak zaczął robić kurs trenerski i w końcu zajął się właśnie trenowaniem bramkarzy. Pracował już w Wiśle Płock, Dolcanie Ząbki czy Cracovii, a w lipcu zeszłego roku dostał pracę w Zniczu Pruszków. Swoją trenerską przygodę zaczynał jednak w Escoli Varsovia.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się