var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: własne

Jak obiektywnie ocenić karierę Boruca?

Autor: Andrzej Cała
2019-01-25 13:00:20

W sobotnie popołudnie Artur Boruc wrócił do bramki Bournemouth na mecz ligowy. Na miesiąc przed 39. urodzinami. Ponad dwadzieścia miesięcy po swoim ostatnim występie w Premier League. Gola nie puścił. Fenomen!

Boruc wiele roboty nie miał, obronił raptem jeden strzał. To wystarczyło, by Bournemouth zachowało czyste konto, co w tym sezonie zdarza im się niezwykle rzadko. Artur wszedł, Artur nic nie zawalił, Artur zwyciężył.

Przyznam szczerze, że ocena jego kariery czasem nie daje mi spokoju. Może nie do tego stopnia, bym rozmyślał nad tym nocami, bez przesady, ale już podczas leżenia na kanapie i oglądania jakiegoś nudnego meczu - a owszem. Bo to naprawdę nie jest ani trochę jednoznaczna sprawa, a zarazem wręcz modelowy przykład, jak można na coś spoglądać z perspektywy szklanki do połowy pełnej albo pustej. MO-DE-LO-WY!

Najpierw spójrzmy na sztywne liczby i osiągnięcia. 88 meczów w Legii okraszone golem w pamiętnym laniu 6:0, które stołeczni sprawili Widzewowi. Potem aż 221 spotkań w Celticu. Odrobinę nieoczekiwany transfer do Fiorentiny zaowocował 64. występami. Przeprowadzka do Southampton to równe 50 meczów, a Bournemouth, w którym gra od 2014 roku to już 117 gier. Do tego 65 gier w kadrze Biało-Czerwonych.

Sukcesy? Nie brakowało ich. Mistrzostwo z Legią, trzy tytuły z Celticiem i awans z kopciuszkiem z Bournemouth do Premier League. Występy z kadrą na Mistrzostwach Świata i Euro 2008. Istotniejsze może być jednak coś innego - we wszystkich klubach Boruc wyszarpał miejsce w podstawowym składzie. Od transferu z Legii do Szkocji nigdzie na wstępie nie był numerem jeden, a jednak potrafił w sportowej rywalizacji odstawić przeciwników i w większości przypadków zostać bohaterem kibiców.

Nawet niefortunne występy Polaków na wielkich turniejach z udziałem Boruca, w Niemczech i Austrii, akurat “Holy Goalie” (przydomek nadany mu przez fanów Celticu) mógł zapisać jak najbardziej na plus, bo jego występy przeciwko gospodarzom tych turniejów przeszły do historii. Gdyby nie bohaterskie parady Artura, jego słynne pajacyki, kończylibyśmy te spotkania z kilkoma straconymi bramkami - puścił raptem po jednej.

Dla wielu zdziwieniem może być też sam fakt, że Boruc… wciąż gra i utrzymuje się na poziomie Premier League, a gdy staje w bramce to nigdy nie można go ocenić najsłabszym punktem drużyny.

W końcu bramkarzowi od zawsze niemal towarzyszyła łatka nadmiernie wyluzowanego i frywolnie podchodzącego do życia i piłki również. Bo pali. Bo jest skory do żartów. Bo nigdy nie traktował futbolu jak religii, a jedynie zawodu, który pozwala mu w fajny sposób zarabiać świetne pieniądze i zwiedzać świat. Bo nie przymilał się do kogokolwiek, podpadał, przez co m.in. nie bronił na Euro 2012, po wyrzuceniu z kadry przez Smudę.

No i w sumie jakoś do tego wszystkiego teoretycznie nie pasuje fakt, że na niedługo przed czterdziestką ten facet jest w świetnej formie i utrzymuje się w kadrze zespołu z najbardziej wyczerpującej ligi, stawiającej przed zawodnikami ogromne wymagania.

Artur Boruc to jeden wielki paradoks.

Był w jego karierze okres, gdy mówiło się o zainteresowaniu jego usługami ze strony największych - Milanu, Barcelony, Man Utd. Bywały tygodnie, gdy plotki transferowe z Borucem w roli głównej nie znikały z czołówek gazet w całej Europie. Miewał w barwach Celtiku występy w Lidze Mistrzów tak fenomenalne, że jego parady pokazywały wszystkie telewizje świata. Ale miał też okres, gdy zawalił naszej reprezentacji dwa ważne mecze w eliminacjach Mundialu w RPA, miewał ogromne problemy z koncentracją, zyskał opinię bufona.

Stąd pytanie - jak tę karierę ocenić? Czy Boruc swój talent wykorzystał w stu procentach?

Ja się poddaję, nie jestem w stanie wystawić jednoznacznej cenzurki. Całe szczęście nie muszę,a moje zdanie obchodzi samego Artura zapewne mniej niż prognoza pogody dla Kiszyniowa na marzec. Pewne jest to, że Boruc jest postacią zjawiskową, a nawet - nie waham się użyć tego słowa - fenomenem. I człowiekiem, wobec którego nie sposób przejść obojętnie. Zostanie zapamiętany, zapisał się już teraz w historii nie tylko polskiego futbolu.

Ale czy pewnego dnia, już na emeryturze, sam nie pomyśli "kurde, trochę szkoda jednak, że nigdy nie zagrałem w klubie z europejskiego topu topów"? Czy wystarczy mu świadomość, iż w tych ponad sześciuset meczach o stawkę, najczęściej w świetle reflektorów, niemal zawsze stawał na wysokości zadania?

A może Artura czeka jeszcze coś naprawdę spektakularnego, fajerwerki na sam koniec kariery? Przypomniało mi się, że Edwin van der Sar bronił w Manchesterze United do 41. roku życia. Szczerze mówiąc patrząc na meandry kariery Boruca wcale bym się nie zdziwił, gdyby jeszcze nas czymś zaskoczył. Tyle że równie dobrze może to być to, że w maju stwierdzi, iż na sam koniec swojej bramkarskiej pracy wraca do Pogoni Siedlce.

Bo kto Borucowi czegokolwiek zabroni?


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się