var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: ŁKS Łódź

Łukasz Sekulski dla 2x45: Bolało mnie, że biorę udział w takim cyrku. Nikt nie chciałby firmować tego własnym nazwiskiem

Autor: Mariusz Bielski
2019-02-03 11:33:49

Łukasz Sekulski całkiem niedawno zamienił SKA Chabarowsk na ŁKS Łódź, a nam odpowiedział na kilka niezwykle nurtujących pytań. Dlaczego przez pierwsze pół roku wstydził się swojej drużyny? Czy był „transferem z youtube'a”? Jak wyglądała jego typowa podróż na cholernie daleki mecz wyjazdowy? Czy da się oszukać jetlagi? W jaki sposób koledzy sprawdzali czy uczy się rosyjskiego? Jak przyjęli go miejscowi? Czy przeżywał dzień świstaka? Jaki wpływ na miasto i klub mają ich wojskowe korzenie? A w końcu najważniejsze – ile W Chabarowsku kosztuje koszyczek świeżych borówek? Zapraszamy!

Mariusz Bielski (2x45.info): - No i jak, na czym w końcu byliście w kinie? "Underdog" czy "Sekretny świat kotów"?
Łukasz Sekulski: - Ostatecznie wybraliśmy tę pierwszą opcję (śmiech). 

- Humor dopisuje, bo "wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej"?
- Po prostu w kraju, oczywiście. Nareszcie blisko domu i rodziny.

- Jagiellonia wywierała presję względem transferu do Chabarowska?
- Nie czułem nic takiego, nawet mimo tego, że już wcześniej przyszedł Bezjak. Pod koniec tamtego sezonu kończyła mi się umowa, a zatem zima 2018 roku to był praktycznie ostatni moment, kiedy Jaga mogła na mnie zarobić jakiekolwiek pieniądze. Ustaliliśmy, że dla wszystkich będzie lepiej, jeśli się pożegnamy. Na początku co prawda nie dostawałem zgody, aby odejść, lecz gdy Roman przyszedł, otrzymałem ją. Musieli się zabezpieczyć, naturalna sprawa. Jagiellonia to bardzo mądrze poukładany klub. Nie robią nic na wariata, ruchy są przemyślane. Na dowód wystarczy przeanalizować trwające właśnie okienko w ich wykonaniu. 

- Jestem ciekaw twojej miny, pierwszej reakcji po wpisaniu "Chabarowsk" w Google Maps i zobaczeniu gdzie leży to miasto...
- "O żesz k... jak daleko!" (śmiech).

- Ja bym chyba pomyślał, że ktoś sobie żarty ze mnie robi, będąc na twoim miejscu. Ty od początku brałeś temat przenosin tam na poważnie?
- Nie. Wszelkiego rodzaju menedżerów, działaczy i innych pośredników, którzy chcą robić transfery, odzywa się multum. Telefony, maile, What's Appy... Słyszałem nawet, że i przez Instagram próbuje się załatwiać takie rzeczy.

- Ponoć sam Zubizarreta w Barcelonie próbował kiedyś zrobić transfer przez What'sApp.
- No właśnie. W powagę propozycji z Chabarowska uwierzyłem, kiedy przyszły dwie oficjalne oferty. Rosjanie próbowali urobić Jagiellonię na darmowy transfer, ale wiadomo, że szefowie klubu z Białegostoku to dobrzy negocjatorzy. Do porozumienia doszło mniej więcej dzień przed zamknięciem okienka w Rosji. Miałem bardzo mało czasu do namysłu, kawałek nocy i mniej więcej pół dnia. O 8 rano musiałem stawić się w klubie, żeby załatwić papierkowe sprawy i poszło.

- Jak oni cię w ogóle wypatrzyli? Jakoś nie wydaje mi się, aby wysyłali skautów, tak jak się to robi nawet u nas, skoro odległości są tak ogromne.
- Na pewno kluczową rolę odegrało po prostu zaufanie menedżerom, którzy przy tym ruchu pracowali. Transfer z Youtube'a to nie był, ale chociażby raporty z InStata trafiły na biurko prezesów z Chabarowska. Oni przeanalizowali dane i stwierdzili, że taki typ zawodnika będzie im potrzebny, a następnie skontaktowali się z Jagą. Nie ma się co oszukiwać, tak często wygląda rynek transferowy w piłce na tym poziomie. Nie wszyscy muszą wyjeżdżać do Serie A. Tu niby zgłosiła się rosyjska ekstraklasa, aczkolwiek w pełni egzotycznym wydaniu. 

- Ruszmy jeden nieco trudniejszy temat. Jakim cudem w rundzie wiosennej sezonu 2017/18 Chabarowsk nie strzelił ani jednego gola? Jeszcze czegoś takiego nie widziałem.
- Otóż to, nie widziałeś. Jakbyś zobaczył, to dopiero byś nie uwierzył. Racjonalnie i tak tego nie wytłumaczę. Co bym nie powiedział, to nadal nie będzie wystarczające. Sam pierwszy raz w życiu zostałem członkiem drużyny, która miała takie podejście. Mówi się, że przed pierwszym gwizdkiem sędziego nie da się wygrać meczu, ale można go przegrać. Właśnie coś takiego się działo. Na każde kolejne spotkanie szliśmy jak na ścięcie, ze spuszczonymi głowami. Pierwszym meczem w rundzie wszystko załatwiliśmy, graliśmy z FK Tosno, które wówczas znajdowało się na miejscu barażowym. De facto, ostatecznie spadli razem z nami.

- I klub przestał istnieć.
- A żeby było śmieszniej, w tym samym sezonie wygrali Puchar Rosji. Ricardinho był członkiem tej ekipy. Udało nam się spotkać na Dalekim Wschodzie, kiedy przyjechał z drużyną na mecz. Znamy się jeszcze z dawnych czasów - jego pierwszego okresu w Wiśle Płock. Ja wówczas dopiero zaczynałem karierę. Ale wracając do głównego wątku... 

W meczu z FK Tosno atakowaliśmy, a i tak przegraliśmy 0:1. Kompletnie uleciało z nas powietrze, był to przecież bezpośredni rywal w walce o utrzymanie. W następnej kolejce pojechaliśmy do Spartaka, który nas dobił. Takiego autobusu też nigdy widziałem, jak my wtedy postawiliśmy. Trener kazał mi cofać się na 25. metr przed własną bramkę. Chyba tylko Barcelona potrafi równie mocno zamykać, ale my Spartakowi też na to pozwoliliśmy. Bezbramkowy remis utrzymywał się do 90. minuty, a wtedy Fernando zapakował nam sztukę z wolnego prosto w okienko i było po wszystkim. 

No, ale dobrze, jest jeszcze 7 kolejek do końca sezonu, można przecież nadal się starać, by pokazać się na tle dobrych rywali, zawalczyć w ten sposób o transfer. A tu? Byleby jakoś dograć sezon do końca, potem każdy poszedł w swoją stronę. Sześciu zawodników rozwiązało umowy jeszcze przed zakończeniem rozgrywek. Od razu pogodzono się ze spadkiem. Zaczęto budować drużynę na przyszły sezon, na pierwszą ligę, 7 kolejek przed końcem tego trwającego. Przecież to jest nie do pomyślenia! Chabarowsk po raz pierwszy w historii awansował do rosyjskiej ekstraklasy. Powinien starać się pokazywać możliwie jak najlepiej pod każdym względem. Można spadać, ale z charakterem, z jajami, walcząc do końca. No ale nie... Nie potrafiliśmy wykorzystywać nawet tak dobrych szans, jak rzut karny w 90. minucie z Krasnodarem. Byłoby 1:1. 

- Jak się czułeś podczas tej rundy, zwłaszcza będąc napastnikiem?
- Bolało mnie strasznie, że biorę udział w takim cyrku. Czułem się fatalnie pod względem sportowym. Można spaść z ligi, wielu dobrych piłkarzy ma taki niechlubny wpis w CV, ale to co my zrobiliśmy... Naprawdę, nikt nie chciałby firmować czegoś takiego własnym nazwiskiem. Chciałem zostawić po sobie dobre wrażenie, walkę, grając na poważnie do ostatniej minuty sezonu, a tu ewidentnie nic się nie dało zrobić. Piłka jest przecież sportem drużynowym i samemu nic nie zdziałasz. 

Nie chcę nikomu ubliżać, ale chłopie, jeśli nie chce ci się grać w takiej sytuacji, to jeszcze w szatni podnieś rękę, powiedz to i zwolnij miejsce, nie wiem, chociażby jakiemuś młodemu chłopakowi, który będzie miał szansę pokazać się w Premjer Lidze. Całe życie na to czekał, pracował na to latami, a ty mu zabierasz marzenia, chociaż nie masz ochoty wychodzić na boisko. Nawet będąc bandą niewystarczająco utalentowanych chłopów powinniśmy byli pokazać, że – za przeproszeniem – chociaż chciało się nam zap*******ć. Kilku osobom ewidentnie brakowało profesjonalizmu.

- Żałujesz tego wyjazdu? Z twoich opowieści wyłania się bardzo negatywny obraz.
- Każdy ma prawo do własnej interpretacji, natomiast ja się nie chcę też wybielać na tle innych. Premjer Liga ewidentnie przerosła wszystkich ludzi związanych z Chabarowskiem. Tak sportowo, jak i mentalnie. Później, kiedy już spadliśmy, miałem wręcz niekończący się problem z achillesem. Trzy razy mnie leczyli, raz spędziłem cały miesiąc w Moskwie u specjalisty i też to nic nie dało. Ominąłem okres przygotowawczy i pierwsze 9 meczów w sezonie. Trudno było wrócić po takiej przerwie i od razu wydatnie pomóc drużynie. Najpierw tylko wchodziłem na końcówki, bo trener cały czas zdawał sobie sprawę z moich problemów zdrowotnych. Rehabilitacja była źle poprowadzona. 

Ostatnio rozmawiałem z moim dobrym znajomym, Michałem Czarnym z Puszczy Niepołomice, który miał taki sam problem – rok zmagał się z bólem ścięgna, wdało się zapalenie, a on grał, grał, aż w końcu je zerwał. Dziękuję Bogu, że mi się udało tego uniknąć, bo na tych sztucznych murawach nie jest trudno o groźny uraz. Co tylko ból się nieco wyciszył, to zaraz wracał, skoro nie trenowaliśmy na naturalnym boisku. Absurdalnie długie loty też nie pomagały w regeneracji. Jakkolwiek to zabrzmi – cieszę się, że wyszedłem cało z tej przygody.

- Ale nie boisz się latać?
- Musiałbym być szaleńcem, żeby bać się latać samolotami i jednocześnie podpisać kontrakt z klubem znajdującym się w takim miejscu na świecie. Jak się lata bardzo często, zawsze trafi się jakiś trudniejszy przypadek. Raz na przykład tak nami tąpnęło, że zasunąłem głową o sufit, takie to było lądowanie. Jeszcze w małym samolocie bym rozumiał, ale w takiej wielkiej typowej machinie pasażerskiej na 500 osób? Jeśli nawet taka maszyna ma kłopoty, to znaczy, że naprawdę był huragan. Przeważnie spotykaliśmy się z turbulencjami, lecz szczęśliwie uniknęliśmy scenariuszy znanych z filmów katastroficznych. 

- Nie mieliście oddzielnych czarterów?
- Nie, na takie rzeczy mogli liczyć miejscowi hokeiści. To jest bardzo mocny sport nie tylko w Chabarowsku, a w całej Rosji. Co prawda też pokonywali ogromne odległości, więc u nich znowu był ten problem, że musieli robić międzylądowania na tankowanie, przez co wydłużała im się podróż. Coś za coś. My lataliśmy zwykłymi liniami, żadne tam biznes-klasy. Kiedy wysiadałem z samolotu po podróży powrotnej, byłem całkowicie wycieńczony. Jetlag sprawia, iż organizm nie ma pojęcia co się dzieje wokół. Jest noc czy dzień? Przeważnie odwrotnie. Raz w sezonie mieliśmy krótszy lot, do Władywostoku oddalonego o 800 kilometrów. Poza tym same wielogodzinne wyprawy z lądowaniem w Moskwie. A wiadomo jak to jest... Na lotnisku w Chabarowsku musisz być nieco wcześniej, żeby przejść odprawę. Później w stolicy trzeba było liczyć 3-4 godzin zapasu, aby się przesiąść na Szeremietiewie. Ogromne lotnisko! Jeśli liczysz sobie, że w jedną godzinę przesiądziesz się na luzie – zapomnij. Nigdy nie zdążysz, takie tam są kolejki. I potem znowu w samolot na przykład na kolejne dwie godzinki do Petersburga. 

- Jeśli dobrze liczę, mamy już 13-14 godzin podróży.
- A potem grasz sobie mecz o takiej godzinie, że twój organizm przyzwyczajony do strefy z Chabarowska odczuwa jakby była 4 w nocy. No nie przestawisz się.

- Wojciech Kowalewski po jednym z takich wyjazdów - bodaj do Władywostoku...
- Podziękował (śmiech).

- Pewnie miał ochotę, ale nie, nie zgadłeś. Po jednym z dalekich wyjazdów stwierdził, że w takich momentach najważniejszymi członkami drużyny stają się fizjoterapeuci.
- Nie sposób zaprzeczyć... Cóż, ja naprawdę szanuję pracę każdej osoby zaangażowanej w dany klub, ale w tym aspekcie Chabarowsk - eufemistycznie mówiąc - miał ogromne rezerwy do wykorzystania. Myślę, iż momentami dobra praca fizjoterapeutów dałaby lepsze efekty niż najlepszy trening. Zdarzały się takie okresy, gdy w ciągu tygodnia zdążyliśmy odbyć zaledwie dwie sesje konkretnych zajęć, bo resztę czasu spędzaliśmy w samolocie. W międzyczasie tylko doprowadzaliśmy się do stanu używalności, zamiast pracować w klasyczny sposób. Rozbieganie, gra w dziadka, masaże, sauny, odnowa biologiczna. Trzeba było kombinować. W samolocie z kolei nieraz po prostu staliśmy ze 2-3 godziny, skoro w pozycji siedzącej nie szło już wytrzymać.

- Da się jakoś pokonać problem jetlagów, który tak mocno wam dokuczał? Albo chociaż zniwelować jego efekty?
- Nie ma mocnych. Każdy oczywiście próbował jakoś oszukiwać zegar biologiczny. Jedni idą się zdrzemnąć, kiedy tylko mogą, bo dzięki temu się lepiej czują. Inni wolą się przemęczyć do tej 4 nad ranem czasu Chabarowska, ładując po drodze 3 kawy. Ja raczej należałem do drugiej grupy. 

Natomiast jeszcze gorzej było po powrotach. Przeważnie lądowaliśmy w Chabarowsku mniej więcej w porze obiadowej. Jesteś kompletnie styrany i jak położysz się spać od razu, w nocy nie zaśniesz, przestawisz się kompletnie. Miałem tam kolegę pochodzącego z Serbii, który chcąc pozostawać w ciągłym kontakcie z rodziną funkcjonował w taki odwrócony sposób, bo na przykład kładł się spać o 6 rano. Przez tego typu sprawy – różne reakcje piłkarzy na zmiany czasowe – treningi mogliśmy odbywać tylko popołudniu i wieczorami. Jedna wielka tragedia. Możesz być poobijany, zmęczony fizycznie, ponieważ się nabiegałeś, aczkolwiek nigdy nie zregenerujesz się właściwie, jeśli się nie wyśpisz. To jest rzecz nie do oszukania, nie do przeskoczenia.

- Ty bardziej czułeś zmęczenie w nogach czy w głowie?
- Mnie to wykańczało psychicznie. Zwyczajnie dobijało, zwłaszcza w okresie, kiedy miałem problemy zdrowotne. 

- Pod względem życiowym klub ci pomagał? Chodzi mi o takie prozaiczne rzeczy jak wynajęcie mieszkania.
- Nie mogę narzekać, w takich kwestiach wsparcie było od a do z. Ja też często spędzałem większość dnia w naszym ośrodku treningowym. Mieliśmy tam zapewnione posiłki. Byłoby super, gdyby w każdym polskim klubie tak to działało. Odbywasz trening, ogarniasz się, a potem wchodzisz sobie na stołówkę, bierzesz z menu co chcesz. Zupy, sałatki, mięso, ryby, owoce morza... Mogliśmy też brać jedzenie na wynos. A kto chciał, dostawał jeszcze od kucharek czekoladę czy snickersa (śmiech). W Chabarowsku nie zwracano uwagi na detale typu procent tkanki tłuszczowej. Liczyło się to, co na boisku.

- Mało profesjonalnie.
- Myślę, że każdy, kto był w Rosji, potwierdziłby moje słowa. Oczywiście zaznaczmy, iż wyłączamy z tego obrazu topowe drużyny, bo wiadomo, że tam jest pełna profeska. Ale mniejsze kluby i zawodnicy starej daty – cóż, oni żyją „po swojemu”.

- Wcześniej zapytałem o mieszkanie, bo kiedyś czytałem, że dawniej chińskie kluby działały w bardzo specyficzny sposób. Zawodnicy przebywali w ośrodkach 5-6 dni w tygodniu, jak na zgrupowaniach. Można wręcz powiedzieć – skoszarowani. Zastanawiałem się więc, czy wy też czuliście się podobnie mieszkając w Chabarowsku. Jak wyglądał tam twój typowy dzień?
- Myślę, że u każdego było podobnie. Śniadanie we własnym zakresie, a potem po prostu czekanie na popołudniowy trening. Ja faktycznie zbytnio nie miałem co robić. Tam godzina 12 to w Polsce środek nocy, więc przecież nie mogłem do nikogo dzwonić. Szybko się zawijałem z domu przeważnie na jakiś dłuższy spacer. Wielu zawodników mieszkało w tym samym wieżowcu co ja. Fajny budynek jak na tamte warunki. Funkcjonował nieco na zasadzie hotelu, można było wynajmować mieszkania na doby. Często brali je Chińczycy, którzy albo przyjechali do Chabarowska pracować, albo jacyś biznesmeni potrzebujący zatrzymać się na noc. Okolica była naprawdę ładna, więc często przechadzałem się pobliską promenadą. Wracałem na obiad do domu lub od razu do klubu i tam już jakoś leciało. Tu kawka z kolegą, tu trochę siłowni, tu wizyta u doktora i pogawędka z nim przy okazji. Po zajęciach odnowa biologiczna, a później na stołówkę, o której już wcześniej mówiłem. Złapałem dobry kontakt z tamtejszymi kucharkami, ponieważ sam lubię trochę popichcić. Podpatrywałem je jak pracują, poznałem parę ciekawych przepisów. Leciał dzień za dniem. Dopiero wieczorem mogłem odezwać się do znajomych czy rodziny z Polski, żeby porozmawiać i często gadaliśmy do momentu, aż usnąłem (śmiech). Oczywiście przydawały się też typowe zabijacze czasu typu Netflix czy konsola.

- Rutyna przygnębiała?
- Każdy dzień był dniem świstaka. Nie zapominajmy, że pojechałem tam grać w piłkę, a nie zwiedzać. Jeśli zawodnik chce się przyłożyć do tego sportu, to zawsze znajdzie czas, aby zająć się czymś, co pomoże mu w grze. Na szczęście nie jestem już szczawikiem, który ma siano w głowie. Nie kusiło mnie, aby z nudów uciekać w używki czy jakieś inne uzależniające głupoty. Wolałem na przykład pozwiedzać. Niestety nie udało mi się znaleźć czasu na odwiedzenie pobliskich krajów – Chin i Japonii – choć bardzo mi na tym zależało. Nie było kiedy. W ogóle zobaczenie Japonii to jest moje marzenie, które towarzyszy mi od dzieciństwa. 

- Musisz się odezwać do Krzysztofa Kamińskiego, żeby cię wkręcił do jakiejś ekipy z J-League.
- Tak, znamy się, miałem przyjemność pograć z nim w piłkę. Od razu rzucało się w oczy, że to jest mądry facet. Każdy się trochę z niego podśmiechiwał, kiedy przenosił się do Jubilo Iwata. Leci mu tam już czwarty rok, więc chyba to on miał rację. Cenią go w Japonii, wyrobił tam sobie markę, dobrze mu się żyje, fajna sprawa. Panuje przekonanie, że kontynuacja kariery w jakichś nietypowych krajach to głupia decyzja, ale ja nie podzielam tego poglądu. W Polsce możesz być jednym z wielu solidnych ligowców, nigdy się nie wybijesz na tym tle. A wyjedziesz gdzieś, gdzie wniesiesz do zespołu coś innego, będziesz dobrze pracował i miejscowi zaczną cię doceniać, szanować w takim stopniu, jakiego w Polsce byś nie otrzymał. Do tego zobaczysz kawałek ciekawego, innego świata. Uważam, że to mądre i fajne podejście.

- Trudno było wejść między ludzi w dalekiej Rosji?
- W momencie wyjazdu do Rosji nie mówiłem ani be, ani me w ich języku. Jarałem się natomiast już w chwili, kiedy zauważyłem, że rosyjski łatwo wchodzi mi do głowy i z czasem coraz swobodniej mogłem w nim rozmawiać. Na początku na zasadzie "kali pić, kali jeść", wiadomo. Próbowałem po angielsku, ale tam ludzie po angielsku ni w ząb. Nie było wyjścia, trzeba było się uczyć rosyjskiego. Załapałem go bardzo szybko i nieskromnie powiem – jestem z tego bardzo zadowolony. 

Gramatycznie pewnie kuleję nadal, lecz mi chodziło o zwykłą komunikatywność. Wiesz, takie zwykłe rzeczy. Chłopaki z czegoś się śmieją, więc fajnie byłoby wiedzieć z czego, albo przynajmniej załapać kontekst ich rozmowy. Z czasem sam się zacząłem udzielać. Dążyłem do tego, żeby nie być odludkiem. Widziałem to przecież od drugiej strony. Gdy do Polski przybywa facet z Afryki, siedzi i niczego nie rozumie... Trudno jest tak żyć. Wiedziałem, iż nie chcę tak funkcjonować na dłuższą metę, więc nauczenie się rosyjskiego od samego początku było jednym z moich głównych celów przy okazji gry w Chabarowsku. Chodziłem, słuchałem, próbowałem gadać, cokolwiek. Niech się ze mnie śmieją, szedłem w tym po trupach. Niedługo po moim przyjściu poszliśmy do kina i niewiele rozumiałem. Za drugim razem, parę tygodni później, już znacznie więcej.

- Koledzy kazali ci opowiedzieć o czym był film w ramach sprawdzianu?
- Dokładnie! 70-80 procent potrafiłem im wytłumaczyć. Prosta rzecz, a cieszyła. Nauką też zajmowałem sobie wolny czas. Albo po prostu robiłem coś innego, zaś w tle puszczałem rosyjską telewizję. Nawet nie oglądałem, tylko chciałem się możliwie jak najbardziej osłuchać. Ponoć nawet w tym sposób człowiek zapamiętuje co nieco. Zapewne są to przypadkowe rzeczy, ale każda metoda przybliżająca do celu jest dobra.

- Podczas pobytu w Chabarowsku miałeś zapewne sporo czasu na przemyślenia. Czy ten wyjazd zmienił cię też jako człowieka?
- W takich momentach często zaczynasz się zastanawiać co jest dla ciebie ważne w życiu. Za czym najbardziej tęsknisz. Czy to jest rodzina? Znajomi i rozrywka z nimi? Jakakolwiek fizyczność, bo przecież jesteśmy tylko ludźmi? Rzeczywiście rozmyślałem nad tego typu sprawami. Można pewne rzeczy przewartościować, niektóre doceniając znacznie bardziej niż w chwili, kiedy ma się je na co dzień. Bliskość rodziny to właśnie jedna z takich kwestii i stąd właśnie mój wcześniejszy powrót niż zakładał to podpisany przeze mnie kontrakt w lutym 2018 roku. Miałem kilka ofert z jeszcze innych egzotycznych stron, jednak na ten moment nie zależało mi na kolejnych dalekich wojażach. Oczywiście nie mówię kategorycznie "nie" na przyszłość. Po prostu na tę chwilę potrzebowałem wrócić bliżej domu. 

Inaczej rozpatrywałbym też ofertę z drugiego końca świata, niczym z Chabarowska, a inaczej jakby chciała mnie drużyna z Kazachstanu. Różnica jest ogromna. Też daleko, oczywiście, ale tu wsadzam żonę oraz dziecko w samolot i co jakiś czas będą w stanie do mnie przylecieć nie ciągnąc za tym większych konsekwencji życiowych. Albo ja polecę bez problemu na parę dni do domu, bo akurat będzie chwilowa przerwa w rozgrywkach. Na podróż z i do Kazachstanu nie stracę całych dwóch dni tak jak do Chabarowska. Tam rodzina przyleciała do mnie tylko raz na 2-3 tygodnie. Nacieszyłem się nimi bardzo. Fajny czas i najgorsze oczywiście rozstanie. Zwłaszcza jak widzisz synka, który chce jeszcze do taty, ale musi już wsiadać do samolotu i generalnie nie rozumie całej sytuacji. Podczas pożegnania myślisz sobie, że najprędzej zobaczysz swoje dziecko za parę miesięcy. Przygnębiające przeżycie... Nie licząc już teraz tego okresu, kiedy wróciłem do Polski, ostatni raz w domu byłem mniej więcej pięć miesięcy temu. Masakra.

- Rosjanie z Chabarowska i okolic oraz Rosjanie z zachodniej części to ci sami Rosjanie?
- Nie, i to jest bardzo ważna kwestia. Oczywiście nie ma co wkładać wszystkich do określonych szufladek, ale różnice są. Na szczęście nieprawdą jest to, że zaszłości historyczne sprawiają, iż Polak z Rosjaninem się nie dogada. Bzdurne stereotypy. Ja miałem tam szczęście do ludzi i mówię to nie dlatego, żeby się komuś przypodobać. Wiadomo – im dłużej będę tutaj, tym kontakty będą się bardziej zrywały, aczkolwiek naprawdę chciałbym je utrzymać jak najdłużej. Tak miło jak ludzie przyjęli tam praktycznie obcego im faceta - niesamowita sprawa!

Miałem dwóch bardzo dobrych kolegów, którzy doskonale wiedzieli, iż siedzę tam sam jak palec, nabijam sobie głowę. I zawsze, gdy widzieli, że myślę o jakimś problemie potrafili podnieść mnie na duchu. Aż mnie ciary przechodzą jak to teraz sobie wspominam. 

Nawet dzisiaj rozmawiałem z Żenią Radionowem (inny napastnik ŁKS-u Łódź - przyp. red.) o gościnności ludzi z Dalekiego Wschodu. Mieliśmy takie same wnioski. Owszem, niektórzy są mentalnie dwadzieścia lat do tyłu, nie nadążają za nowoczesnym życiem, ale w zasadzie to wpływa na nich pozytywnie. Są życzliwi na maksa, dają serce na dłoni. W większości pomagają ci kompletnie bezinteresownie. 

Praktycznie w każdy dzień wolny byłem zapraszany do kolegi, do jego domu rodzinnego na wsi tuż pod Chabarowskiem. Zacząłem brać udział w ich życiu rodzinnym. A to pomogłem w kuchni przy dziwnym przyrządzaniu dziwnych ryb, a to spędzałem z nimi czas na uroczystościach typu "imieniny babci". Wiesz, zjechała się cała ich wielka familia, a tu nagle pojawiałem się ja, Polak, zupełnie obcy facet i przyjmowali mnie jakbym był jednym z nich. Zwłaszcza ci nieco starsi ludzie mają zupełnie inną mentalność, właśnie taką prorodzinną. Tempo życia też się różni, bo nie zachowują się jak typowe osoby z zachodu - praca w korpo na wyścigi, wieczny pośpiech, życie w Internecie... Nie, w Chabarowsku aż tak to nie wygląda. Tamtejsi Rosjanie więcej czasu poświęcają rodzinie, pielęgnują te relacje, cieszą się sobą nawzajem i cieszą się chwilą. 

Patrz, przecież nawet w Polsce kiedyś to inaczej wyglądało, sam na pewno też pamiętasz. Szło się do cioci czy babci nawet w środku tygodnia i nie było problemu, aby następnego dnia wstać na 6 do roboty. Okej, ludzie szli niewyspani do pracy, ale jednocześnie byli zadowoleni, skoro poprzedni wieczór spędzili w gronie bliskich. Z tego, co widzę, uważam, że my to gdzieś zatraciliśmy. A w dalekiej Rosji nadal to życie towarzyskie odbywa się bardziej "po staremu". Wystarczy byle pretekst, aby zwołać pół rodziny na obiad. Jedna osoba nałowi za dużo ryb, więc następnego dnia zbiera naście osób i wspólnie siadają do stołu. Rety, do końca życia zapamiętam jak smaczne są te ich rybne dania. Panie ze stołówki w klubie też szybko się zorientowały, że jak Łukasz wchodzi na stołówkę to nie trzeba pytać co nakładać na talerz (śmiech).

- Wcześniej wspomniałeś, że ta część Rosji, w której leży Chabarowsk, jest zacofana. W czym to się objawia?
- Przede wszystkim chodzi o infrastrukturę. Widać sporo kontrastów. Część nie zmieniła się od wielu lat, a inna część jest prężnie rozbudowywana. Żurawie budowlane to stały element krajobrazu tego miasta. Powstaje mnóstwo wieżowców. Chińscy przedsiębiorcy inwestują mocno w tym regionie. Mnóstwo jest też samochodów produkowanych na Dalekim Wschodzie. I co ciekawe obowiązuje ruch prawostronny, choć większość samochodów posiada kierownice po prawej stronie. Po prostu można je sprowadzić po dużo niższych cenach. Na tyle co udało mi się dowiedzieć - a polityką raczej się nie interesuje - Moskwa też ostatnio bardziej zainteresowała się tą częścią kraju i również inwestuje w rozwój Chabarowska. Jakiś czas temu Rosjanie uznali, że potrzebują wzmocnić tę część państwa pod pewnymi względami, ale dlaczego dokładnie - tego już ci nie powiem, bo się w to nie zagłębiałem.

- Przygotowując się do naszej rozmowy wyczytałem, że dawniej było to miasto bardzo ważne pod względem wojskowym. Czuć to jakkolwiek w dzisiejszych czasach?
- Jeden miejscowy znajomy opowiedział mi bardzo ciekawą historię o tym, w jaki sposób te tereny były niegdyś zasiedlane przez Rosjan. Oczywiście na długo przed wymyśleniem samochodów czy samolotów. To było na zasadzie "kto pierwszy postawi flagę na tej ziemi, ten będzie miał do niej prawo". Ludzie ruszali zatem w dalekie podróże po prostu idąc. Jest to ponoć powszechnie opisywane w historii Rosji - trzy lata marszu, aby zająć daleki wschód. Wyobrażasz to sobie?! Oczywiście ogromny procent z tych koczowników w ogóle nie dotarł do celu, umierając po drodze. Do dziś w tej odległej części kraju są specjalne dni, kiedy upamiętnia się wszystkich tych wędrowców, którzy zginęli. Pamiętam, że w klubie obchodziliśmy tę uroczystość, odwiedzaliśmy dedykowane im pomniki. Zresztą, Rosja w swej historii toczyła też mnóstwo wojen...

- ... na przykład podczas tej z Japonią Chabarowsk był ponoć ważnym ośrodkiem.
- Tak, jest sporo "reliktów przeszłości", które przypominają mieszkańcom o tego typu ważnych wydarzeniach. Pomniki, tablice upamiętniające i tak dalej.

- Tamtejsi Rosjanie czczą wojskowe tradycje tak jak chociażby Chińczycy? Mam znajomą mieszkającą w Tiencinie, gdzie zdarzało się na przykład, że w najzwyklejszy dzień, będąc w domu, wyjrzała za okno, a tam na osiedlowej ulicy trwała defilada.
- Nie, w aż takie skrajności nie popadają. Natomiast w pamięć zapadła mi wizyta w Groznym. Jak wiadomo Czeczenia to obszar mocno dotknięty wojnami, cały czas nie jest tam najspokojniej. Nie da się nie poczuć tamtejszej napiętej atmosfery. Idziesz ulicą i co kilka kroków spotykasz potężnie uzbrojonego milicjanta lub żołnierza z kałasznikowem. Nawet jadąc autokarem czuliśmy się nieswojo. Kiedy spaliśmy w hotelu, również tam znajdowali się wojskowi. Niby nic się nie działo, ale chyba po prostu chodzi o to, aby zapobiegać. Rosjanie chcą mieć tam wszystko pod kontrolą. 

Z drugiej strony robi się w Groznym mały Dubaj, tak się z rozmachem odbudowują. Mam stamtąd kolegę. Mówił, że 10 lat temu miasto było jednym wielkim pobojowiskiem. A kiedy byliśmy tam rozegrać mecz na wyjeździe, Grozny był pełny efektownych biurowców, podświetlanych szklanych domów. Naprawdę, pod względem infrastruktury szło pomyśleć, że pomyliliśmy transport i trafiliśmy do Dubaju albo do Baku. 

Nie ma porównania z Chabarowskiem. W nim tempo życia jest o wiele wolniejsze. Spokój, cisza, zero stresu związanego z obecnością tam. Przy czym warto zauważyć, że Chabarowsk to wcale nie jest biedne miasto, choć pewnie wiele osób tak uważa ze względu na fakt, gdzie się znajduje. Bzdura. Patrząc w większej skali - na przykład mieszkania są tam bardzo drogie. Podobnie jak w Moskwie albo nawet droższe. Ceny za część żywności też szybują. Ze względu na mrozy ziemia jest tam nieurodzajna, więc za niektóre owoce - maliny, awokado, borówki - trzeba było słono zapłacić. W przeliczeniu na złotówki... Kiedyś sobie chciałem kupić borówki do naleśników i za 100 gram zapłaciłem około 35 złotych.

- SKA Chabarowsk również ma wojskową... No właśnie co? Przeszłość czy teraźniejszość też?
- Dawniej pewnie miało to większe znaczenie. Teraz wygląda to tak, że na każdym meczu pojawia się około 500 żołnierzy, którzy prowadzą doping.

- Fajni ultrasi!
- Normalni fani oczywiście też przychodzili, ale to właśnie tych żołnierzy zawsze najbardziej się słyszało.

- Nie chciałbym z nimi odbyć typowej pogadanki wychowawczej po słabszej serii meczów, jak to czasem w Polsce bywa.
- To są takie byki... Widać, że wojskowa selekcja dobrze działa w Rosji. Czasem się z nimi gdzieś tam mijaliśmy, no to naprawdę, dwa razy więksi od nas (śmiech).

- Wróćmy do kwestii infrastruktury. Jadąc na spotkanie nieco zmarzłem, bo mamy -10. Domyślam się, że w Chabarowsku to jest nic...
- Oczywiście spadało jeszcze niżej. Przeważnie odczuwałeś o kolejne 10 stopni mniej niż faktycznie pokazywał termometr.

- No właśnie, a trenować trzeba. Mieliście chociaż jakieś boisko pod balonem, halę lub cokolwiek, dzięki czemu mogliście unikać mrozów?
- Jeszcze nie, ale z tego, co słyszałem, niedługo właśnie mają zrobić boisko pod balonem. W Nowosybirsku i w sumie w większości klubów, które znajdują się w miastach, gdzie dokuczają takie mrozy, ośrodki są już przystosowane. Niektóre kluby, jak Ural Jekaterynburg, posiadają jeden zwykły stadion, a do tego halę z pełnowymiarowym boiskiem, aby móc zimą rozgrywać mecze ligowe. Ten nasz obiekt był bardziej w starym polskim stylu - a'la Wisła Płock czy Ruch Chorzów. 

Teraz pod koniec rundy mieliśmy trzy mecze wyjazdowe z rzędu i na te kilka tygodni wynieśliśmy się do Nowosybirska, żeby korzystać z hali. Cholera, to był listopad, a jak wyszedłem na dwór... Największy mróz, jaki przeżyłem. Podchodziło pod -30! 

- Temperatura, przy której zamarzają nawet ludzkie myśli.
- Tak, a pracująca w tamtejszym klubie kobieta śmiała się ze mnie: "Przyjedź w styczniu, to dopiero zobaczysz co znaczy mróz". Dzięki, wystarczyło mi wtedy. Siedzieliśmy w hotelu 10 dni, więc czasem człowiek po prostu chciał się przejść. Wyszedłem, ale po minucie zmieniłem zdanie, zawijka. Oczywiście dla miejscowych to jest całkiem normalne i po prostu do tego przywykli. Teraz jest ponoć po -40.

- Parę lat temu w Pietropawłowsku zmierzyli -47.
- "Wesoło" tam jest pod tym względem. Gdybym dalej był piłkarzem Chabarowska, właśnie siedziałbym na zgrupowaniu w Turcji. Mieliśmy się spotkać któregoś dnia na lotnisku i wyjechać na 3 tygodnie. Tam okres przygotowawczy, następnie jeszcze parę dni wolnego i powrót... znowu do Turcji, do końca lutego. Liga rusza w marcu, trzeba się tam przemęczyć ze dwie kolejki, a potem już zima zaczyna odpuszczać. Logistycznie jest to tak pomyślane, żeby uniknąć tego najzimniejszego okresu w roku. Nie ma innej opcji, niż funkcjonowanie w ten sposób. Tam na miejscu nie dałoby się trenować. Prędzej byśmy się porządnie przeziębili niż sensownie poćwiczyli. Tu na szczęście jest cieplej!

- Kiedy już zdecydowałeś się na powrót do Polski zgłosiły się po ciebie ekstraklasowe zespoły?
- Coś tam się pojawiło na horyzoncie. Byłbym jednak hipokrytą, gdybym powiedział, że przebierałem w atrakcyjnych ofertach z najwyższego poziomu, a zdecydowałem się na drużynę z pierwszej ligi. Z całym szacunkiem oczywiście.

- Chyba nawet nikt by w to nie uwierzył.
- Za stary jestem na bajeczki. Żadna propozycja z wyższego poziomu mnie nie satysfakcjonowała. Nie chciałem iść do żadnej drużyny, gdzie liczyłoby się tylko "teraz". Szukałem większej stabilizacji, a nie umowy na pół roku czy rok. Chciałbym zyskać więcej spokoju w życiu, zakotwiczyć gdzieś na dłużej i mam nadzieję, że w Łodzi się uda.

- Czym ŁKS cię przekonał?
- Właśnie tym, że planuje się w nim sporo do przodu. Bez wariactw robią kolejne kroki, rozwijają się powoli, lecz stabilnie. Prezes Tomasz Salski i dyrektor sportowy Krzysztof Przytula zdają się stawiać solidne fundamenty pod silny klub, jakim w przyszłości ma być ŁKS. Przeanalizowałem sobie to i myślę, iż wykonują dobrą robotę. Fajnie zostać częścią takiego projektu, który ma ręce i nogi, a także mi daje życiową stabilizację. Stąd ten podpisany przeze mnie kontrakt na 3,5 roku. 

Chciałbym po tym czasie stanąć przed lustrem i móc z czystym sumieniem powiedzieć: "Łukasz, wykonałeś dobrą robotę, pomogłeś klubowi ze świetną marką jeszcze ją wzmocnić". Bo nie ma co ukrywać, że moje poprzednie ruchy z klubu do klubu to były dla wszystkich stron rozwiązania doraźne. Raz wychodziło lepiej - jak w Koronie, gdzie tradycyjnie skazywano nas na porażkę, a zrobiliśmy fajny wynik (10. miejsce w sezonie 15/16 i 8. w 16/17 - przyp. red.) A raz gorzej, na przykład w Piaście. ŁKS wydaje mi się o tyle dobrym miejscem, że dzięki dłuższej umowie zarówno ja, jak i klub, będziemy mogli pisać - mam nadzieję - fajną historię, wzajemnie zapracujemy na swoje dobre imię.

- Wcześniej zmieniałeś kluby jak rękawiczki.
- Chociaż uważam też, że inaczej potoczyłaby mi się moja przygoda z piłką, gdyby nie kontuzje. Weźmy Koronę - rozgrywki 16/17 zacząłem bardzo dobrze, miałem 5 goli w 9 meczach, a potem zerwałem przywodziciela i rundę miałem z głowy. I znowu trzeba było wszystko zaczynać od nowa... Ach, mógłbym gdybać jak potoczyłaby się wtedy kariera, gdybym zagrał całą tak dobrą jesień. Tylko po co? 

Zaczęła się odbijanka. Wróciłem do Jagiellonii, ale nie pasowałem trenerowi Probierzowi do koncepcji - oczywiście miał do tego pełne prawo. Znów trzeba było szukać klubu. Pierwsza liga? Niby w porządku, ale trochę się bałem na świeżo po kontuzji iść do jeszcze bardziej fizycznej ligi. Zgłosił się Piast, któremu pomogłem się utrzymać. Co prawda goli nie strzelałem, lecz dzięki czterem asystom parę punktów wpadło na nasze konto. Później Ireneusz Mamrot powiedział mi: "Wracaj, tutaj masz kontrakt, ja cię chciałem sprowadzić kiedyś do Głogowa, pokaż się w Jadze, liczę na ciebie". Różnie szło. Raz ja byłem lepszy, raz ktoś inny, rywalizacja trwała, aż w końcu trafił się Chabarowsk. Nie żebym się usprawiedliwiał czy żalił – po prostu chciałem pokazać te kilka zakrętów i z czego one wynikały. 

Myślę, że z tej perspektywy zrozumiałe jest, dlaczego wybrałem projekt ŁKS-u. Stabilizacja, spokój, 120 kilometrów do rodzinnego Płocka, praca u podstaw. Mam 29 lat, więc to dobry czas, aby wprowadzić do życia nieco więcej porządku. Czas pokaże czy to była właściwa decyzja. Z dzisiejszej perspektywy uważam ją za słuszną.

- Nie chcę określać cię niespełnionym talentem, bo chyba bym przesadził, ale nie masz poczucia, że twoja kariera mogła potoczyć się lepiej?
- Skłamałbym, gdybym przyznał, iż jestem z niej w pełni zadowolony. Nie tacy wyrobnicy jak ja osiągają dużo więcej w futbolu. Nie wszystkich muszę lubić w życiu prywatnym, ale szanuję ich etos pracy - dzięki niemu podziwiam wielu zawodników, którzy wyjechali z polskiej ligi i dają lub dawali sobie radę w lepszych rozgrywkach właśnie dzięki pracowitości. 

Z drugiej strony doceniam też to wszystko, co mi się przydarzyło i dziękuję Bogu, że mogę żyć z tego, co lubię robić. Mam satysfakcję, bo kiedy jeszcze byłem piłkarzem Wisły Płock wiele osób stawiało na mnie nie tyle krzyżyki, co krzyże wielkie jak stąd do Chabarowska. Mówili: "no, nadajesz się maksymalnie do Pelikana Łowicz", czyli na drugą lub trzecią ligę. Bez wywlekania nazwisk, lecz nie zapomnę im tego. A ja się nie poddałem i walczyłem o swoje. Zszedłem do tej drugiej ligi, do Stalowej Woli z nastawieniem: "Ok, albo teraz, albo nigdy". Udało się, miałem sezon konia, zdobywając 30 bramek w 33 spotkaniach. Przyszły oferty z Ekstraklasy, dotarłem znacznie wyżej niż mi wróżono. 

Bo wiadomo jak to jest właśnie na poziomie drugiej ligi. Albo się z niej wybijasz, albo przepadasz i faktycznie kopiesz w zespołach nieopodal Płocka, dodatkowo pracując na zwykłym etacie. Moja kariera nie była idealna, aczkolwiek pewnie znalazłoby się jeszcze sporo osób, które chętnie zamieniłyby się ze mną piłkarskimi życiorysami. Nie jestem jednak nasyconym graczem, nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Jak dobrze pójdzie, wrócę do Ekstraklasy z ŁKS-em i znów tam będę strzelał gole. Taki jest plan.

- Rozstrzygnijmy na zasadzie prawda/fałsz - czy Wisła Płock w jakimś momencie faktycznie chciała, żebyś wrócił? Prezes Kruszewski wspominał, iż parokrotnie podpytywał o możliwość ściągnięcia cię do Nafciarzy, których jesteś wychowankiem. 
- Ja się dobrze znam z prezesem Kruszewskim, z wiceprezesem Marcem zresztą też. Nigdy się nie wyprę Wisły. Wręcz przeciwnie, jestem dumny z tego, gdzie się wychowałem. Mogę więc potwierdzić - rozmowy były, ale dość luźne. W zasadzie chyba najlepszą odpowiedzią jest fakt, że póki co grałem i będę grał gdzie indziej. Dało się też wyciągnąć mnie teraz z Chabarowska, lecz żadna oferta "z domu" nie przyszła. 

- Kontakt był, konkretów brakło.
- Otóż to. Gdyby konkrety się pojawiły, na pewno zasiedlibyśmy do poważnych rozmów, co jednak nie miało miejsca.

- A propozycja z Widzewa? Kaczka dziennikarska czy prawda?
- Prawda. Jeśli dobrze pamiętam Widzew zgłaszał się po moje usługi trzy razy. Dzwonił pan Klementowski. Porozmawialiśmy i grzecznie podziękowałem. Choć nie byłem pierwszą strzelbą Jagi uznałem, iż nie to nie był odpowiedni etap w mojej karierze, aby schodzić aż tak nisko. No wiesz, występowałem w wicemistrzu Polski, a tu nagle transfer do trzeciej ligi? To byłby hit, na pewno, lecz akurat w tamtym momencie nie był mi potrzebny do szczęścia.

Natomiast nie ukrywam, że w niedalekiej przyszłości fajnie byłoby zagrać na Widzewie, najlepiej w najwyższej klasie rozgrywkowej. Przy czym nie chodzi mi o transfer, tylko występ w derbach Łodzi w barwach ŁKS-u! Mam kolegów, którzy doświadczyli zarówno tej rywalizacji, jak i kilku innych polskich szlagierów, ale to łódzkie derby zrobiły na nich najlepsze wrażenie. Bez kokietki – to zdecydowanie jedna z tych rzeczy, które chciałbym jeszcze przeżyć w mojej karierze piłkarskiej.

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się