var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: KV Mechelen

Seria niefortunnych wyborów. Wspominamy najbardziej irracjonalne zmiany klubów polskich piłkarzy

Autor: Maciej Kanczak
2019-02-06 16:30:51

Modelowy i wymarzony przebieg kariery polskich piłkarzy wygląda następująco: transfer z niższej klasy rozgrywkowej do Ekstraklasy, a później albo od razu przenosiny na obczyznę, albo przejście do któregoś z czołowych klubów nad Wisłą i dopiero następnie próba podboju zagranicznej ligi. Schody rozpoczynają się w momencie, gdy naszemu zawodnikowi już w pierwszym klubie poza Polską powinie się noga.

Różne są drogi, możliwości i koncepcje rozwiązania tego problemu. Jedni w ramach tej samej ligi przenoszą się do słabszego klubu (Kamil Glik z Palermo do Bari), drudzy przenoszą się do klubu w rozgrywkach mniej prestiżowych (Arkadiusz Milik z Bundesligi do Eredivisie), trzeci z kolei uznają, że nie ma co kopać się z koniem i wracają szybko tam, gdzie było im najlepiej czyli do Ekstraklasy (Filip Starzyński z Lokeren do Zagłębia Lubin). Jest też czwarta grupa zawodników – taka, która gdy już zasmakowała obcej ligi, ani myśli ponownie występować nad Wisłą. Ich pragnienie występów na obczyźnie jest tak silne, że każdy kolejny wybór nowego miejsca pracy wymyka się logice i bardzo często prowadzi na zewnętrzne rubieże piłkarskiej Europy.

***

Jarosław Jach (Crystal Palace -> Caykur Rizespor -> Sheriff Tyraspol)

Najnowszy, ale też i klasyczny przypadek polskiego piłkarza, który po niepowodzeniach za granicą zaczyna podejmować irracjonalne decyzje i zamiast po zjeździe z autostrady jechać sugerowanym objazdem, wybiera trasy, którymi latami nikt się nie poruszał.

Jego transfer zimą 2018 r. do Crystal Palace był nad Wisłą wielkim wydarzeniem, wszak kluby z Premier League wciąż nie są tak przekonane do polskich piłkarzy, jak choćby zespoły z Serie A. „The Eagles” nie mieli jednak wątpliwości co do klasy obrońcy Zagłębia Lubin i wyłożyli na stół 2 mln funtów. Defensor, który w 2017 r. zdążył już dwukrotnie wystąpić w reprezentacji Polski, po zmianie barw klubowych nie posiadał się ze szczęścia. – Od dnia, w którym podpisałem kontrakt z Palace, chodzę megauśmiechnięty. Nie ze względów finansowych, choć jasne jest, że zarabiać będę więcej niż w Polsce. Chcę trenować, budować swoją pozycję, stawać się lepszym piłkarzem. Także po to, żeby nie stracić miejsca w reprezentacji Polski. Będę trzymał ten poziom – mówił w rozmowie z WP Sportowe Fakty.

Na Selhurst Park odbił się jednak jak od ściany. Na 14 możliwych spotkań, które od stycznia pozostały do końca sezonu w lidze angielskiej, Jach nie wystąpił w choćby jednym. Tylko raz znalazł uznanie w oczach menedżera CP, Roy'a Hodgsona, i zmieścił się w meczowej osiemnastce. Pozostałe 13 meczów swojego klubu oglądał z wysokości trybun. Nic dziwnego zatem, że koło nosa przeszły mu MŚ w Rosji, a sztab szkoleniowy londyńczyków, choć w styczniu uznawał Jacha za inwestycję przyszłościową, nie wiązał z nim planów na rozgrywki 2018/2019.

Nie mając większych perspektyw w stolicy Zjednoczonego Królestwa Brytyjskiego, wychowanek Pogoni Pieszyce udał się na roczne wypożyczenie aż nad Bosfor i związał się z Caykur Rizespor. Ekipa ze Stadionu Caykur Didi w tureckiej Super Lig gra od lat, ale nigdy nie była ligowym potentatem, zatem jeśli już gdzieś Jach miał w końcu zacząć regularnie grać, to właśnie tam. Niestety, Polak tylko w pierwszej połowie rundy jesiennej występował w miarę często (pięć gier w dziewięciu kolejkach). Od 29 października na ligowych boiskach nie pojawił się już ani razu (zaliczył jednak jeszcze cztery występy w Pucharze Turcji). W końcówce stycznia obie strony doszły do wniosku, że nie ma sensu już się dłużej razem męczyć i Jach wrócił do Londynu. 

Na Selhurst Park pozycja Polaka oczywiście nie uległa zmianie, zatem Jach udał się na kolejne wypożyczenie. Tym razem do…mołdawskiego Sheriffa Tyraspol. Nie chcemy wyjść na hipokrytów i futbolowych abnegatów. Pamiętamy co w IV rundzie eliminacji Ligi Europy piłkarze z Naddniestrza robili z Legią Warszawa. Zdajemy sobie również sprawę, że patrzenie z góry na Diviziona Nationala jest niczym nieuzasadnione i wręcz krzywdzące dla Mołdawian, ale czy to faktycznie odpowiedni kierunek, aby dalej się rozwijać i za pół roku ponownie podjąć próbę przekonania do siebie sztabu szkoleniowego Crystal Palace? Czy faktycznie nie lepiej było wrócić na chwilę do Polski i w Lechu Poznań pod okiem Adama Nawałki próbować wrócić na właściwe tory? Jach nie był jednak przekonany do powrotu do Ekstraklasy, zaś jego agent, Marcin Staniszewski, na łamach „Przeglądu Sportowego” tak tłumaczy wybór swojego klienta: -  Jarek był już w Himalajach, potem zszedł w niższe góry, ale i tam było ciężko, więc teraz musi odbudować się na nizinach.

***

Bartosz Kapustka (Leicester City -> SC Freiburg -> Oud-Heverlee Leuven)

W czerwcu 2016 r. cały Stary Kontynent zachwycał się postawą Kapustki na EURO 2016, uznając go za jedno z największych odkryć francuskiego turnieju. Po ponad dwóch latach od tamtych wydarzeń większość chwalących już pewnie zapomniała o jego istnieniu. Reprezentant Polski pieczołowicie zadbał jednak, by nie ocalić od zapomnienia swojego nazwiska.

Zaraz po ME nie kalkulował i porwał się na ofertę z Leicester City. Choć wielu odradzało mu przenosiny do Premier League, głównie ze względu na jego niezbyt imponujące warunki fizyczne, młody pomocnik zdecydował się na przenosiny do sensacyjnego mistrza Anglii. Kapustką zachwycony był włoski menedżer „Lisów”, Claudio Ranieri, referencje wystawił mu Zbigniew Boniek, w zespole był również Marcin Wasilewski, zatem wszystko przemawiało za tym transferem. Poza tym wszystkim wydawało się, że łatwiej wywalczyć sobie miejsce w pierwszym składzie Leicester, aniżeli w klubach z „Big six”, podrażnionych triumfem kopciuszka w sezonie 2015/2016. Mając wyżej wymienione czynniki na uwadze, Kapustka pełen nadziei i zapału udał się na King Power Stadium. Królem w hrabstwie Leicestershire jednak nie został.

Ranieri, pierwotnie zachwycony perspektywą współpracy z reprezentantem Polski, szybko doszedł do wniosku, że dla Kapustki Premier League to na razie za wysokie progi. – Mocno wierzę w tego piłkarza. To młody, utalentowany zawodnik. Musi być jednak silniejszy fizyczne, żeby grać w Premier League. Na razie nie mogę dać mu szansy na grę i jest mi z tego powodu przykro – wyjaśniał Ranieri, pytany o sytuacje nowego podopiecznego. Kapustka zatem najczęściej występował w drużynie Leicester U-23 (10 występów, 2 gole i 1 asysta), zaś w pierwszym zespole „Lisów” tylko incydentalnie (trzy gry w FA Cup). Debiutu w BPL nie doczekał się ani pod rządami Ranieriego, ani także u jego następcy, Craiga Shakespeare'a.

Dlatego też wypożyczenie na rok do SC Freiburg wydawało się dla Kapustki rozwiązaniem idealnym. Silna liga, możliwość zbierania kolejnych cennych doświadczeń, zaś presja wyniku na Schwarzwald-Stadion niewielka. Nic, tylko korzystać z nadarzającej się okazji, by udowodnić działaczom LFC swoją wartość. W Badenii-Witembergii były gracz Cracovii także jednak nie potrafił się odnaleźć.

Nie było co prawda tak tragicznie, jak w Leicester, bo dane mu było zasmakować gry w Bundeslidze (zdobył nawet w niej bramkę), ale łącznie na murawie w siedmiu meczach przebywał zaledwie 232 minuty (do tego doliczyć trzeba również dwie gry w Pucharze Niemiec). Jego pobyt w rejencji Fryburg trwał więc tylko rok, a na odchodne Bartek usłyszał od trenera, Christiana Streicha: - Kapustka nie jest piłkarzem na poziom Bundesligi.

Lato 2018 r. upłynęło zatem „Kapiemu” na rozmyślaniu, co robić dalej. W ciągu dwóch lat boleśnie poturbował się, próbując podbić dwie z pięciu najsilniejszych lig Europy, zatem nie dziwne, że drzwi do pozostałych trzech także były dla niego zamknięte. Głośno mówiło się o rychłym powrocie do Polski, zainteresowanie nim wykazywały Cracovia i Legia, ale do wielkiego comebacku nie doszło. Dlaczego? Tak piłkarz, który w minionych 24 miesiącach z kadry seniorów został przesunięty do kadry młodzieżowej wyjaśniał całą sprawę na łamach „Super Expressu”: -  Polskich klubów, które chciały mnie ściągnąć było więcej niż dwa. I to nie było tak, że ja się odżegnywałem od tego powrotu. Zastanawiałem się nad tym, ale… Szczerze mówiąc: Leicester nie chciał, abym wracał do Polski. W rozmowach z nimi na ten temat czuło się, że ta opcja im nie odpowiada, dlatego nie było sensu naciskać.

W grę wchodziły przenosiny do świeżo zdegradowanego do Serie B, Benevento, ale ostatecznie Kapustka przeniósł się do Oud-Heverlee Leuven grającego w Proximus League, czyli… II lidze belgijskiej. „Kapustka zesłany do II ligi belgijskiej”, „Bartosz Kapustka rozmienia swój talent na drobne”, „Nie Benevento, nie Cracovia, tylko druga liga belgijska. Cóż za zjazd!” – komentowały to wypożyczenie czołowe polskie portale internetowe. Owszem, na Stadion Den Dreef reprezentant U-21 w końcu zaczął grać (w tym sezonie 16 meczów i trzy gole), ale czy występy, nawet regularne, na zapleczu Jupiler Pro League, faktycznie sprawią, że Polak będzie w stanie w przyszłym sezonie skutecznie rywalizować o miejsce w składzie Leicester City, którego zawodnikiem pozostaje do lata 2021 r.? Mamy co do tego poważne wątpliwości.

Inna sprawa, że we wspomnianym już wywiadzie dla „SE” nasz zawodnik uchylił nieco rąbka tajemnicy, dlaczego zdecydował się na ten niecodzienny kierunek: - Początkowo ja też miałem wątpliwości, nie byłem przekonany do tego wypożyczenia. Ale Leicester bardzo na tym zależało, bo Leuwen to ich klub satelicki, dzięki czemu Anglicy mają pełny podgląd i wpływ na to co się ze mną dzieje. W pewnym momencie i ja zacząłem dostrzegać plusy tego wypożyczenia. Jest tu Nigel Pearson, trener, który wiele sezonów spędził w Premier League i był związany z Leicester. Jest też baza, której mogą nam pozazdrościć inne belgijskie kluby, włącznie z większością pierwszoligowców. Leicester rozwijając program współpracy z Leuwen zainwestował też w infrastrukturę, dlatego mamy świetne warunki. No i sprawa najważniejsza: potrzebowałem regularnej gry, bo wiadomo jak wyglądały ostatnie dwa lata…

***

Rafał Wolski (ACF Fiorentina -> FC Bari -> KV Mechelen)

W Ekstraklasie zadebiutował w sezonie 2010/2011, ale już w kolejnych rozgrywkach był czołową postacią Legii Warszawa. „Wojskowym” znów tytuł mistrzowski wymknął się na ostatniej prostej, ale do młodego środkowego pomocnika nie można było kierować większych pretensji. Rozgrywał, podawał, znakomicie wykonywał stałe fragmenty gry. 20-latkiem zachwycił się sam Franciszek Smuda, który znalazł dla niego miejsce w reprezentacji Polski na EURO 2012. Transfer do dobrej ligi zagranicznej był zatem w przypadku Wolskiego kwestią czasu. Zwłaszcza, że od dłuższego czasu zainteresowaniem polskim graczem wykazywała Fiorentina.

Jesienią 2012 r. dobra passa „Wolaka” się skończyła. Legionista praktycznie całą rundę zmagał się z problemami ze stopą, przez co w pierwszej rundzie sezonu 2012/2013 nie zagrał choćby minuty. Nie odstraszyło to jednak działaczy „Violi”, która w dalszym ciągu bardzo chciała Polaka u siebie, zatem w styczniu 2013 r. oficjalnie doszło do transferu. Na debiut na Stadio Artemio Franchi Wolski musiał jednak poczekać aż do maja, kiedy to rozegrał pół godziny w starciu z Pescarą. Wcześniej albo grzał ławę (choć działacze „Gigliati” zapewnili, że chcą od samego początku stawiać na polskiego pomocnika), albo leczył kontuzję mięśnia dwugłowego. Drugi sezon we Florencji był już o niebo lepszy – Wolski rozegrał w sumie 14 meczów, raz też wpisał się na listę strzelców (był to pierwszy gol Polaka w Serie A od 2007 r.). Niemniej w ekipie dwukrotnych mistrzów Włoch mało kto był zadowolony z postępów wychowanka Jastrząba Głowaczów. Nikt też jednak nie zamierzał na stałe wyrzucać Wolskiego z Toskanii, stąd też zdecydowano się na salomonowe rozwiązanie, czyli roczne wypożyczenie do FC Bari.

Trzy lata wcześniej pobyt na Stadio San Nicola pomógł oswoić się ze specyfiką włoskiego futbolu Kamilowi Glikowi i Wolski zapewne myślał, że w jego przypadku będzie podobnie. Sześć miesięcy spędzonych w regionie Apulia nie było jednak dla niego takim katharsis jak dla Glika. Siedem meczów i zero bramek to dla ofensywnego pomocnika dorobek mizerny, zatem nic dziwnego, że zaraz po powrocie z Bari Fiorentina wysłała go na kolejne wypożyczenie, tym razem do średniaka ligi belgijskiej – KV Mechelen. – Mój cel to regularna gra. Zamierzam zwrócić na siebie uwagę selekcjonera – nieśmiało przebąkiwał Wolski w rozmowie z „PS”, gdy udawał się do Beneluksu.

Adam Nawałka nie miał jednak czego monitorować, bo jego były podopieczny w Belgii w rundzie wiosennej sezonu 2014/2015 wystąpił w 13 spotkaniach, a w rundzie jesiennej kolejnych rozgrywek tylko w jedenastu. Co prawda na Veoliastadion Achter de Kazerne wszyscy dookoła byli pod wrażeniem umiejętności Polaka, ale Wolski nie potrafił tego przełożyć na występy w lidze. Gdy więc i działacze „Malinwa” wręczyli mu wilczy bilet, były as Legii nie zamierzał zapuszczać się w jeszcze głębsze rubieże piłkarskiej Europy i zdecydował się na najmądrzejszy w tej sytuacji ruch – powrót do Ekstraklasy.

***

Paweł Brożek (Trabzonspor -> Celtic Glasgow -> Recreativo Huelva)

Miał już 27 lat, gdy w końcu opuścił rodzimą Ekstraklasę. Był to zatem ostatni dzwonek, aby pograć zagranicą nie tylko za dobre pieniądze, ale również i w nie byle jakim otoczeniu. Na fax Wisły Kraków co chwilę przychodziły oferty z Bundesligi (Hannover 96, VfB Stuttgart), ale krakowski napastnik zdecydował się, ku zdziwieniu kibiców, przenieść do Trabzonsporu. Bordowo-niebiescy byli bowiem skłonni sprowadzić do siebie również jego brata, Piotra, w dodatku od sześciu miesięcy w północno-wschodniej Turcji przebywał również Arkadiusz Głowacki, zatem to wszystko wzięte razem do kupy, zaważyło o wyborze atakującego, który w polskiej lidze 87 razy wpisywał się na listę strzelców.

Na stadionie im. Huseyina Avni Akera jednak nawet nie zbliżył się do tak imponujących liczb. W ciągu roku spędzonego w tureckiej Super Lig udało mu się zdobyć zaledwie trzy bramki (dwie w rundzie wiosennej sezonu 2010/2011 i jedną w rundzie jesiennej sezonu 2011/2012). Wspominaliśmy już o wiślackiej braci, w której miał wsparcie w Trabzonie. Latem do tego grona dołączył Adrian Mierzejewski, ale nic mu było ze wsparcia rodaków w każdej formacji, skoro o miejsce w składzie walczył z kimś takim jak Burak Yilmaz. Turecki napastnik był wówczas w życiowej formie. Po transferze z Eskisehirsporu co prawda w drugiej połowie rozgrywek 2009/2010 nie mógł się jeszcze odnaleźć w nowym otoczeniu, ale w kolejnych dwóch kampaniach strzelał jak szalony. W sezonie 2010/2011 trafił dla „Karadeniz Firtinasi” 19 razy w 30 meczach, zaś w sezonie 2011/2012 poprawił swój dorobek o 14 goli! Latem 2012 r. Yilmaz przeniósł się do Galatasary Stambuł, ale był moment, że poważnie zabiegało o niego Atletico Madryt. Brożek w towarzystwie Buraka prezentował się mało ekskluzywnie, zatem gdy zimą 2012 roku pojawiła się możliwość wypożyczenia do Celtiku Glasgow, skorzystał z niej skwapliwie.

Szlak przetarł mu w latach 2005-2007 Maciej Żurawski. „Magic” w sercach kibiców na Celtic Park może nie zapisał się tak trwale jak Artur Boruc, ale też 30 goli zdobytych przez „Żurawia” w biało-zielonych barwach w ciągu 1,5 roku gry było dorobkiem więcej niż przyzwoitym. Dlatego też działacze i kibice liczyli, że do Glasgow przychodzi odświeżona wersja Żurawskiego. Tymczasem Brożek grał w SPL jak Żurawski w sezonie 2007/2008, kiedy stopniowo z piłkarza podstawowego składu, przeistaczał się w głębokiego rezerwowego. Brożek też szybko zadomowił się na ławce. Nosa z niej wyściubił zaledwie trzy razy, łącznie na murawie spędzając 87 minuty. Tym razem nie miał jednak za rywali graczy pokroju Yilmaza, a przeciętnych nawet w Szkocji Gary'ego Hoopera i Anthony'ego Stokesa. Rozżalony faktem, że nie otrzymał większej liczby szans na pokazanie swoich umiejętności, wrócił do Trabzonu, gdzie jednak, nawet mimo odejścia Buraka, nie witano go z otwartymi ramionami. Mimo to wciąż ciągnęła się za nim, niczym niewytłumaczalna już, dobra opinia, więc sezon 2012/2013 rozpoczął jako piłkarz Recreativo Huelva, które występowało wówczas na zapleczu Primera Division.

Początki na Nuevo Colombino były nawet znośne. Choć okazało się, że magazynek w jego strzeleckim karabinie jest praktycznie nienaładowany (na całe rozgrywki Brożek miał przygotowane ledwie dwa naboje), to jednak w pierwszej części sezonu grał w miarę często (15 gier na 21 możliwych). W drugiej zaś stwierdzono, że snajper strzelający gola co tysiąc minut to jednak nie snajper. Nic dziwnego więc, że po sezonie 2012/2013, „Los Albiazules” nie chcieli dalej współpracować z Polakiem. 

40 meczów i pięć trafień to 2,5-letni bilans Brożka na obczyźnie. Po opuszczeniu Półwyspu Iberyjskiego reprezentantem Polski zainteresowane było jeszcze SC Paderborn 07, ale atakujący uznał, że dość już szargania swojego nazwiska zagranicą i wrócił tam, gdzie nigdy nie miał strzeleckich przestojów, a więc do Wisły Kraków.

***

Kamil Kosowski (1.FC Kaiserslautern -> Southampton FC -> Chievo Werona)

„Kosa” zawsze był piłkarzem, którego główną zaletą była znakomita szybkość, zatem przewidywano, że gdy wyjedzie za granicę, to zapewne do którejś z lig, gdzie swojej atuty będzie mógł w dalszym ciągu wykorzystywać. Najgłośniej mówiło się o Primera Divison (zimą 2003 r. skrzydłowy Wisły był bliski przenosin do Osasuny Pampeluna), ostatecznie jednak Kosowski wylądował w…Bundeslidze, w 1.FC Kaiserslautern.

Oczywiście nie można było za ten wybór reprezentanta Polski krytykować, wszak „Die Roten Teufel” w tamtym okresie byli niezłą drużyną. Bardziej dziwił kibiców fakt, że Kosowski trafił do ligi, o której poziomie wypowiadał się często niepochlebnie, nazywając te rozgrywki „Bayern i reszta”, czym naraził się na krytykę i gniew polskich piłkarzy występujących w Bundeslidze od lat (na czele z Tomaszem Hajtą). Sam też przekonał się boleśnie na własnej skórze, jak ciężko zaistnieć za zachodnią granicą. Na Fritrz-Walter Stadion spędził dwa lata, w czasie których rozegrał 43 spotkania (1 gol), co nie jest w sumie złym wynikiem, ale też nigdy nie dorobił się w Nadrenii-Palatynacie takiego statusu, jaki miał w Krakowie.

Na sezon 2005/2006 Kosowski wylądował w Southampton FC, występującym w The Championship. „Kick and run”, przepychanki niczym w rugby, brak wolnej przestrzeni na murawie, aby sobie swobodnie pohasać po skrzydle – reprezentacyjny pomocnik znów trafił do kompletnie obcego mu piłkarskiego ekosystemu. Nic dziwnego więc, że na zapleczu Premier League spędził tylko rok. Na 42 możliwe spotkania rozegrał 18, zatem i on bez żalu opuszczał St.Mary`s Stadium i w hrabstwie Hampshire również za nim nie płakali. 

Na koniec tej epopei wypożyczeń (bo warto przypomnieć, że z Wisły do 1.FCK Polak był wypożyczony na pięć lat!), Kosowski zameldował się w miejscu, gdzie mógł w końcu rozwinąć skrzydła i pokazać wszystkim pełnię swoich możliwości – trafił bowiem do włoskiego Chievo Verona.

„To zawodnik do pierwszego składu” – pisał weroński dziennik „L`Arnea”. Niestety, w mieście Romea i Julii kibice oraz sztab szkoleniowy nie zapałali do niego taką miłością, jak była udziałem bohaterów utworu Wiliama Szekspira. W barwach „Mussi Volanti” Polak rozegrał 23 spotkania, ale tylko dziewięć w wyjściowym składzie i zaledwie jedno w pełnym wymiarze czasowym. Po zakończeniu rozgrywek 2006/2007 wrócił na chwilę do Wisły Kraków, by zimą 2008 r. ponownie wyruszyć na obczyźnie. Tym razem jednak staranniej dobierał już kluby (Cadiz FC, APOEL Nikozja, Apollon Limassol) do swojego potencjału.

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się