var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: własne

Przepis o golach wyjazdowych jest jak jogurt w mojej lodówce – niestrawny, bo przeterminowany

Autor: Mariusz Bielski
2019-02-07 15:01:19

Istnieje duża szansa, ze w końcu uda się znieść zasadę większego znaczenia wyjazdowych goli w meczach pucharowych. Wreszcie!

Nic bowiem nie wkurza mnie w piłce tak bardzo jak niesprawiedliwość. Dlatego jestem wielkim zwolennikiem VARu i dlatego też chciałbym, aby UEFA wreszcie zrewidowała swoje poglądy na temat bramek zdobywanych w gościnie. Kompletnie nie rozumiem, czemu przy remisowym wyniku dwumeczu ktokolwiek ma być forowany. Wynika to z prostej matematyki – z której orłem nigdy nie byłem, ale też bez przesady – że 4:4 to 4:4. Nie do czterech i pół, a tym bardziej nie do pięciu czy sześciu.

Nie ma absolutnie żadnego sensu w tym, że 4:2 jest lepsze niż 3:1 czy 2:0, skoro nadal mówimy o różnicy dwóch goli. Dlaczego bierzemy pod uwagę wyłącznie tę jedną lub dwie bramki zdobyte na wyjeździe? Okej, niech ich będzie więcej niż tych zdobytych przez przeciwnika. Tylko co to niby za przewaga w szerszym kontekście? Przecież równocześnie ta drużyna w plecy przyjęła też jedną czy dwie sztuki więcej, więc czemu by nie przechylić szali w tę stronę? Ot tak, z powodu widzimisię.

Właśnie w ten sposób postrzegam podtrzymywanie zasady dotyczącej goli wyjazdowych – jako fanaberię, która kiedyś może i miała jakiś sens, ale dziś żyje tylko dlatego, że ktoś uznał ją za tradycję. Problem w tym, iż w z tej perspektywy mamy do czynienia z konserwatyzmem jako wartością samą w sobie, a to nigdy nie wnosi nic dobrego. Gdybyśmy w futbolu kierowali się romantyzmem, a nie logiką, to równie dobrze moglibyśmy znieść zawodowstwo na całym świecie, a wszelakie nowinki technologiczne wyrzucić do kosza. Aha, i jeszcze przywrócić wersję reguły o spalonym z przełomu XIX i XX wieku.

Przepis ważniejszych goli wyjazdowych jest broniony na zasadzie mitycznego ducha gry, a jego zwolennicy często przywołują jeszcze ducha fair play. Moim zdaniem jednak integralną częścią gry nie powinno być zwykłe zacietrzewienie, lecz postępowanie z trzecim duchem, czyli duchem czasu. A ten akurat pokazuje, iż wszelakie argumenty stojące za słusznością zasady ważniejszych wyjazdowych goli są jak jogurt w mojej lodówce – niestrawne, bo przeterminowane.

Dla porządku odpowiedzmy sobie jednak na kilka pytań.

  • Czy faktycznie mecz wyjazdowy (SKA Chabarowsk wyłączając) wiąże się dzisiaj z tak skrajnym przemęczeniem, że nogi aż się uginają pod piłkarzami i padają oni z wycieńczenia? No nie, to był problem dawno temu, gdy podróż na przykład z Hiszpanii do Włoch trwała tyle co wyprawa Hannibala ze słoniami bojowymi na Rzym. A dziś? Niech przemówi Jurgen Klopp. – Jeśli jechalibyśmy autobusem lub pociągiem, to byłby kłopot. Mieliśmy jednak do dyspozycji samolot, w którym udało nam się zdrzemnąć. Mam co prawda 48 lat, co nie jest pewnie najlepszym wiekiem, ale spałem dobrze w czasie lotu i rano w domu. Taki wyjazd to norma, jeśli chcesz grać w europejskich pucharach – argumentował słusznie, zwłaszcza że drużyny występujące w międzynarodowych rozgrywkach często wynajmują prywatne czartery, znacznie wygodniejsze niż samoloty klasy ekonomicznej. O wsparciu fizjoterapeutów ze światowego topu nie wspominając.
  • Czy poszczególne kraje nadal mają tak odrębne od siebie style gry, że każda konfrontacja to niemal zderzenie kultur? Cóż, od paru ładnych lat dogłębnie śledzę ligę hiszpańską i jedno co na pewno mogę powiedzieć to to, iż określenie "hiszpański styl" jest truizmem ponad truizmy. W Primera Division praktycznie każda ekipa prezentuje coś innego. Barcelona nie gra jak Atletico, Atletico jak Betis, Betis jak Valencia, Valencia jak Girona, Girona jak Rayo i tak dalej, aż nam się drużyny skończą. To samo można odnieść praktycznie do każdej innej ligi, a zwłaszcza tych naprawdę silnych. Globalna wioska zbudowała sobie globalne boisko, dzięki czemu ta kwestia odpada.
  • Czy jakikolwiek trener może mieć problem z przygotowaniem strategii do nadchodzącego meczu wyjazdowego, ponieważ nie jest w stanie dowiedzieć się jak on właściwie gra? Bzdura. Takie rzeczy brzmiałyby sensownie 70 lat temu, kiedy możliwość rejestracji spotkań w dobrej jakości była bardzo ograniczona. Ale nie teraz, gdy byle Kowalski ma dostęp do tak dogłębnych statystyk jak liczba sprintów wykonanych przez danego zawodnika w trakcie 76 minut, expected goals czy średnia liczba udanych dryblingów w trzeciej ćwiartce boiska. No a co dopiero sami szkoleniowcy... Daleko nie szukając – Mariusz Kondak, analityk ze sztabu Czesława Michniewicza, nagrywa mecze i treningi za pomocą drona, piłkarze BVB i wielu innych ekip trenują w kabinach "footbonaut", a do tego wszyscy mają do dyspozycji tony danych w bazach typu InStat.
  • Czy zdobycie bramki na wyjeździe rzeczywiście jest aż tak trudne, jak się powszechnie uważa? A no nie za bardzo, ponieważ trend jest zniżkowy, co kilka lat temu obliczyl European Journal of Operational Research. Przeprowadzone badania wykazały, że w XXI wieku gospodarze wygrywają zaledwie 46% meczów, podczasy gdy wcześniej średnia ta wahała się wokół 56%. W samej Lidze Mistrzów natomiast, w sezonie 2013/14 goście zwyciężali w 32% przypadków, praktycznie dwukrotnie częściej niż miało to miejsce w latach 60., gdy reguła goli wyjazdowych była świeżynką. Albo jeszcze jedno porównanie – według danych BBC przed wprowadzeniem tej reguły goście wygrywali w pucharach zaledwie w 19% przypadków. W ostatniej dekadzie natomiast (badanie przeprowadzone przed tym sezonem) ta statystyka zakręciła się w okolicach 28,5%. Guardian wziął pod uwagę ostatnie 5 lat i wyszły mu wyniki na poziomie 30-35%. Wiele w tym względzie mówią również poniższe wykresy:

Ja uważam, że aktualnie ta zasada utrwala co najwyżej same złe aspekty, a przede wszystkim zabija emocje. Czyż nie one właśnie są największą siłą napędową tego sportu? Profestor Kozielski z Uniwersytetu Łódzkiego powiedział mi kiedyś, iż największe rezerwy futbolu tkwią właśnie w zarządzaniu doświadczeniami oraz uczuciami kibiców i z tej perspektywy kwestionowany przeze mnie przepis idzie kompletnie pod prąd.

Zwłaszcza, gdy oglądam mecz jako widz neutralny, chciałbym odczuwać emocje aż do ostatniej sekundy doliczonego czasu. W obecnej formule natomiast często tracę je dużo wcześniej za sprawą wyjazdowych goli. Gdy dana drużyna wbija tę ważącą więcej niż powinna szpilę, nagle gospodarze muszą odpowiedzieć dwiema, żeby odwrócić przebieg meczu. Zadanie karkołomne, często wręcz niewykonalne, przez które dramaturgia zwyczajnie ulatuje. Kibic jest w stanie dużo łatwiej przewidzieć ostateczny rezultat, tracąc przy tym to nieco magiczne napięcie, które wszyscy dookoła starali się  w nim podtrzymać. Gdyby natomiast praktycznie do samego końca w miarę wyrównanej rywalizacji nie miał świadomości kto, jak i kiedy wygra, wtedy jeszcze chętniej poszukiwałby tego typu adrenaliny przy najbliższej okazji.

Przecież to nawet z perspektywy komercyjnej byłoby bardziej korzystne. Znaczna większość rozgrywek transmitowana jest na płatnych kanałach, a tam im dłużej ktoś siedzi przed twoim kanałem, tym więcej pieniędzy zarobisz. Zniesienie zasady ważniejszych wyjazdowych goli dałoby nam więcej dogrywek, które zapełniłyby mnóstwo czasu antenowego w dużo bardziej pożyteczny sposób niż gadające głowy w studiu, a tym bardziej niż powtórka odcinka „M jak Miłość” sprzed pięciu lat. Naprawdę nie trzeba być rekinem biznesu, aby dostrzec nawet tak daleko idące korzyści z zastosowania takiego rozwiązania.

Jednocześnie z tego samego względu UEFA czy inne jej podobne związki powinny dążyć do uatrakcyjniania rozgrywek. Wiem, że rekordy marketingowo-finansowe i tak są ciągle przebijane, aczkolwiek wydaje mi się, iż postęp mógłby przebiegać szybciej, gdyby odrzucić tego typu relikty przeszłości.

Kwestionowana przeze mnie reguła miała w swoim założeniu zachęcać gości do bardziej zuchwałej ofensywy, jednak mało kto zauważył, że mamy tu do czynienia z toporem obosiecznym. Trend praktycznie się odwrócił – dziś ten przepis sprawia, iż gospodarze skupiają się głównie na obronie, czasem wręcz desperacko, co chyba najdobitniej pokazywały zawsze zespoły prowadzone przez Jose Mourinho. Z całym szacunkiem, ale gdyby Portugalczyk zdawał egzamin na prawo jazdy autobusem, wzorcowo zaliczyłby parkowanie w polu karnym. W moim odczuciu przepis ten aż nazbyt ingeruje w scenariusze meczowe. Prawo powinno je co najwyżej regulować, a nie narzucać i kreować. Pisanie gry należy bowiem do trenerów i piłkarzy, a nie biurokratów.

Coby jednak nie było, że prawię herezję, oddam głos Sir Alexowi Fergusonowi. – Kiedy graliśmy pucharowy mecz u siebie, myślałem głównie: "byle nie stracić gola, byle nie stracić gola..." 30 lat temu kontratakowanie składało się z akcji jednego, dwóch graczy. Dziś może brać udział nawet pięciu czy sześciu piłkarzy. Podając szybciej i płynnie zmieniają pozycje. Dużo lepsza jakość boisk też miała na to wpływ – o wiele łatwiej jest wyjść z defensywy za pomocą paru podań niż parę dekad temu. Łatwiej kontrować i łatwiej z kontrataku bramkę stracić – opowiadał legendarny szkoleniowiec. Obecnie wtóruje mu całe znamienite gremium na czele z Arsenem Wengerem, Unaiem Emerym, Diego Simeone, Thomasem Tuchelem, Carlo Ancelottim czy Garym Linekerem.

Ostatnie czego potrzeba dzisiejszej piłce, to właśnie podtrzymywania takich ideowych trupów przy życiu, skoro bardziej przeszkadzają niż pomagają. No i robią pannę lekkich obyczajów z logiki, bo równie dobrze idąc tym tokiem myślenia, moglibyśmy zaraz inaczej punktować również bramki zdobyte strzałami zza pola karnego, inaczej po rożnych, a jeszcze inaczej te strzelone głową. Albo wiem, eureka – przyznawajmy pół gola za obicie obramowania bramki!

Podobną ekwilibrystyką jest uznawanie trafień wyjazdowych za znaczące więcej niż trafienia domowe. Może nie aż tak skrajną, lecz nadal niepotrzebną i przekombinowaną.

Piłka nożna ma bowiem inne, znacznie prostsze i bardziej sprawiedliwe narzędzia, aby rozstrzygać aż nazbyt wyrównane rywalizacje. Dogrywka to oczywiście jedna z nich, ale ja bym poszedł nawet dalej i z nich też zrezygnował. Natomiast najlepszym rozwiązaniem zawsze wydawała mi się po prostu seria rzutów karnych. Ludzie piłki mówią o nich – „loteria”, lecz to jeden z utartych na maksa frazesów. Jedenastkę też trzeba przecież umieć trafić, a analitycy piłkarscy i nad nimi pracują, o czym przekonacie się czytając "Futbonomię". Rozstrzyganie rywalizacji za ich pomocą ma w sobie zdecydowanie więcej fair play i przede wszystkim nadal zależy od umiejętności zawodników, a nie przestarzałych zapisów regulaminowych.

Dlatego niezmiernie cieszę się, że UEFA w końcu bierze pod uwagę zrewidowanie swych poglądów na temat zasady z 1965 roku. Za zmianami optuje Zbigniew Boniek, a tym bardziej robią to topowi szkoleniowcy, którzy też słusznie dostrzegają, iż ślepy konserwatyzm ma niewiele wspólnego z logiką. Debata nad tą kwestią ma trwać właśnie dzisiaj i chociaż decyzja nie zostanie podjęta w trybie natychmiastowym, już samo podjęcie rozmów daje spore nadzieję. Nie mogę się doczekać aż ta idiotyczna zasada zostanie wykreślona z przepisów grubą krechą.

 

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się