var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: evertonfc.com

Fatalna gra w defensywie i nieumiejętna obrona stałych fragmentów gry, czyli zespoły Marco Silvy w pigułce

Autor: Sebastian Czarnecki
2019-02-10 13:30:23

Kiedy Marco Silva został ogłoszony jako menedżer Evertonu, kibice spodziewali się, że jest to strzał w dziesiątkę. Portugalski trener co prawda nie zdołał utrzymać Hull City w lidze w swoim pierwszym sezonie w Anglii, a po świetnym starcie sezonu z Watfordem został zwolniony po kilku słabszych wynikach, ale jego zespoły zazwyczaj prezentowały widowiskowy i skuteczny futbol. Co więc poszło nie tak i dlaczego Everton od grudnia wygrał zaledwie cztery mecze?

Obiecujący start

Początek Marco Silvy w nowym klubie nie wskazywał wówczas na to, że „The Toffees” koniec końców wrócą do punktu wyjścia. Portugalski trener w obiecującym stylu zaczął swoją przygodę z Evertonem i dopiero w piątej kolejce pierwszy raz posmakował porażki w meczu z West Hamem. Co najważniejsze – w grze jego zespołu cały czas widać było poprawę. Everton cały czas przystosowywał się do systemu nowego trenera, ale z kolejki na kolejkę gra coraz bardziej się zazębiała. W końcu na miarę swoich możliwości zaczął grać Gylfi Sigurdsson, a ogromne wrażenie na kibicach wywarł nowo sprowadzony Richarlison, który w poprzednim sezonie współpracował z Marco Silvą już w Watfordzie.

Dla kibiców najważniejszy jednak był fakt, że gra Evertonu uległa zauważalnej poprawie. Już nikt nie pamiętał o fatalnym epizodzie Ronalda Koemana na Goodison Park, którego musiał zastąpić Sam Allardyce. „Big Sam” preferował toporny, ale skuteczny futbol, który w tamtym czasie akurat był konieczny do tego, żeby wyjść z dołka, ale na dłuższą metę nikt nie wiązał z nim przyszłości w klubie z Liverpoolu. Wydawało się więc, że idealnym kandydatem do tej pracy będzie Marco Silva, którym Everton zainteresował się już po zwolnieniu Koemana. Portugalczyk notował wówczas świetne rezultaty z Watfordem, które było rewelacją ligi, ale „Szerszenie” nie chciały go oddać za żadną cenę. Ostatecznie skończyło się na tym, że Watford przestał notować dobre rezultaty i zaczął spadać w ligowej tabeli, a Silva stracił pracę.

Everton po obiecującym starcie nieco spuścił z tonu, a dobre mecze przeplatał słabymi, ale przede wszystkim w miarę regularnie zdobywał punkty, a to było najważniejsze dla wszystkich kibiców. Nie było już śladu po nieskutecznej grze Ronalda Koemana i topornym futbolu Sama Allardyce’a, który nie porywał kibiców – teraz liczył się tylko Marco Silva. Nic jednak nie może trwać wiecznie, a od grudnia 2018 roku gra „The Toffees” to ogromne nieporozumienie. Doszło nawet do tego, że kibice zaczęli wątpić w to, czy Portugalczyk faktycznie jest odpowiednim trenerem dla Evertonu.

Fatalna defensywa

Źródła problemu należy szukać przede wszystkim w grze obronnej, z którą Marco Silva miał problemy już w swoich poprzednich klubach. Jego Hull i Watford potrafiły rozgrywać porywające spotkania, w których padało dużo bramek, ale kiedy przychodziły takie mecze, że nie potrafiły dłużej utrzymywać się przy piłce i nic im nie wychodziło, to traciły dużo bramek. O ile w poprzednich klubach można było to jeszcze zrzucić na brak odpowiednich wykonawców, tak w Evertonie chyba nikt nie powinien wątpić w jakość zawodników z formacji defensywnej. Seamus Coleman, Michael Keane, Kurt Zouma, Yerry Mina i Licas Digne to przecież nie są anonimowi piłkarze, a każdy z nich jest wręcz uznawany za dobrego zawodnika.

Oczywiście nie można całej winy zrzucać wyłącznie na Marco Silvę, ale jeżeli przyjrzymy się statystykom, to Portugalczyk jest pierwszym trenerem w historii Premier League, który stracił sześć bramek w jednym meczu w barwach trzech różnych zespołów. W maju 2017 roku jego Watford przegrał 1:7 z Tottenhamem, we wrześniu już jako trener Watfordu przegrał 0:6 z Manchesterem City, a 23 grudnia zeszłego roku jego Everton przegrał 2:6… znów z Tottenhamem.


Nawet jeżeli jest to tylko niefortunny zbieg okoliczności i to akurat rywale jego zespołu znajdowali się wtedy w kosmicznej formie, to trudno nie brać pod uwagę tych statystyk, zwłaszcza że nie działają one na korzyść Marco Silvy. Tym bardziej, że wszystkie te porażki miały miejsce w odstępie zaledwie półtora roku i sprawiły, że Portugalczyk jest teraz rekordzistą Premier League pod tym względem.

Fatalne stałe fragmenty gry

Co jednak najbardziej martwi kibiców Evertonu, to całkowita nieumiejętność w bronieniu stałych fragmentów gry. „The Toffees” aż 12 z 39 bramek w Premier League stracili po stałych fragmentach gry, a we wszystkich rozgrywkach aż 17 – żadna drużyna nie może się „pochwalić” takim wyczynem na tym etapie sezonu.

Co więcej, drużyny Marco Silvy w poprzednich sezonach również były pod tym względem najgorsze w całej lidze. Jego Hull straciło aż 10 bramek ze stałych fragmentów gry w 18 meczów, a Watford sezon później w 24 meczach straciło ich 12. O ile przy wyżej wspominanych porażkach nie można obwiniać wyłącznie Portugalczyka, tak tutaj trudno nie szukać w nim winy, bo to właśnie prowadzone przez niego zespoły ewidentnie mają problem z tym elementem gry. A warto jeszcze wspomnieć, że to tej statystyki nie wliczają się rzuty karne.


Czarę goryczy przelała porażka Evertonu z Milwall w Pucharze Anglii. Kibice „The Toffees” liczyli na łatwe zwycięstwo nad 20. drużyną Championship, a tymczasem ponownie się rozczarowali. Everton przegrał 2:3, a gospodarze WSZYSTKIE swoje bramki strzelili – a jakże – ze stałych fragmentów gry. Marco Silva musi poważnie pomyśleć nad zmianą swojej filozofii i odpuścić krycie strefowe w takich sytuacjach, a skupić się bardziej na kryciu indywidualnym, bo właśnie przez takie ustawienie defensorów w obronie Evertonu pojawiają się ogromne dziury, które potem łatwo wykorzystują rywale, jak to zrobił chociażby Raul Jimenez w niedawnym meczu Wolverhamptonu z „The Toffees”.

Spadek formy

Problem Evertonu nie tkwi jednak wyłącznie w słabo zorganizowanej grze obronnej, bo od początku grudnia nie układa się gra we wszystkich formacjach. W klubie nie ma bramkostrzelnego napastnika, a spadek formy Richarlisona sprawił, że w zespole Marco Silvy nie ma kto teraz strzelać bramek. Tak jak „The Toffees” w początkowej fazie sezonu imponowali widowiskową i skuteczną grą, tak teraz kibice najczęściej oglądają prawdziwy pokaz bezsilności swojego zespołu, który jakby nie do końca wiedział, co chce zrobić z piłką.

Everton od początku grudnia wygrał tylko cztery mecze, dwa zremisował i aż dziesięć przegrał, przez co bliżej jest im teraz do strefy spadkowej niż do miejsca w Top 6, do którego przecież w przyszłości zespół Goodison Park chce aspirować. „The Toffees” mają tylko dziewięć punktów przewagi nad strefą spadkową i tracą ich aż siedemnaście do szóstego Arsenalu. Drużyna, która miała przecież zbliżyć się poziomem do czołówki, przypomina teraz średniaka ze środka tabeli, a to samo przecież gwarantował zatrudniony tymczasowo Sam Allardyce, czy wcześniej Roberto Martinez.

Co więc czeka w przyszłości drużynę Evertonu? Czy Marco Silva faktycznie powinien zostać zwolniony? Już teraz mówi się przecież, że Portugalczyk jeszcze przed końcem sezonu może stracić pracę, a zastąpić go może Marcelo Bielsa. Marco Silva powinien jednak dostać czas przynajmniej do końca sezonu – a może uda mu się zażegnać kryzys i wyjdzie z opresji? W poprzednim sezonie nie otrzymał takiej szansy od Watfordu i nie miał jeszcze okazji sprawdzić się w takiej sytuacji, dlatego też właśnie w takiej chwili ma okazję udowodnić wszystkim, że jeszcze nie należy go skreślać.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się