var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: Mateusz Czarnecki

Szanuj Carlitosa swego, bo możesz mieć nieskutecznego. Legijne strzelby jak z festynu

Autor: Mariusz Bielski
2019-02-12 21:11:51

Dziwna by to była historia, ale… Jeszcze kilka dni temu wydawało się, że Carlitos zaledwie po połowie sezonu w Legii może się z nią pożegnać, obierając drogę na Nowy Jork. Ostatecznie Radosław Kucharski wyznał, iż mistrzowie Polski nie zamierzają się go pozbywać, aczkolwiek wiadomo, że 2,5 bańki za gościa zbliżającego się do trzydziestki to nie są złe pieniądze. Kto wie, czy dalsza obecność napastnika w składzie nie będzie dla Legii cenniejsza niż worek pieniędzy? Ostatnimi czasy bowiem miała w ataku tyle stabilizacji, co kot napłakał.

To dość ważna kwestia w kontekście tego, czy Legia bez Carlitosa byłaby równie mocna w walce o mistrzostwo co Legia z Carlitosem? Można wróżyć z fusów, lecz nie ulega wątpliwości, iż Hiszpan jest z jednym z najlepszych napastników Ekstraklasy, potrafiącym zmieniać oblicze meczu nawet kiedy dostaje od trenera powiedzmy 20-30 minut zamiast 90. Tak było w rewanżowym spotkaniu ze Spartakiem Trnawa (ostatecznie niestety przegranym), czy w lidze, dwukrotnie w starciach z Piastem. A można jeszcze dodać przypadki, gdy po prostu ratował świetnym występem indywidualnym resztę niedysponowanej akurat drużyny. Tu najbardziej jaskrawym przykładem jest starcie z Wisłą Kraków, gdy dwoma trafieniami wyciągnął remis dla Wojskowych. Ogólnie w tym sezonie na listę strzelców wpisywał się 11 razy, a do tego dołożył jeszcze 4 asysty w 28 meczach.

Samemu Lopezowi trudno się dziwić, że zastanawiał się nad wyjazdem, skoro nie jest pierwszym wyborem dla Ricardo Sa Pinto. Portugalskiemu szkoleniowcowi do koncepcji zdecydowanie bardziej pasuje Sandro Kulenović. Napastnik nie tyle sprytny, co silny. Nie tyle zwinny, co wysoki, mogący skutecznie walczyć o piłkę w powietrzu. Nie tyle angażujący się w różne fazy akcji, co czekający na futbolówkę na szpicy, wykańczający akcje lub pełniący funkcję odgrywającego. Oczywiście szkoleniowiec ma do tego pełne prawo, lecz wymowne jest też, że kiedy jego drużynie nie szło, niemal zawsze sięgał po Hiszpana jako pierwszą deskę ratunku.

Gdyby jednak okazało się, iż rola zawodnika do rotacji lub – w gorszym wypadku – ekskluzywnego jokera nie pasuje Carlitosowi w dłuższej perspektywie, prawdopodobnie zakończy on swoją przygodę z Legią latem. Tym samym stałby się już dziewiątym (!!!) napastnikiem od momentu odejścia duetu Prijović-Nikolić, który przy Łazienkowskiej strzelał regularnie przez nie więcej niż rok. Do tego niechlubnego grona zaliczają się także: Niezgoda, Eduardo, Kulenović, Kante, Sadiku, Sanogo, Chukwu oraz Necid.

Spójrzmy jednak nie na same nazwiska – choć kibicom Legii samo to zapewne wystarczy – lecz dokonania przytoczonych jegomościów.

Sezon 18/19:
Niezgoda – 1 mecz/0 goli/0 asyst
Carlitos – 28m/11g/4a
Eduardo – 2m/0g/0a
Kulenović – 14m/3g/1a
Kante – 25m/5g/1/a

Sezon 17/18:
Niezgoda – 33m/15g/3a
Eduardo – 12m/0g/2a
Sadiku – 25m/7g/4a
Sanogo – 1m/0g/0a
Chukwu – 6m/0g/2a

Sezon 16/17:
Niezgoda – 1m/0g/0a
Necid – 8m/1g/1/a
Chukwu – 3m/0g/0a

Na zielono zaznaczyliśmy te przypadki, w których dany napastnik rzeczywiście stanowił wyraźną wartość dodaną w zespole. Pomarańczowy Sadiku znajduje się gdzieś na pograniczu, bo jego dorobek strzelecki nie imponuje, aczkolwiek przynajmniej nie był piątym kołem u wozu. Tak czy siak – korzystnie wypadają tu zaledwie 3 przypadki na 13, licząc na zasadzie: jedna osoba w danym sezonie = 1 przypadek.

Jak na dłoni widzimy, że Mioduski i jego świta częściej kupowali strzelby na odpuście pod Łaskiem, niż w sensownym sklepie militarnym.

Oczywiście niektórych gentlemanów dałoby się w różny sposób wytłumaczyć. Taki Chukwu przed przyjściem do Legii nie trenował przez ponad 2 miesiące, więc początkowo musiał nadrabiać zaległości z rezerwami. Sanogo już drugi sezon ogrywa się na wypożyczeniu w Zagłębiu Sosnowiec. Eduardo po prostu był starym dziadkiem zniszczonym przez kontuzje i bez werwy jak niegdyś Ljuboja. Jose Kante został sprowadzony na życzenie poprzednika Sa Pinto, a Necid też nigdy nie trafiłby na Łazienkowską, gdyby nie miał tak fatalnej rundy jesiennej w Bursasporze w sezonie 16/17, gdzie Hamza wolał stawiać albo na młodszych zawodników, albo swoich rodaków.

Nie mylmy jednak powodów z usprawiedliwieniami. Żadne z powyższych nie jest na tyle mocnym argumentem, by nie traktować poszczególnych przygód piłkarzy z Legią jako pomyłek. Zwłaszcza z perspektywy Legii, bo przecież nie po to ściągała ich do siebie, nie po to płaciła im gruby hajs, żeby robić z siebie przyczółek dla życiowych rozbitków.

Tak to jednak trochę wygląda również ze względu na to, jak często w warszawskim klubie zmieniała się koncepcja jego prowadzenia. Licząc od zimy 2017 roku, kiedy z Łazienkowskiej ewakuowali się Nikolić oraz Prijović, stołeczną ekipę prowadziło aż pięciu trenerów. To naturalne, że każdy kolejny szukał nowej formuły na zespół, skoro rozwiązania poprzednika niekoniecznie działały. Częstotliwość zmian na stanowisku szkoleniowca miała więc bezpośrednie odzwierciedlenie w zachowaniach Wojskowych na rynku transferowym, którą wyraźnie wzmogła fatalna selekcja kolejnych kandydatów. Kiepska laurka dla osób odpowiadających za legijne zakupy.

Tym gorsza, biorąc pod uwagę fakt, iż z klubu zdążyło odejść już sześciu z wymienionych napastników i zaledwie na jednym udało się zarobić – za Armando Sadiku do kasy wpłynął milion euro od Levante. Niby w porządku, ale trzeba też pamiętać, że za „Ferrari” zapłacono wcześniej 750 tysięcy w tej samej walucie. A mało brakowało przecież, aby w styczniu odszedł jeszcze Jarosław Niezgoda, którym mocno interesowało się FC Midtjylland. Ostatecznie jednak Duńczycy uznali, iż wyłożenie 2,5 miliona euro za faceta z tak niepewnym zdrowiem to przesada i – jak w filmie Janusza Kidawy z 1984 roku – sprawa się rypła.

I zanim podniesiecie larum, że szukamy dziury w całym – spokojnie, pamiętamy, ze na przekór powyższego bałaganu Legia zgarnęła trzy ostatnie mistrzostwa z rzędu. Kwestia tego, o czym to właściwie świadczy? Jedynym pozytywnym aspektem, który da się tu przywołać jest pokonywanie swoich słabości, skoro warszawianie częściej odnosili sukcesy nie dzięki niezwykle skutecznym strzelcom, lecz przeważnie pomimo ich braku.

Ale poza tym? Dostajemy jeszcze jeden argument na to, jak bardzo miotają się warszawianie za kadencji Dariusza Mioduskiego. Właściciel i prezes tyle rozwodzą się na temat długofalowej wizji w budowaniu klubu, lecz z jakiejkolwiek perspektywy by się spojrzało, tam znajdujemy zaprzeczenie jego płomiennych obietnic co do szeroko rozumianej stabilizacji.

Sęk w tym, że ani Lech, ani Jagiellonia, ani Lechia nie potrafiły w tym czasie wykorzystać kłopotów stołecznej drużyny, strącając ją z tronu. Nie stawia ich to w najlepszym świetle, skoro nie potrafią pokonać największego przeciwnika nawet kiedy trawiły go tak duże kłopoty. W normalnej lidze i przy tak dużej rzekomej konkurencji ten kolos na glinianych nogach zostałby obalony, no ale skoro mówimy o Ekstraklasie, również ten rażący brak konsekwencji w budowie kadry należy traktować co najwyżej w kategorii ciekawostki.

O ile więc radość kibiców Legii po kolejnych triumfach jest naturalna i bzdurą byłoby się jej czepiać, o tyle w szerszym kontekście trudno w tym wszystkim szukać powodów do dumy.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się