var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: bytoviabytow.pl

Michał Chamera dla 2x45: Jeden z bramkarzy w Katarze wybijał piłkę tylko w lewo, bo tak chciał Allah

Autor: rozmawiał Filip Gierszewski
2019-02-17 11:30:55

Michał Chamera grę w piłkę musiał zakończyć w wieku niespełna trzydziestu lat, ale jak sam mówi - z perspektywy czasu nie żałuje. Już w czasach gry w Piaście Gliwice kształcił się naukowo i teraz lada chwila będzie bronił pracy doktorskiej. Ostatnie lata spędził zaś w Katarze, gdzie trenował bramkarzy w Muaither SC. Jak wyglądało tam codzienne funkcjonowanie? Jakie sytuacje przydarzały mu się podczas treningów? Dlaczego jeden z zawodników odmówił mu zajęć o ósmej rano? Zapraszamy!

Filip Gierszewski (2x45.info): - Zacznijmy od samego początku wątku katarskiego. Jak to się w ogóle stało, że otrzymał pan ofertę pracy w drugoligowym wówczas Muaither SC?
Michał Chamera (obecnie trener bramkarzy Bytovii Bytów):
- Można powiedzieć, że był to szczęśliwy traf. Zespół ten przebywał latem na obozie w Gniewinie. Było to w okresie sierpniowo-wrześniowym, czyli w czasie, kiedy w Katarze jest naprawdę wysoka temperatura i wilgotność. Katarczycy uciekają wówczas na takie obozy i akurat wtedy (latem 2014 – przyp. FG) trafili do Gniewina. Takie zgrupowania są bardzo długie – trwają od trzech tygodni do miesiąca. Sam z drużyną wyjeżdżałem do Turcji czy Bośni i zajmowało to dwadzieścia osiem dni. Bardzo osobliwa rzecz.

Wracając do tematu – przede mną bramkarzy w Muaither trenował Francuz, który odszedł do reprezentacji Wybrzeża Kości Słoniowej, które de facto pół roku później zwyciężyło w Pucharze Narodów Afryki. Do tej drużyny narodowej sprowadził go inny Francuz, bardzo rozpoznawalna postać (Herve Renard, obecnie selekcjoner reprezentacji Maroko, z którą był na MŚ w Rosji – przyp. FG). Kiedy latem 2014 pojawiła się informacja, że ówczesny trener bramkarzy w Muaither odchodzi, ci musieli znaleźć sobie kogoś nowego. Po nitce do kłębka, jak to mówią… Wykonali parę telefonów i trafili na mnie. Pojechałem więc na rozmowę, dogadaliśmy się jeszcze na sam obóz. Jednak na tyle im się spodobałem, bo tak trzeba to nazwać, że cztery miesiące później, po zamknięciu kilku spraw w Polsce, wyjechałem do Kataru.

Wydawało mi się, że wybieram się tam na pół roku, że zrobiłem sobie urlop od uczelni, bo tego tematu nie zamykałem definitywnie. Ale z pół roku zrobiło się… trzy i pół.

- Właśnie – ostatecznie pracował pan w Katarze dość długo. Trudno było podjąć decyzję o wyjeździe do pracy w tak egzotycznym rejonie?
- Na początku jechałem tam w nieznane, z duszą na ramieniu. W Katarze nie było wtedy żadnych polskich szkoleniowców, oprócz Wojtka Ignatiuka, który pracował jako analityk w zespole piłkarskim. dlatego z kategorii stricte trenerskiej – czy to pierwszej drużyny, czy tych z pola, czy bramkarzy, byłem pierwszym trenerem-Polakiem w Katarze. W Katarze, bo w Emiratach czy w Arabii Saudyjskiej już wcześniej Polscy trenerzy się pojawili.

Pierwsze pół roku spędziłem na poznawaniu całej kultury Bliskiego Wschodu, następnie wróciłem do Polski i zastanawiałem się co dalej. Powiem szczerze, że trudniej było pojechać tam z powrotem, niż wybrać się pierwszy raz. Gdy wyjeżdżałem tam po raz pierwszy, ciągnęła mnie ciekawość czegoś nowego. Pytałem siebie „jak nie teraz, to kiedy?” i pojechałem. Mimo pewnych spraw, które trzymały mnie na miejscu. Także dopiero przy następnym wyjeździe dłużej zastanawiałem się nad przedłużeniem mojego pobytu w Katarze.

- Dlaczego?
- Sporo utrudnił brak awansu do wyższej klasy rozgrywkowej. Nie zostały też dogadane pewne sprawy – po nieudanym sezonie „zrobił się Ramadan”, wszystko było pozamykane, nikt z nikim nie rozmawiał. Do samego końca nie było wiadome o co chodzi. Później na spokojnie wróciłem, skontaktowałem się telefonicznie z władzami klubu i wyprostowaliśmy te kwestie. Rok później świętowaliśmy awans do najwyższej ligi.

W niej jednak zostaliśmy zweryfikowani. Tam już liczą się budżety – pierwsze pięć czy sześć zespołów jest poza jakimkolwiek zasięgiem. Jest tam na przykład taki zespół Lekhwiya, mistrz kraju, do którego ostatniego lata przyszedł Mehdi Benatia. Marokańczyk miał też propozycję z Manchesteru United, w którym miałby zarabiać 4,5 miliona euro rocznie, ale w  Lekhwiyi zaproponowali mu pięć. I wybrał Katar. U nas o takim czymś nie było mowy, odstawaliśmy nieco od stawki i później wydarzył się spadek, mimo walki do ostatniej kolejki.

Klubów też nie zmieniałem, miałem mocną pozycję. Na przestrzeni tych trzech lat często zmieniał się trener, każdy z nich przychodził ze swoim sztabem, ale Michael zawsze zostawał. Momentami było ciężko, bo wiadomo, trzeba przystosować się do nowych ludzi w pracy, zdobyć zaufanie, wyrobić sobie z nimi chemię. A gdzie indziej nie przechodziłem, ponieważ w Katarze panuje zasada, według której nie można sobie podbierać trenerów. Należy wpierw rozwiązać kontrakt i wyjechać z kraju, żeby można było przejść gdzie indziej. Samemu działać w tym kierunku też nie było warto – Katarczyków jest mało i każdy się zna, więc prezydent, który cię zatrudniał, zaraz rozesłałby pocztą pantoflową wieści po wszystkich braciach i siostrach. Człowiek nie może zdradzać tam swojego pracodawcy.

- Chciałem też spytać się o relację na linii pracodawca-pracownicy, bo w tamtych stronach jest ona pewnie specyficzna.
- Prezydent decyduje o wszystkim. Nawet jeśli dyrektorowie czy menadżerowie, których jest tam kilku, mają coś do powiedzenia, to ostatnie słowo zawsze należy do szefa. Czasem można zastanawiać się co dany zawodnik robi w klubie, ale panują tam takie zależności, w które lepiej nie wnikać. Taka jest ich specyfika, kultura.

- Jak trudno było się dostosować do warunków, które narzucane są przez tamtejszą społeczność?
- Mogę podać przykłady.

- Proszę bardzo.
- Wychodzę na pierwszy trening i robimy proste ćwiczenie – uderzam bramkarzowi na chwyt i nagle ten się odwraca. Wychodzi z bramki i mówi, że musi się pomodlić. Wpadłem w lekką konsternację, ale musiałem zrobić pięć minut przerwy, bo takich rzeczy przemóc nie można.

Inna sytuacja – robiłem analizę wideo bramkarzowi, który nieustannie wybijał piłkę w lewą stronę. Po rozmowie robił to dalej i w końcu sam trener się tym podirytował, przyszedł do mnie i spytał się, czy ja mu tego nie tłumaczę. Odpowiedziałem mu, że wszystko jest wytłumaczone i nie powinno być problemu. W następnym meczu po raz kolejny ta sama sytuacja. Doszło więc do spotkania z prezydentem klubu, dyrektorem, pierwszym trenerem i tym bramkarzem. Padło do niego pytanie o ten sposób gry i w końcu nie wytrzymał i powiedział, że tak chce Allah.

- (śmiech).
- Kontynuując wątek tamtejszych bramkarzy, to jest z nimi spory problem. W Katarze nie można ściągać bramkarzy z zewnątrz. I o ile jedynki w drużynach są na dobrym poziomie, tak drudzy czy trzeci golkiperzy w danym zespole bardzo od nich odstają. Nie ma tego, czego nawet u nas, w Ekstraklasie, że można sobie ściągnąć bramkarza skądkolwiek.

- Co jest powodem takiego przepisu?
- Tak po prostu jest. Niedawno znieśli to w Arabii Saudyjskiej, ale w Katarze wciąż taka reguła działa.

- Jakie jeszcze niebywałe rzeczy działy się tam na miejscu? Może jakieś inne ciekawe przepisy?
- Była jedna taka sytuacja. Gdy graliśmy w najwyższej klasie rozgrywkowej ustalane były premie. Polegało to na tym, że przed meczem do szatni wchodził prezydent i mówił: gramy na tyle i tyle. Oczywiście trzeba dopowiedzieć, że czasami te premie wpływały, a czasami nie. Wszystko zależało od prezydenta.

Graliśmy raz mecz z jednym z mocniejszych zespołów, bodajże z Al-Gharafą, w której obecnie są Wesley Sneijder czy Vladimir Weiss. Wówczas wyznaczona była premia za remis. Do przerwy przegrywaliśmy jednak 0:2 i mimo tego, że wyszliśmy na 2:2 prezydent przyszedł po meczu do szatni, obejrzał się na wszystkich i powiedział: „Słuchajcie. Dostaniecie połowę premii, bo przegraliście pierwszą połowę.”

Lub inna historia. W klubie był taki zawodnik, który urodził się w Katarze, lecz nawiasem mówiąc jego matka była z pochodzenia Libanką, a ojciec Senegalczykiem. Bądź co bądź urodził się w Katarze. Był marzec, chciałem z tym chłopakiem trochę ciężej popracować, więc zaproponowałem mu raz, żebyśmy zrobili sobie trening o ósmej rano. Spojrzał na mnie i powiedział:
- Problem, coach.
Spytałem się go więc, o co chodzi.
- Ja o ósmej chodzę spać.
- Jak to?
- Chodzę spać o ósmej i wstaję o szesnastej.

Zaproponował mi godzinę szóstą, ale to akurat mi nie pasowało, po prostu za wcześnie. No i się nie dogadaliśmy.

- Dlaczego wrócił Pan do Europy?
- Wróciłem w lipcu zeszłego roku z kilku względów. Na miejscu pozostało kilka niezamkniętych kwestii, w tym praca w uczelni, na której będę niedługo bronił doktoratu. Przyszedł też w moim życiu czas na zmiany. Mostów za sobą nie spaliłem, wciąż utrzymuję kontakt ze znajomymi z Kataru. Postrzegam spędzony tam czas jako ciekawe doświadczenie - „liznąłem” trochę arabskiego, poznałem wielu ciekawych ludzi związanych z piłką – Michela Laudrupa, Xaviego Hernandeza. Chciałem jednak schłodzić trochę głowę, stąd powrót.

- Trudno było się nauczyć arabskiego?
- Kiedy przychodziłem do Muaither, trenował tam Mohamed Sahil – Marokańczyk, uczestnik MŚ 1986. On zna się na językach obcych i doradził mi, żebym uczył się dwóch słówek dziennie. Udało mi się opanować cały język piłkarski, dawałem radę porozumieć się z Katarczykami po arabsku, aczkolwiek po czasie trochę się to zapomina. Żałuję też, że nie uczyłem się pisanego arabskiego.

- Gdyby pojawiła się jakaś oferta, wróciłby pan na Półwysep Arabski?
- Nie ukrywam, że przedstawiano mi pewne propozycje, nawet tej zimy ktoś się do mnie zgłaszał. Konkretnie nie z Kataru, a z Emiratów. Niemniej na tę chwilę skupiam się na tym, co trzyma mnie w Polsce. Ale nigdy nie mów nigdy!

- Jak ma się w Katarze poziom piłkarski do tego, który jest w Polsce?
- Te pięć-sześć czołowych zespołów, o których mówiłem wcześniej z pewnością walczyłyby o mistrzostwo Polski. Z resztą byłoby nieco inaczej – bardziej poziom I ligi. W Katarze jest też inny ważny czynnik wpływający na poziom. Komuś z szerokiego składu, wręcz zaplecza drużyny, nie opłaca się przechodzić dokądś, gdzie mógłby grać dużo więcej. Nie kalkuluje mu się to finansowo.

Z drugiej strony w ósemce azjatyckiej Ligi Mistrzów dwa kluby były z Kataru. Przez Puchar Azji katarska reprezentacja przemknęła zaś bez porazki. Pokonała Japonię, wygrała wcześniej w pojedynku z tłem politycznym ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi 4:0. Świadczy to o postępie, jaki zaszedł w katarskiej piłce. Trener Sanchez odmłodził ten zespół narodowy, zrezygnował ze starej gwardii. Święto narodowe chyba będzie trwało cały miesiąc.

- Pan przybywał do Kataru już jakiś czas po ogłoszeniu go gospodarzem Mistrzostw Świata 2022. Dało się wyczuć atmosferę przygotowań do tej imprezy?
- Każdy wie, dlaczego te mistrzostwa są tam organizowane. Nie ma co ukrywać, że stadiony cały czas są budowane lub odświeżane. Wprowadzona jest klimatyzacja, która sprawia, że czterdziestostopniowa temperatura zewnętrzna zostanie obniżona do 20-25 stopni na murawie wskutek stworzenia swego rodzaju próżni, która niweluje to ciepło. Osobliwe rozwiązanie, chociaż turniej i tak będzie rozgrywany w listopadzie i grudniu, więc to gorąco nie będzie na tyle odczuwalne, co latem.

A propos atmosfery – mankamentem w Katarze było to, że mało ludzi przychodziło na stadiony. Po części spowodowane było to temperaturą, jaka tam panuje. Czasami, gdy grały jakieś słabsze zespoły, to czuło się, jakby uczestniczyło się w sparingu.

- A co z zapleczem? Domyślam się, że obiekty treningowe są tam naprawdę niezłe.
- Jeśli chodzi o obiekty, to ich poziom jest najwyższy z najwyższych. W Muaither posiadaliśmy bazę na obrzeżach miasta – kilka boisk dla młodzieży czy seniorów, miejsca odnowy biologicznej, szatnie, fizjoterapia – majstersztyk. A same boiska są w stanie rewelacyjnym. Do tej pory zastanawiam się, jak oni utrzymują murawy, że przy takich upałach rośnie na nich trawa.

- Krótkie i pewnie kontrowersyjne pytanie – czy II liga katarska równa się I lidze polskiej?
- Generalnie bardzo trudno jest to porównać. W Katarze istnieje taki przepis, że w klubie może być tylko czterech piłkarzy spoza kraju, co ma swoje oddziaływanie. Chociaż jeśli taki piłkarz z Hiszpanii czy Brazylii się pojawia, to wyróżnia się poziomem.

Infrastrukturalnie i technologicznie to przewaga zdecydowanie leży po stronie Kataru. Jeżeli chodzi o przygotowanie taktyczne czy mentalne, to jednak w Polsce jest to bardziej poukładane. Sprawy motoryczne zaś, mówiąc pół żartem, pół serio, mają się lepiej w Katarze, bo zawodnicy nie pija tam „piwa”, a w Polsce bywa z tym różnie.


W Katarze z Xavim Hernandezem. fot. archiwum prywatne

- Kończąc powoli wątek Kataru, chciałem spytać się jak udaje się panu połączyć bycie wykładowcą na AWFiS-ie, trenerem bramkarzy Bytovii, współprowadzenie szkoleń trenerskich i pisanie pracy doktorskiej?
- Można powiedzieć, że logistyka. Trenowanie Bytovii ma swoje miejsce rano i w okolicach południa, a reszta rzeczy, takie jak wykłady lub konsultacje w ZPN-ie dzieją się popołudniu bądź pod wieczór. Jestem trochę zabiegany, ale nie narzekam.

- Sam jestem za młody, żeby pamiętać pana z gry, ale spotkałem się z opiniami, że często na boisku nie przebierał pan w słowach i w ten sposób motywował innych do gry.
- Nie ukrywam, że pozostało to do tej pory. Mobilizuję kolegów tak, jak robiłem to kiedyś. Wiadomo, wraz z upływem czasu człowiek staje się dojrzalszy i patrząc wstecz nie dopuściłby do niektórych zachowań z przeszłości. Człowiek młody, to człowiek głupi i życiowo niedoświadczony. Nie ma jednak co płakać nad rozlanym mlekiem. Było-minęło, mogło być lepiej, mogło być gorzej, ale żyjemy dalej.

- Karierę jako zawodnik skończył pan dość szybko, bo w wieku niespełna trzydziestu lat.
- Tak, pod koniec kariery trafiłem do swojego macierzystego klubu, Bałtyku Gdynia, a tam zapadła taka decyzja. Stwierdziłem, że w Chelsea czy Manchesterze United już nie zagram, a krzątanina po niższych poziomach rozgrywkowych mi z różnych względów nie odpowiadała. Wolałem przejść na dobre na „trenerkę” i pracę wykładowcy. Patrząc na to z perspektywy czasu nie żałuję, że tak postanowiłem.

- Kiedy poczuł pan, że warto iść w stronę szkolenia innych? Siedziało to w panu od dłuższego czasu czy był to raczej pewien impuls?
- Od zawsze lubiłem tworzyć jakieś konspekty, podglądać pracę trenerów. Jeszcze w czasie gry w Ekstraklasie udało mi się bez żadnych obostrzeń ukończyć AWF i uzyskać tytuł magistra. A decyzja, o której przed chwilą mówiłem, zbierała się we mnie od dłuższego okresu. Będąc jeszcze w Piaście Gliwice (sezon 2007/08 – przyp. FG) rozpocząłem pracę wykładowcy na uczelni i gdy awansowaliśmy z Piastem do Ekstraklasy, nie przedłużyłem ze śląską drużyną kontraktu. Do tej pory, kiedy rozmawiam z trenerem Mandryszem, on nie może uwierzyć w moją decyzję.

Wcześniej, gdy wchodziłem do dorosłej piłki, mając siedemnaście czy osiemnaście lat, specjalizacja trenera bramkarzy nie była tak szeroko rozpowszechniona. Dopiero na przestrzeni ostatnich piętnastu lat tak się ten fach rozrósł. Wtedy nie było takiej opieki nad bramkarzami, sam w swoich młodzieńczych latach popełniłem trochę błędów, które zaważyły na mojej karierze. Pominąłem jeden istotny fakt – w wieku dwudziestu pięciu lat „strzelił” mi kręgosłup, lekarz stwierdził dyskopatię spowodowaną przeciążeniami na siłowni. Skończyło się bez operacji, ale trzeba było te plecy zabudować. Później nie wróciłem już do dawnej formy z Arki, poszedłem na jedno wypożyczenie, spędziłem rok w Piaście i dwa następne w Bałtyku. Tak skończyła się moja kariera.

- Teraz jest pan trenerem i zarazem wykładowcą. W której z dziedzin bardziej wiąże pan przyszłość – dzieleniem się wiedzą praktyczną czy teoretyczną?
- Rzeczywiście, to trzeba rozgraniczyć. Powiedziałbym, że dopóki nic mnie nie boli, mogę chodzić (śmiech), dopóty bardziej ciągnie mnie do praktyki, wiadomo. Aczkolwiek nowe uchwały pozwalające na zatrudnienie i jako starszy wykładowca, i jako pracownik w klubie, jakie weszły w życie całkiem niedawno, dają mi możliwości na dalsze łączenie obu zawodów, które obecnie wykonuję. Na tę chwilę najbardziej koncentruję się na obronie doktoratu, mam nadzieję, że na przełomie czerwca i lipca uda mi się go obronić. Dalej w przyszłość, jak na razie, nie wybiegam.

- Pomówmy o pana pracy doktorskiej. Zajmuje się pan bramkarzami, czyli opisuje pan coś, co doskonale pan zna.
- Wiąże się z tym zabawna sytuacja. W Bytovii moim podopiecznym jest Mateusz Oszmaniec, który jest już doktorem. On z kolei zajmował się futsalowymi bramkarzami. Sprawa podobna, ale nie do końca – istnieje spora różnica między golkiperami z murawy, a tymi z hali. Nie ukrywam, że w pewnych kwestiach mu pomogłem. Mateuszowi udało się skończyć szybciej - w marcu zeszłego roku - mimo tego, że zaczynałem wcześniej. To jednak wynikało z mojego pobytu w Katarze. Ciężej jest skupić się na pracy doktorskiej nie będąc na miejscu. Działanie drogą mejlową nie jest tym samym, co praca w cztery oczy.

A jeśli chodzi o temat mojej pracy, jest nim: „Modele nadzorujące sprawność działania gry bramkarza w piłce nożnej”. Polega ona na tym, że na podstawie wykładni profesora Panfila stworzyłem własny arkusz obserwacyjny, według którego zapisuję swoje spostrzeżenia dotyczące gry bramkarzy na najwyższym poziomie. Chodzi tu o Ligę Mistrzów, Ligę Europy, Copa Libertadores, mistrzostwa świata, mistrzostwa Europy, Copa America, z tym, że biorę pod uwagę mecze półfinałowe, o trzecie miejsce i finały. Wychodzą mi pewne zależności, ale szczegółów nie zdradzam – najpierw muszę tę pracę obronić.

- A jakie czynniki w grze bramkarzy najbardziej pana interesują?
- Między innymi to, jak bramkarz zachowuje się w czasie rozgrywania piłki, ile zbiera kontaktów z piłką, jaka jest jego aktywność w działaniach indywidualnych i zespołowych, jaką ma skuteczność w działaniach ofensywnych czy defensywnych. Docelowo stworzona będzie aplikacja praktyczna, w której zawarte będą wskazówki dla innych trenerów. Nikt wcześniej nie zajmował się tą kwestią, więc będzie to przydatne. Jest to też rzecz, która sprawia mi przyjemność. Nie obserwuję tych bramkarzy z przymusu. Cieszę się, że to, co robię, przynosi wymierne efekty, które mogą kiedyś zaprocentować.

- Jak zatem, w pana ocenie, zmieniła się gra bramkarzy w ciągu ostatnich lat? Pytam się, bo ma pan na to pogląd jako ktoś z doświadczeniem i boiskowym, i trenerskim, i obserwacyjnym.
- Nawet, gdy prowadzę wykłady, to poruszana jest jedna sprawa – rok 1992, Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie, w których nastąpił przełom, jeśli chodzi o bramkarzy. Zabroniony został chwyt piłki przez bramkarzy po podaniu nogą od współpartnera. Starsi golkiperzy mieli z początku z tym problemy i musiał minąć pewien okres, żeby bramkarze zaczęli grać na solidnym poziomie. Przed zmianą przepisów liczba działań w defensywie i w ofensywie zamykała się w stosunku 80 do 20. Zaś po zmianie przepisów te proporcje się odwróciły i stoją one mniej więcej na poziomie 30 do 70. Ostatnio razem z jednym kolegą dziennikarzem oglądałem mecz, który zakończył się wynikiem 4:0. Znajomy zagaił, że niepotrzebnie to obserwowałem, przecież ten jeden bramkarz nie miał nic do roboty. Spytałem się go więc, czy wie ile ten bramkarz miał kontaktów z piłką. Odpowiedział, że nie zwrócił na to uwagi. Okazało się, że ów golkiper osiemdziesięciokrotnie miał styczność z piłką, z czego tylko dziesięć razy rękoma, a siedemdziesiąt razy nogami, więc ten stosunek wyszedł jeszcze dobitniej.

Jak wiadomo, prekursorem w roli bramkarza-libero jest Manuel Neuer, który wyznaczył w dziedzinie bronienia nowe standardy. Kogoś, przez którego przechodzą akcje ofensywne. W jego ślady poszli Ederson z Manchesteru City czy Alisson z Liverpoolu. Grają wysoko i często otwierają bramkowe akcje. Mimo to, nie można też zapominać o tym, do czego bramkarz tak naprawdę jest – od obrony bramki. Niektóre sprawy pozostają więc bez zmian.

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się