var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: Youtube / MHSC TV

Nie tylko Buffonowi i Pizarro dalej się chce. Vitorino Hilton także nie zamierza kończyć kariery

Autor: Maciej Kanczak
2019-02-26 20:36:48

Długowiecznością Gianluigiego Buffona z PSG czy Claudio Pizarro z Werderu Brema zachwyca się cała Europa. O 41-letnim Vitorino Hiltonie z Montpellier HSC głośno zrobiło się dopiero w ubiegłym tygodniu, gdy brazylijski weteran w rywalizacji z mistrzami Francji musiał stawić czoła młodszemu o 21 lat Kylianowi Mbappe.

Oczywiście młodzian wraz z kolegami robił co chciał z defensywą „La Paillade” dowodzoną przez doświadczonego Brazylijczyka, a PSG pewnie wygrało 5:1 zaległy mecz 17. kolejki Ligue 1. Nie zmienia to jednak faktu, że obok wyczynów Hiltona, który w tym sezonie wystąpił w 23 spotkaniach z 25 możliwych do rozegrania, absolutnie nie można przejść obojętnie.


Psychicznie zraniony

Stopniem rozpoznawalności daleko mu do „Gigiego” i „Pizzy”, którzy występowali w najbardziej znanych i medialnych klubach europejskich. Niemniej, Hilton również nie urwał się z choinki i wobec Włocha czy Peruwiańczyka nie musi czuć absolutnie żadnych kompleksów. Do Europy przybył zimą 2002 r. 2,5 roku spędzonych w szwajcarskim Servette FC wystarczyły, by uwagę na stopera zwróciły kluby z bardziej renomowanych lig. Brazylijczyk obrał kierunek na Francję i od 2004 r. występował kolejno w SC Bastia, RC Lens, Olympique Marsylia i od 2011 r. aż po dziś dzień w Montpellier HSC. Z OM zdobył mistrzostwo Francji w sezonie 2009/2010. Wyczyn ten, co wprawiło w szok cały piłkarski Stary Kontynent, powtórzył z kolegami z MHSC w rozgrywkach 2011/2012, grając na nosie PSG już zasilanym katarskimi petrodolarami. Do tego w ciągu 18 sezonów gry w Axpo League i Ligue 1 czterokrotnie dane mu było wystąpić w rozgrywkach Ligi Mistrzów i pięciokrotnie w rozgrywkach Pucharu UEFA/Ligi Europy. Jak zatem widać na załączonym obrazku, absolutnie nie ma mowy, o jakimś anonimowym piłkarzu, który nagle wyskoczył jak królik z kapelusza.

Inna sprawa, że podczas gdy bramkarz Parmy, Juventusu i obecnie PSG, a także atakujący m.in. Werderu i Bayernu zwykle nie schodzili poniżej wysokiego poziomu, zawsze w swoich klubach będąc gwiazdami, to Hilton nie w każdych rozgrywkach był pierwszoplanową postacią w swoich drużynach. W ciągu czterech lat pobytu na Stade Bollaert-Delelis co prawda trzykrotnie został wybierany do jedenastki roku w lidze francuskiej (2006, 2007 i 2008), ale też wielokrotnie zmagał się z mniej lub bardziej poważnymi kontuzjami.

„Sang et Bor” trzy lata z rzędu dobijali się do czołówki Ligue 1 (7., 5. i 4. miejsce), by w kampanii 2007/2008 niespodziewanie spaść do Ligue 2. Hilton opuścił wówczas Lens i za 5 mln euro przeniósł się do Olympique Marsylia, ale na Lazurowym Wybrzeżu nigdy nie zyskał statusu podobnego do tego, którym cieszył się w departamencie Pas-de-Calais. Niemal wszystkie mecze (36) od deski do deski grał tylko w pierwszym sezonie w barwach „Les Phoceens”, kiedy szkoleniowcem OM był Eric Gerets. Gdy latem 2009 r. zastąpił go Didier Deschamps, Brazylijczyk został zdegradowany do roli rezerwowego, a środkiem defensywy Marsylczyków dowodzili wówczas Souleymane Diawara i Stephane Mbia. Piłkarze ze Stade Velodrome zdobyli jednak wówczas pierwsze od 18 lat mistrzostwo Francji, zatem nie było sensu mieszać w zwycięskim składzie. Hilton nie był również podstawowym piłkarzem w rozgrywkach 2010/2011, po których zdecydował się opuścić Marsylię.

- U Deschampsa nie miałem szans na grę. Musiałem więc zmienić klub – przyznał latem 2011 r. Jednak to nie względy czysto piłkarskie były głównym powodem jego odejścia. Amerykański „Sport Illustrated” doniósł latem, że w ciągu minionych 18 miesięcy aż ośmiu piłkarzy OM padło ofiarą szajki bandytów, która okradała domy zawodników. Wśród poszkodowanych był również Hilton, do którego mieszkania swego czasu wpadło sześciu zamaskowanych bandytów. Jeden z nich uderzył Brazylijczyka kolbą od karabinu w głowę, a reszta w tym czasie plądrowała jego posiadłość. To wtedy wychowanek Chapecoense postanowił wraz z rodziną opuścić niegościnną Marsylię. – Byliśmy psychicznie zranieni. Nie wyobrażaliśmy sobie, że po tym co się wydarzyło, może mieszkać tu nadal – wyjaśniał na antenie radia RMC szczegóły tamtych traumatycznych wydarzeń. Zarzucił również klubowi, że w tym trudnym dla niego momencie nie okazał mu żadnego wsparcia. Gdy więc szukał nowego pracodawcy, nie patrzył wyłącznie na klasę sportową zespołu, ale również na to, w jakiej części Francji występuje ów klub. Dlatego też, gdy brazylijski defensor podpisał kontrakt z Montpellier HSC, przyznał: - Wybrałem Montpellier, bo wiedziałem, że to spokojniejsze miejsce niż Marsylia.


Ciało to biznes

Biorąc pod uwagę tylko kwestie bezpieczeństwa, Oksytania jest oczywiście nieporównywalnie spokojniejszym miejscem do życia aniżeli Lazurowe Wybrzeże. Ale od sierpnia 2011 r. do maja 2012 r. nad rzeką Lez nie było spokojnie. Wszystko przez podopiecznych Rene Girarda, który postanowili rzucić rękawice najmożniejszym rywalom w Ligue 1 i zdecydowali się powalczyć o mistrzostwo Francji.

Do sezonu 2011/2012 najwyższe miejsce „La Paillade” w XXI wieku to piąte (kampania 2009/2010). Dość powiedzieć, że przed tymi historycznymi rozgrywkami Montpellier występowało w najwyższej klasie rozgrywkowej we Francji tylko przez pięć sezonów. Zdecydowanym faworytem w tamtym okresie było PSG, które mocniej poczuło już zastrzyk petrodolarów i ściągnęło na Parc des Princes takich graczy jak Alex, Maxwell czy Javier Pastore. Pomijając kolejkę numer cztery, gdy na moment fotel lidera tabeli L1 objął Olympique Lyon, oba zespoły na przemian zmieniały się przodownictwem w rozgrywkach. Po 29. serii spotkań na czoło wysunęło się Montpellier i ostatecznie dojechało do mety przed ekipą z Paryża, zdobywając swoje pierwsze w historii mistrzostwo Francji.

Nikt nie wyobrażał sobie, że możemy do końca sezonu utrzymać się na szczycie. Poza nami, bo my wierzyliśmy w to od pierwszej kolejki. A gdy w marcu minęliśmy PSG i znów zostaliśmy liderami, wiedzieliśmy, że tej szansy nie wypuścimy już z rąk – wspominał po latach przeszczęśliwy Hilton, który już wówczas liczył sobie 34 lata. Brazylijczyk w Montpellier znalazł swoją ziemię obiecaną. W przeciwieństwie do Deschampsa, Girard od razu uczynił go podstawowym obrońcą, a ten stworzył znakomity duet środkowych obrońców z Mapou Yanga-Mbiwa. Wraz z familią zapomniał również o traumatycznych przeżyciach z poprzedniego roku.

Mistrzowski sezon był to jednak sukces z gatunku jednorazowych, bo w kampanii 2012/2013 na południe Francji wróciła proza życia (9. miejsce w rozgrywkach 2012/2013). Co ciekawe, poza wicekrólem strzelców Ligue 1, Olivierem Giroud, reszta architektów sensacyjnego triumfu pozostała na Stade de la Mosson, ale nie potrafiła już choćby zbliżyć się do tego osiągnięcia (najlepszy wynik MHSC to 7. miejsce w kampanii 14/15).

Kto wie jednak, czy w bieżących rozgrywkach kibice w  Oksytanii znów nie będą mieli powodów do radości. O mistrzostwie oczywiście nikt o zdrowych zmysłach nawet nie myśli, ale powrót po siedmiu latach przerwy na arenę międzynarodową jest jak najbardziej realny, gdyż podopieczni Michela Der Zakariana po 25. kolejkach zajmują 6. miejsce i mogą choć w niewielkim stopniu nawiązać do tamtego pamiętnego sukcesu z sezonu 2011/2012. A spoiwem łączącym tamten zespół z obecnym jest właśnie Hilton, który teraz, tak jak i wtedy, gra w niemal wszystkich meczach (oprócz niego w składzie jest jeszcze dwóch piłkarzy, którzy w 2012 r. cieszyli się z mistrzostwa Francji – bramkarz Jonathan Ligali oraz napastnik Souleymane Camara).

40-latków wciąż czynnych zawodowo znajdziemy oczywiście w wielu ligach. Ale ze znalezieniem 40-latków grających regularnie, a nie jedynie od święta wchodzących z ławki rezerwowych, może być już spory problem. Jak zatem wytłumaczyć fenomen Hiltona, który kondycją i zdrowiem mógłby zawstydzić niejednego małolata? Znaleźliśmy dwa powody, skąd u Brazylijczyka tak wiele sił witalnych.

Pierwszy, to taktyka z trójką obrońców stosowana w Montpellier przez Der Zakariana. Po lewej stronie biega Daniel Congre, po prawej z kolei Pedro Mendes. Hilton zaś jest ustawiony na środku i gra niczym libero. Zwykle zostaje z tyłu, gdy jego partnerzy z obrony ruszają na odsiecz pomocnikom. Sam zaś zwykle wspiera graczy ze środka pola, robiąc to co lubi i umie najbardziej, czyli przechwytując podania rywali (w meczu 25. kolejki Ligue 1 z OSC Lille zaliczył ich aż pięć). – Obojętnie jakim systemem gramy, on wszędzie doskonale się odnajduje – nie może się nachwalić doświadczonego podopiecznego Der Zakarian.

Drugi powód to obsesyjna troska o swoje ciało. – On je wprost rozpieszcza – przyznaje lekarz MHSC, Guilhem Escudier. Z kolei szkoleniowiec LOSC, Christophe Galtier, który z Brazylijczykiem pracował w SC Bastia dodaje: - Oprócz zalet czysto piłkarskich, Hilton ma nienaganną higienę życia. Traktuje swoje ciało jak biznes.

A jak swój fenomen definiuje sam zainteresowany? – Jestem pobłogosławiony przez Boga – żartuje. - A mówiąc już poważnie, to nie piję alkoholu i jem tylko domowej roboty hamburgery mojej małżonki. Do tego nie ograniczam się tylko ćwiczeń, które karze mi wykonywać klub. Sam w czasie letniej przerwy też ciężko pracuje – dodaje. Dowód? Latem 2018 r. obrońca wziął udział w półmaratonie z Grande Motte do Granmont, gdzie na co dzień mieszka. – Nudziło mi się strasznie w domu, więc poprosiłem żonę, by zawiozła mnie na ten bieg. Sama później wróciła do domu, a ja kilka godzin później do niej przybiegłem – żartuje.

Ze swojej długowieczności nie robi zresztą jakiejś pieczołowicie strzeżonej tajemnicy. – To proste, jeśli ciężko trenujesz, ciało się przyzwyczaja do wysiłku i może więcej wytrzymać. Jeśli trenujesz lżej, masz z tym większy problem. Wiem, że osób wciąż grających w moim wieku jest mało, ale ja co weekend im pokazuje, że jeśli tylko się chce, to po 40-stce dalej można być profesjonalnym piłkarzem – przyznaje.

Imponujące są również liczby, jakie Hilton wykręcił od 2004 r. we Francji. Wystąpił w 441 meczach, z których tylko sześć rozpoczynał w rezerwie. Dostał również 48 żółtych kartek, co daje nam średnią jednej kartki na dziesięć spotkań (z boiska z kolei wylatywał siedmiokrotnie). Na koncie ma również 20 goli, a ostatniego z nich strzelił dwa lata temu, w rywalizacji z AS Monaco. Kontrakt z Montpellier HSC ma ważny tylko do końca czerwca, ale… - W zasadzie od 2012 r. każda moja umowa wydaje się być tą ostatnią. Jeżeli na finiszu sezonu dalej będę zdrowy, piłka dalej będzie sprawiała mi radość, a klub wciąż będzie chciał mnie zatrudniać, nie widzę powodów, żeby kontraktu nie przedłużać – przyznaje.

Obstawiamy, że w czerwcu przeczytamy o kolejnej prolongacie umowy przez Vitorino Hiltona. Ktoś przyjmuje zakład?


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się