var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: Bartłomiej Budny

Reportaż 2x45: Jak grać w piłkę nożną bez nogi? Trzeba wziąć sprawy w swoje ręce

Autor: Piotr Potępa, Klaudia Haor
2019-03-02 13:06:48

15 lutego do World Football Arena w Machnicach pod Wrocławiem zawitała reprezentacja Polski AmpFutbolu. Nie, poprawka - do Machnic zawitały dwie reprezentacje Polski AmpFutbolu, bo oprócz seniorów pojawili się też młodzi adepci tego sportu. Mieliśmy zaszczyt towarzyszyć reprezentantom podczas tego zgrupowania. Mogliśmy przyjrzeć się jak trenują, a także mieliśmy okazję porozmawiać z zawodnikami czy trenerem Markiem Dragoszem. „Impossible is nothing” - mówiła kiedyś reklama jednej z firm. AmpFutbol, a właściwie AmpFutboliści są najlepszym dowodem na to, że ten slogan reklamowy to nie są tylko puste słowa. No bo jak grać w piłkę nożną bez nogi? Okazuje się, że trzeba wziąć sprawy w swoje… ręce. Zapraszamy do lektury naszego reportażu poświęconego wyjątkowym i niesamowicie silnym ludziom.

Mistrzostwa Świata w Meksyku i te cholerne karne

3 listopada 2018 roku. Ćwierćfinał mistrzostw świata. Polska vs Angola. Mecz kończy się wynikiem 1:1. Potrzebna była dogrywka, w której wszystko szło po myśli biało-czerwonych, bo najpierw w 56. minucie z rzutu wolnego bramkę zdobył Krystian Kapłon, a w 61. minucie na 3:1 trafił Bartosz Łastowski. Półfinał mundialu był na wyciągnięcie ręki. Do końca meczu zostały 2 minuty i wtedy rozpoczął się dramat. Angolczycy trafili najpierw w 68. minucie, a potem wyrównali w 71., czyli w już w doliczonym czasie dogrywki. Potrzebne były rzuty karne, które fatalnie rozpoczęli Polacy. Łastowski i Kożuch nie wykorzystują swoich jedenastek. O wspomnienie tamtego meczu poprosiliśmy bramkarzy - Łukasza Miśkiewicza i Jakuba Popławskiego:

ŁM: Łastowski tego karnego tak naprawdę strzelił. Patrzyliśmy na powtórki i ta piłka była za linią, ale niestety sędzia zaspał. Byliśmy szalenie rozczarowani całym tym meczem. Wynik był dla nas korzystny niemal do samego końca.

Jeszcze dwie minuty przed końcem dogrywki prowadziliście 3:1. Co tam się stało?
ŁM: Mieliśmy dobry wynik, mało czasu do końca i chyba to nas zgubiło. Straciliśmy koncentrację, być może wdarło się też jakieś rozluźnienie, które Angolczycy bezwzględnie wykorzystali.

JP: Takie mecze zdarzają się raz na sto lat. Wiele meczów obejrzałem. Nawet ostatnio wspominaliśmy mecz Milanu z Liverpoolem z 2005 roku. Totalny absurd. Myślę, że zabrakło szczęścia albo tak po prostu musiało się stać. Będzie do dla nas doskonałe doświadczenie na przyszłe turnieje. Nauczka, że nawet przy wyniku 3:1 należy grać do samego końca.

Co czuje bramkarz, kiedy jego koledzy nie wykorzystują dwóch pierwszych karnych?
JP:
Jest to szalenie niekomfortowa sytuacja, bo gdy wchodzisz do bramki, to liczysz też na swoich strzelających. Z drugiej jednak strony jest to motywujące, bo stajesz między słupkami i wiesz, że musisz zrobić wszystko, żeby naprawić błędy. Niestety w tym meczu nie udało się obronić wystarczającej liczby strzałów i do półfinału weszła Angola. Taka jest piłka.

 

 

 


Czym jest AmpFutbol?

Polacy byli naprawdę blisko historycznego wyniku. Zakładamy, że większość z Was słyszała o tym rezultacie, ale mogliście nie widzieć nigdy żadnego meczu AmpFutbolu i zastanawiacie się, o co w ogóle w nim chodzi.

Prosta definicja mówi, że jest to rodzaj piłki nożnej rozgrywanej przez zawodników po jednostronnej amputacji kończyny górnej – w przypadku zawodników z pola, lub kończyny górnej u bramkarzy.

Generalnie są to te same zasady, które stosuje się w grze dla osób w pełni sprawnych. Zastosowano tylko kilka modyfikacji. Długość boiska musi mieścić się w granicach 55-70 metrów. Szerokość to 30-60 metrów. Na turniejach międzynarodowych najczęściej są to boiska o wymiarach 40x60 metrów.

Gra się 2x25 minut z dziesięciominutową przerwą. Każdemu z trenerów w trakcie połówki przysługuje jedna regulaminowa przerwa, która nie może trwać dłużej niż minutę. W razie remisu w meczu playoff sędzia zarządza dogrywkę, którą gra się 2x10 minut lub do „złotej bramki”.

Zagrania kulą mogą być tylko pojedyncze i przypadkowe. Kule są traktowane jako przedłużenie rąk, więc każde inne niż przypadkowe zagranie jest traktowane jako zagranie ręką. Ta sama zasada dotyczy zagrań kikutem, co ma na celu wyrównanie szans przy różnych długościach amputacji. Zagranie piłki kulą w polu karnym w celu zatrzymania strzału karane jest rzutem karnym, natomiast dotknięcie piłki kulą w celu jej opanowania skutkuje rzutem wolnym bezpośrednim w obrębie pola karnego.

Bramkarz nie może w trakcie gry opuszczać pola karnego, w przeciwnym razie dyktowany jest rzut karny dla przeciwnika, a bramkarz wykluczony z gry. Jeśli bramkarz trzyma rękę na piłce, a piłka ta jest na podłożu – zawodnik drużyny atakującej nie może go atakować. Co ciekawe w grze nie obowiązuje przepis o spalonym.


Życie Dona zmieniło wiele innych osób

Don Bennet kochał sport. Jeździł na nartach, wspinał się i uwielbiał żeglować. To właśnie podczas żeglowania zdarzył się wypadek, w którym Don stracił nogę. Jak się dziś okazuje, ta tragedia odmieniła nie tylko życie Bennetta, ale i tysięcy ludzi, którzy utracili swoje kończyny.

Życie Dona zmieniło się po wypadku, ale on nigdy nie zrezygnował ze swoich sportowych zamiłowań. Już po utracie nogi zdobył drugi najwyższy szczyt Ameryki Północnej (Mt. Rainier) poruszając się o kulach.

Pewnego dnia we wrześniu 1982 roku Don obserwował jak jego syn trenuje koszykówkę przed domem. Kiedy piłka uciekła młodemu koszykarzowi i zaczęła staczać się po podjeździe, Don chwycił kule i ruszył w stronę piłki, a następnie kopnął ją w stronę syna.

W tak prosty sposób i nieco przez przypadek narodziła się idea Amputee Soccer, czyli dzisiejszego AmpFutbolu. W 1985 roku tematem zainteresował się Bill Barry, który ostatecznie założył Amputee Soccer International. Don Bennet został kierownikiem drużyny i robił wszystko, żeby rozpropagować nowy sport. Barry natomiast niemal natychmiast ruszył w podróż po innych krajach, aby pokazać ludziom, że mimo amputacji nadal można żyć aktywnie.

Z Ameryki wybrał się do wschodniej Europy, gdzie pokazywał AmpFutbol każdemu, kto zdecyduje się chociaż spojrzeć, jak to wygląda. W tylko jednym kraju spotkał się z całkowitym brakiem zainteresowania… Przedstawiciele Związku Radzieckiego nie chcieli mieć z tym sportem nic wspólnego twierdząc, że w ich kraju nie ma osób niepełnosprawnych.

Po upadku ZSRR okazało się, że jednak są tam osoby niepełnosprawne. Okazało się też, że potrafią grać w piłkę jak mało kto. Na dzisiaj w nieoficjalnej klasyfikacji medalowej mistrzostw świata AmpFutbolu pierwsze miejsce zajmuje Rosja, a trzecie Uzbekistan.


"Jechałem na trening i nie wiedziałem, jak mam się zachowywać"

Wszystko zaczęło się w październiku 2011 roku w Warszawie. Na zgrupowanie zorganizowane przez Mateusza Widłaka i trenera Marka Dragosza stawiło się 13 piłkarzy. - Żeby znaleźć chętnych do gry, a raczej poinformować ich o takiej możliwości, założyliśmy stronę ampfutbol.pl i zapraszaliśmy na treningi poprzez fora internetowe, portale, plakaty, ulotki i media – tak w 2013 roku portalowi gol24.pl o „rekrutacji” opowiadał Mateusz Widłak.

Na kolejne kroki nie trzeba było długo czekać. Już w marcu 2012 roku obaj panowie powołali reprezentację Polski AmpFutbolu. Jest reprezentacja, musi być sztab szkoleniowy. Do trenera Dragosza dołączyli trener bramkarzy Krzysztof Wajda, trener mentalny Norbert Bradel, a także trener przygotowania motorycznego i jednocześnie asystent trenera Grzegorz Skrzeczek, który na co dzień jest protetykiem i posiada ogromną wiedzę o amputacjach.

Fot. Bartłomiej Budny

- Na pierwszy trening jechałem i zastanawiałem się, jak mam się zachowywać. Nie miałem żadnego doświadczenia i nie było w Polsce nikogo, kto mógłby się podzielić ze mną swoim doświadczeniem w tym temacie. Wszystko jednak przeszło mi po piętnastu minutach, bo spotkałem ludzi, którzy chcieli trenować i robić to z pasją. Na początku oczywiście niewiele potrafiliśmy, ale ich poczucie humoru, ich dystans, ich chęć do ciężkiej pracy bez narzekania i dawania sobie taryfy ulgowej niemal błyskawicznie sprawiła, że wiedziałem, że to jest miejsce dla mnie. Dzisiaj życzę każdemu trenerowi, żeby mógł pracować z taką ekipą, bo to jest czysta przyjemność – tak początki wspomina trener Marek Dragosz.

Skompletowano kadrę i jej sztab. Nadeszła pora, żeby zacząć grać, ale oczywiście szybko pojawił się problem pieniędzy.

Obecnie AmpFutbol w większości finansowany jest ze środków Ministerstwa Sportu i Turystyki. Po sukcesach, które osiągnęła reprezentacja zaczęli pojawiać się również sponsorzy. Jest ich już całkiem spore grono. To daje pewien komfort funkcjonowania. Trener Dragosz podkreśla, że „ptasiego mleka” nie brakuje.

Należy natomiast zauważyć, że nikt w tym sporcie nie zarabia pieniędzy. Był jedynie krótki okres, kiedy wąska jeszcze wtedy kadra została objęta funduszem stypendialnym, ale trwało to zaledwie… trzy miesiące. Z drugiej strony też nikt do tego nie dokłada. Wszystko jest robione z pasji.

Jedynym miejscem, gdzie AmpFutboliści zarabiają pieniądze, jest Turcja, gdzie jest kilka poziomów zawodowych lig.


Cel? Przełamać bariery

- Wychodzę z założenia, że marzenia się nie spełniają, tylko się je spełnia - tak o swojej misji mówi Marek Dragosz, trener i człowiek, który zapoczątkował AmpFutbol w Polsce. Głównym celem reprezentacji są oczywiście medale przywożone do kraju z międzynarodowych imprez. - Zdobyliśmy brązowy medal mistrzostw Europy. To super, ale ja uważam, że możemy zdobyć mistrzostwo Europy. Mamy 4. i 7. miejsce na mundialu, ale powinniśmy dążyć do zdobycia mistrzostwa swiata. Nikt tutaj nie zachłysnął się tym, co do tej pory osiągnęliśmy, a jeśli się zachłyśnie, to się pożegnamy.

Łukasz Miśkiewicz dodaje, że na najbliższych mistrzostwach Europy, które odbędą się w Polsce, nie wyobraża sobie, żeby drużyna miała nie zakwalifikować się chociaż do strefy medalowej. - Na ostatnich mistrzostwach Europy zajęliśmy czwarte miejsce, a nie graliśmy u siebie. Teraz będziemy w domu i kibice z pewnością nam pomogą. Naszym obowiązkiem jest celować w strefę medalową – mówi bramkarz.

Trener Dragosz ma jednak jeszcze jeden dodatkowy i równie ważny cel. Doprowadzić do tego, by AmpFutbol stał się na tyle popularny w kraju, żeby dzieciaków przyjeżdżających na zgrupowania było coraz więcej.

Fot. Bartłomiej Budny

- Z tą niepełnosprawnością mamy w Polsce trochę problem. Jest to ciągle wstydliwe, cały czas istnieje bariera. Byłoby fajnie, gdyby dzięki dobrej grze udało nam się zrobić tak, żeby te bariery zostały przełamane i żeby te dzieci zaczęły uprawiać sport. Czy to będzie AmpFutbol, czy jakakolwiek inna dyscyplina, to nie ma znaczenia. Grunt, żeby się udało - Marek Dragosz uważa, że AmpFutbol może być w Polsce jeszcze bardziej popularny. Dodaje, że to jest odmiana piłki nożnej, która przecież jest naszym sportem narodowym.

Potrzebne jest przede wszystkim przełamanie barier, bo niestety często można zauważyć sytuacje, w których ludzie na ulicy oglądają się za kimś, kto nie ma nogi. Nie potrafimy przejść nad tym do porządku dziennego, a to utrudnia popularyzację sportów dla niepełnosprawnych.

Zastanawialiśmy się, czy do zawodników niepełnosprawnych jest potrzebne specjalne mentalne podejście. - To są super ludzie i fantastyczni sportowcy. Myślę, że jest dokładnie odwrotnie, jeśli chodzi o strefę mentalną. Ci, którzy posiadają dwie nogi mogą się od nich wiele nauczyć. Szczególnie, jeśli chodzi o dystans do siebie, specyficzne poczucie humoru czy postrzeganie tych barier, o których wcześniej wspominałem.


Dystans, poczucie humoru i przyjaźń

O tym, że jest tak jak mówi trener, mogłem przekonać się wielokrotnie. Szczególnie w kwestii specyficznego poczucia humoru. Warto tutaj przytoczyć dwie krótkie historyjki.

Kiedy zawodnicy wychodzili na popołudniowy trening jeden z nich czegoś zapomniał i prosi drugiego, żeby mu to przyniósł dodając z uśmiechem na twarzy:
- Tylko szybko, tak na jednej nodze!

Drugi tego typu żarcik miał miejsce po pokazowym meczu reprezentacji przeciwko drużynie gwiazd. Poproszono wszystkich, żeby stanęli do zdjęcia. Kiedy zauważyłem siedzącego w kącie Kamila Grygiela, powiedziałem mu, żeby przyszedł i stanął razem z nami. Wtedy któryś z zawodników (niestety nie zauważyłem który to żartowniś) odpowiedział niemal błyskawicznie:
- On z wami nie stanie, bo nie ma nogi.

Nikt się na nikogo nie obraża za takie teksty. Wszyscy przyjmują to z uśmiechem na twarzy. Zresztą widać na pierwszy rzut oka, że ci faceci się po prostu lubią. Ciekawostką może być fakt, że dwóch bramkarzy Łukasz Miśkiewicz i Kuba Popławski, którzy rywalizują o miejsce w składzie, to najlepsi kumple.

Fot. Konrad Klupś

ŁŻ: Nie patrzymy na to pod indywidualnym kątem, żeby łapać jak najwięcej minut. Najważniejsza jest realizacja celów drużyny. O wszystkim i tak decydują trenerzy, których darzymy wielkim zaufaniem i kto z nas broni, jest dla nas bez różnicy. My stosujemy zdrowe podejście i sobie pomagamy zamiast rzucać kłody pod nogi.

Jak się poznaliście?
JP:
Trwa to już kawał czasu. Pamiętam pierwszy turniej, kiedy poznałem Łukasza. Rzucił mi się w oczy, bo bronił w bardzo różowej koszulce. Szybko złapaliśmy wspólny język. Na zgrupowaniach zawsze byliśmy razem w pokoju, więc sporo rozmawialiśmy i to utwierdzało nas w przekonaniu, że mamy wiele wspólnego.

Oprócz ogromnego dystansu do siebie, AmpFutbolistów cechuje też wielka ambicja, nawet jeśli chodzi o mecze pokazowe przeciwko pełnosprawnym zawodnikom. Jako że miałem zaszczyt zagrać przeciwko nim, miałem też okazję usłyszeć, że mamy grać na 100%, bo jeśli będziemy odpuszczać, to oni zejdą z boiska. Nie chcieli, żebyśmy się nad nimi litowali i dawali im fory. Chcieli, żebyśmy tak jak oni dali z siebie wszystko.

Gra przeciwko nim to nie jest taka prosta sprawa. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem podszedł do mnie Sebastian Ziółkowski:
- Masz ochraniacze?
- Nie mam.
- Uuuu! To lepiej sobie jakieś skombinuj.

Już przy pierwszej próbie odebrania piłki Jakubowi Kożuchowi zrozumiałem, co Sebastian miał na myśli. Próbowałem wyprzedzić Kubę, żeby przejąć podanie i nadziałem się piszczelem na jego kulę. Nie ma co zgrywać twardziela. Bolało jak diabli.


"U nas biega się na rękach"

Przygotowanie fizyczne zawodników AmpFutbolu znacznie odbiega od przygotowania zawodników dwunożnych. W AmpFutbolu duży nacisk należy kłaść przede wszystkim na górne partie ciała, podczas gdy zawodnik dwunożny siłę generuje głównie z mięśni brzucha i nóg.

Fot. Bartłomiej Budny

- U nas, mówiąc obrazowo, bardziej biega się na rękach – mówi z przymrużeniem oka trener Dragosz.

Zawodnicy oprócz zgrupowań kadry trenują też w swoich klubach. W niektórych drużynach ćwiczy się dwa razy w tygodniu, w innych trzy. Kadra narodowa spotyka się raz w miesiącu na dwa dni, więc tutaj jedynie można weryfikować poziom przygotowania zawodników. Na zgrupowaniach kadry ustalany jest też zakres treningów indywidualnych. Są to głównie programy siłowe i stabilizacyjne. Dokładniej opowiedział nam o tym trener Dragosz: - Stosujemy przede wszystkim program, który mocno usprawnia i mocno stabilizuje. W niektórych okresach są to ćwiczenia nastawione na aspekty siłowe, ale nigdy to nie jest żelastwo, nigdy to nie jest typowa siłownia. Są to z reguły ćwiczenia związane z oporem własnego ciała w głównej mierze.

Jeśli chodzi o aspekty taktyczne, to AmpFutboliści przygotowują się generalnie tak samo jak dwunożni piłkarze. Jedyne różnice wynikają ze zmodyfikowanych zasad gry.


Szukanie wymówek jest największą niepełnosprawnością

Na pytanie o to, co należy powiedzieć rodzicom dzieciaków, którzy zastanawiają się nad zapisaniem dzieci na treningi AmpFutbolu, trener Dragosz odpowiada prosto: trzeba powiedzieć tym rodzicom, żeby przestali się zastanawiać.

Można stwierdzić, że jest to całkiem dobra metoda, bo dzieciaków na tych zgrupowaniach pojawia się coraz więcej. Na zajęcia w Warszawie i w Bielsku-Białej, gdzie mieszczą się ośrodki ukierunkowane na AmpFutbol, przyjeżdża coraz więcej młodych piłkarzy. Niektórzy jeżdżą nawet po kilkadziesiąt kilometrów i nie żałują.

- Jeśli ktoś dalej będzie się zastanawiał i szukał wymówek, to myślę, że będzie bardziej niepełnosprawny niż niejeden niepełnosprawny. Szukanie wymówek jest według mnie największą niepełnosprawnością - trener Dragosz podkreśla, że jeśli dzieciak ma ochotę uprawiać sport, jeśli dzięki temu sportowi może zaadaptować się w społeczeństwie, jeśli może poczuć się dowartościowany i w końcu poczuć, że ktoś nie patrzy na jego krótszą nóżkę tylko patrzy na niego jak na ambitnego sportowca, to należy mu to umożliwić. Dzięki temu stanie się fajnym, otwartym dzieciakiem, na którego inni przestaną patrzeć jak na dzieciaka bez nogi.

Takie podejście trenera i całego sztabu szkoleniowego sprawia, że tutaj wszyscy są jak jedna wielka rodzina. I to można od razu zauważyć, bo nie ma ani żalu, ani przede wszystkim sztuczności.

Fot. Piotr Potępa

Piłkarze pierwszej reprezentacji bacznie obserwują postępy młodszych kolegów. Zapytałem Jakuba Popławskiego, czy widzi wśród tych chłopców jakieś perełki. - Jest jeden chłopak o imieniu Maks. Trenuje już z seniorami w Glorii Varsovia. Widać, że się wyróżnia i ma ogromny potencjał.

Maksa nie złapaliśmy, ale udało nam się chwilę porozmawiać z Jackiem, który przyjechał z rodzicami z Tychów.

Jak ci się tu dzisiaj podobało?
Było bardzo fajnie. Nie mogłem się doczekać przyjazdu tutaj.

Długo już grasz w piłkę?
Teraz będzie już czwarty rok.

Można powiedzieć, że jesteś już doświadczonym zawodnikiem i profesjonalistą.
No, prawie.

Na jakiej pozycji grasz?
Na szczęście jestem napastnikiem.

W dalszej części rozmowy okazało się, że Jacek nie ma ani ulubionego piłkarza, ani ulubionego klubu. Wspólnie więc ustaliliśmy, że w przyszłości to właśnie on sam będzie swoim ulubionym piłkarzem.


Jak radzić sobie po amputacji?

Stracić jakąkolwiek kończynę, to tragedia dla każdego człowieka i każdy człowiek musi się z tym uporać nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Porozmawialiśmy o tym z Łukaszem Miśkiewiczem i Kamilem Grygielem. Każdy radził sobie na swój sposób.

Łukasz Miśkiewicz przed wypadkiem był napastnikiem i grał dla GKS-u Jastrzębie. Stracił rękę w wypadku podczas pracy w kopalni. Najwięcej wsparcia otrzymał od rodziny, przyjaciół i znajomych. Z usług psychologa nie korzystał, bo uważa, że wykładanie swoich problemów przed obcym człowiekiem nie jest dobrym rozwiązaniem. - Mnie ze szpitala wyciągnęli koledzy, z którymi znam się od najmłodszych lat. Można powiedzieć, że sport uratował mi życie. Miałem pasję, którą mogłem kontynuować. Wszyscy myślą, że po amputacji nogi piłka nożna się kończy. Nieprawda. AmpFutbol daje nam to, co się kocha.

Siedemnastoletni Kamil Grygiel jeszcze półtora roku temu był nieźle zapowiadającym się zawodnikiem KS Polkowice. Niestety, w wakacje 2017 roku w wyniku nieszczęśliwego wypadku stracił nogę. Nie poddał się jednak i walczył o swoje piłkarskie marzenia. AmpFutbol pochłonął go błyskawicznie. W ciągu zaledwie roku wskoczył do reprezentacji.

Sebastian Ziółkowski (po lewej) i Kamil Grygiel (po prawej). Fot. Bartłomiej Budny

- Na początku było szalenie ciężko. Wystarczyło przebiec z kulami kilka metrów i czuło się piekielny ból w rękach. To wszystko jest jednak kwestią przyzwyczajenia i takiego samozaparcia. Nie wolno się poddawać. Ja dużo trenowałem, dzięki temu nie myślałem o tym, co się stało.

Kamil już pierwszego dnia po wyjściu ze szpitala wyszedł na dwór do swoich kolegów. Nie miał zamiaru zamykać się w sobie i w swoich czterech ścianach. W rozmowie z „Przeglądem Sportowym” wspominał pierwsze dni po wypadku: - Pierwszy odruch to był oczywiście szok. Ale bardzo mi pomogło wsparcie rodziny i długie rozmowy z mamą i tatą. Żadnego rozpaczania, tylko konkrety, co dalej. Jakie protezy, jak ułożyć sobie przyszłość itd. Potem ostra rehabilitacja i już wtedy pojawiało się hasło „ampfutbol”. Zrozumiałem, że chcę, że to coś dla mnie, kiedy pierwszy raz poszedłem na boisko i spróbowałem. Okazało się, że tą jedną nogą nadal jednak coś umiem.

W rozmowie z nami opowiedział jak przystosowywał się do AmpFutbolowych realiów.

- Starałem się jak najwięcej biegać na kulach. Moja noga długo się goiła, przez co też dłużej chodziłem o kulach. Dopiero dziewięć miesięcy po wypadku mogłem odstawić kule, a wcześniej choćby nawet w szkole biegałem po schodach góra, dół. Dzięki temu ręce zaczęły się przyzwyczajać do większych obciążeń i to wszystko przełożyło się na boisko. Pomagają też trenerzy. Każdy nasz trening zaczyna się od godzinnej pracy z trenerem motoryki i ta pierwsza godzina zawsze jest najcięższa.


Machnice przyjęły ich po królewsku

Fot. Bartłomiej Budny

Nie można nie wspomnieć o miejscu, w którym odbyło się całe zgrupowanie. Machnice to niewielka miejscowość położona niedaleko Wrocławia w kierunku Trzebnicy. Jak podsumował Łukasz Miśkiewicz, to ciche i spokojne miejsce z dala od miejskiego zgiełku. Zresztą wszyscy zawodnicy zgodnie podkreślali, że przyjęto ich tu naprawdę po królewsku i niczego im nie brakowało. Mieli do dyspozycji boisko, salę konferencyjną, salę fitness, restaurację i hotel. Do tego dzięki współpracy Areny z miastem Trzebnica piłkarze po ciężkim dniu treningów mogli zrelaksować się w trzebnickim Aquaparku.

Podawano pyszne jedzenie, a kto chciał mógł udać się kilkaset metrów dalej, gdzie znajduje się… stok narciarski i saneczkowy. Większość zawodników zgodnie twierdziła, że chętnie tu wróci. My natomiast bez wątpienia chętnie wrócimy na zgrupowanie reprezentacji AmpFutbolu, bo w ciągu niecałych dwóch dni dostaliśmy końską dawkę motywacji i możemy śmiało stwierdzić, że możliwość poznania tych ludzi to dla nas zaszczyt, a obserwowanie jak pracują i doskonalą swoje umiejętności to czysta przyjemność.

Do zobaczenia na Mistrzostwach Europy!

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się