var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: Chelseafc.com

Nie tylko Kepa – kto jeszcze odmówił posłuszeństwa trenerowi?

Autor: Maciej Kanczak
2019-03-02 19:30:12

Nie milkną echa niegodziwego zachowania Kepy, który w ubiegłotygodniowym finale Pucharu Ligi Angielskiej odmówił zejścia z boiska. Hiszpański bramkarz już został ukarany odsunięciem od składu w ligowym meczu z Tottenhamem, a także odebraniem tygodniówki w wysokości 195 tys. funtów. I na tym, z pewnością nie koniec konsekwencji.

Kepa nie był jednak pierwszym, ani też pewnie i ostatnim zawodnikiem, który w sposób tak jawny i bezczelny odmówił posłuszeństwa szkoleniowcowi. Inna sprawa, że w przeszłości częściej zdarzało się, że piłkarze, z różnych względów, odmawiali wejścia na murawę, aniżeli zejścia z niej.

Teraz to ja nie gram

Starsi polscy kibice doskonale pamiętają przypadek Andrzeja Jarosika, który w ½ finału Igrzysk Olimpijskich w Monachium w 1972 r. z ZSRR odmówił wejścia na boisko samemu Kazimierzowi Górskiemu.  Polacy przegrywali 0:1, do końca spotkania pozostawało już niewiele czasu, a Górski uznał, że to idealny moment by po raz pierwszy na tym turnieju dać szansę napastnikowi Zagłębia Sosnowiec. Ten jednak, rozżalony faktem, że w RFN pełni rolę jedynie statysty, nie zamierzał ruszać się z ławki rezerwowych. – Teraz to ja nie gram – miał rzucić do przełożonego. Legendarny selekcjoner nie zamierzał jednak przekonywać podopiecznego do zmiany zdania. Okazję do gry dostał zamiast niego Zygfryd Szołtysik, który nie zmarnował życiowej szansy. Wszedł na murawę w 69. minucie, a w 87. minucie zdobył bramkę, dającą biało-czerwonym awans do wielkiego finału IO. Jarosik z kolei zamknął sobie w ten sposób drzwi do wielkiej kariery, bo już nigdy więcej nie wystąpił w koszulce z orłem na piersi. Jako jedyny za sukces za zachodnią granicą, nie otrzymał państwowego odznaczenia. Polski Komitet Olimpijski z kolei dopiero w 2001 r. uznał jego prawo do otrzymania medalu za ten sukces.

Sam zainteresowany nigdy nie wyjawił motywów swojego niezrozumiałego zachowana. W szatni Zagłębia Sosnowiec, wydarzenia z Augsburga, gdzie odbywało się starcie ze Związek Radzieckim, było tematem tabu. W 1975 r. 25-krotny reprezentant Polski wyjechał do Francji, gdzie grał najpierw w Racing Strasbourg, a później SC Toulon. Nie rozmawiał z prasą, odciął się od rodziny i kolegów z klubu oraz kadry. Do tego stopnia zerwał wszelkie kontakty z ojczyzną, że nie pojawił się nawet nad Wisłą na pogrzebie swojej matki. Próbę zrozumienia swojego gracza, Górski podjął z kolei w książce „Z ławki trenera”, w której tak pisał o jego zachowaniu: „[…] Jarosik zawahał się, nie był pewny, czy udźwignie ciężar odpowiedzialności w takiej chwili[…]”. Do dziś nie wiadomo co dzieje się ze snajperem z Sosnowca. W czasie spotkania olimpijczyków z Monachium w 2017 r. jeden z członków Fundacji Kazimierza Górskiego miał poinformować jego partnerów z reprezentacji, że Jarosik nie żyje od 2015 r. Te informacje do teraz nie zostały jednak potwierdzone.

Andrzej Jarosik i jego gol przeciwko Holandii

W XXI wieku głośno było o dwóch innych przypadkach odmowy wejścia na plac graczy ze strony czołowych wówczas napastników świata. W 2007 r. woltę wykonał Samuel Eto`o, który w ligowym starciu La Liga z Racingiem Santander, nie stawił się na wezwanie Franka Rijkaarda. Pierwsza część kampanii 2006/2007 była wyjątkowo trudna dla Kameruńczyka, bo ze względu na kontuzje, do lutego nie wystąpił w aż 16 spotkaniach FCB. Rijkaard chciał go stopniowo wprowadzać do gry po urazie, stąd też po powrocie do zdrowia wpuścił na go na pięć minut w rywalizacji w 21. kolejce Primera Division z CA Osasuna. Podobny manewr chciał wykonać w następnej potyczce z Racingiem Santander. Tym razem jednak Eto`o odmówił gry. Sprawa wyszła jednak na jaw dopiero na konferencji prasowej. Gdy jeden z dziennikarzy spytał szkoleniowca „Dumy Katalonii” dlaczego Eto`o nie wszedł na boisko, w odpowiedzi usłyszał: - Ponieważ tego nie chciał. Na Camp Nou rozpoczęła się wówczas wielka burza. Zachowaniem kameruńskiego atakującego byli rozczarowani i zawiedzeni wszyscy ci, którym dobro „Azulgrany” leżało na sercu. Kameruńskiego atakującego skarcił sam Ronaldinho, który z Eto`o zawsze żył w dobrej komitywie. Po meczu z Racingiem, Brazylijczyk jednak powiedział: - Samuel powinien więcej myśleć o zespole, a mniej o sobie.

Na odpowiedź Eto`o, zarówno na słowa szkoleniowca, jak i kolegi z szatni nie trzeba było długo czekać. - Tylko zły człowiek mógł powiedzieć, że nie chciałem grać. Jeśli ma jaja, to niech wyjdzie i powie mi w twarz, o co mu chodzi – zaatakował Rjkaarda. Z kolei R10 odpowiedział: - Jeśli ktoś mówi, że nie myślę o kolegach, to bardzo się myli, bo ja myślę wyłącznie o kolegach. Nigdy ich nie zawiodłem. Niech on sam lepiej myśli o kolegach. W niedługim czasie cała trójka doszła w końcu do porozumienia i zakopała topór wojenny, ale podpisanie trójstronnych traktatów pokojowych nastąpiło zdecydowanie zbyt późno. FC Barcelona opadła z Ligi Mistrzów (porażka w 1/8 finału z Liverpool FC), Pucharu Króla (przegrana w nieprawdopodobnych okolicznościach w ½ finału z Getafe FC), zaś w Primiera Division na finiszu dała się dogonić Realowi Madryt (oba zespoły na mecie sezonu miały tyle samo punktów, ale „Królewscy” mieli korzystniejszy bilans bezpośrednich meczów). W kolejnym sezonie sytuacja znów się powtórzyła i „Blaugrana” na koniec rozgrywek ponownie została z niczym. Eto`o zaś dopiero po latach od tamtych wydarzeń, zdecydował się posypać głowę popiołem. – Rijkaard był w pewnym momencie najlepszym trenerem, jakiego mogła mieć Barcelona. Ale po tylu triumfach on po prostu nie umiał nas w jakikolwiek sposób skarcić. Prawda jest taka, że bardzo nadużyliśmy jego zaufania – przyznał.

 

 

 

Carlosa Teveza za odmówienie wejścia na boisko spotkała surowa kara.

Pięć lat po wydarzeniach z Barcelony, podobna farsa miała miejsce w 2011 r. w ekipie Manchester City, kiedy mimo wyraźnego polecenia przełożonego, na murawie nie zameldował się Carlos Tevez. Argentyńczyk w latach 2009-2011 był czołową postacią ataku „Citiznes” (zdobył w tym czasie aż 52 bramki). Od początku sezonu 2011/2012 jego rola zaczęła jednak maleć, a Roberto Mancini większym zaufaniem darzył duet Sergio Aguero-Edin Dżeko. Gdy jednak w meczu fazy grupowej Ligi Mistrzów z Bayernem Monachium, jego dotychczasowi pewniacy nie mieli pomysłu na sforsowanie defensywny „Bawarczyków”, zwrócił się o pomoc do „Apacza”. Ten jednak bez namysłu odmówił. - Po prostu nie czułem się na tyle dobrze psychicznie, żeby pojawić się na boisku i powiedziałem o tym Manciniemu – przyznał po zakończeniu spotkania, jak gdyby nigdy nic. Wściekły Mancini odpowiedział: -  To ja decyduję o zmianach. Najpierw zdecydowałem się zmienić Edina Dzeko na Nigela de Jonga, ponieważ chciałem uspokoić grę i nie chciałem stracić drugiej bramki. Pięć minut później gotowy do wejścia był Carlos. Potem jednak odmówił ponownej rozgrzewki i nie chciał wejść na boisko. Jeśli piłkarz, który zarabia mnóstwo pieniędzy i gra dla Manchesteru City w Lidze Mistrzów, tak się zachowuje, to dla mnie nie będzie już grał.

Włoski szkoleniowiec nie wytrwał jednak długo w swoim postanowieniu. Co prawda od września 2011 r. Tevez opuścił aż 36 meczów we wszystkich rozgrywkach, ale gdy zimą 2012 r. nie udało się działaczom City nigdzie oddać niesfornego gracza, zaś sam zawodnik przyznał się do winy i pokornie ukorzył się przed trenerem i kolegami z zespołu, został przywrócony do kadry, by pomóc „Obywatelom” w walce o pierwsze od 44 lat mistrzostwo Anglii. Dramatyczny pościg za Manchester United okazał się skuteczny, zaś Tevez od 21 marca 2012 r. w 10 meczach strzelił dla MC cztery gole.

Trio dezerterów

Impertynencja piłkarzy w stosunku do sztabu szkoleniowego nie objawiała się jednak wyłącznie w odmowie wejścia na boisko. Bardzo często również piłkarze sami decydowali się na własne życzenie wypisać z różnych rozgrywek czy turniejów jeszcze przed ich rozpoczęciem.

Nad Wisłą głośno było w 2007 r. o casusie tria podopiecznych Michała Globisza (Kamil Grosicki, Maciej Korzym, Adam Marciniak), którzy odmówili udziału w MŚ U-20, rozgrywanych w Kanadzie. „[…] Trener Michał Globisz twierdzi, że w głowie się im poprzewracało. Bo nie jest to jakiś tam turniej na pustyni między jedną oazą a drugą, oglądany przez kilku szejków i żołnierzy. Na trybunach będą menedżerowie z całego świata, telewizja będzie transmitować mecz Polaków z Brazylijczykami. O co więc chodzi naszym dezerterom?[…]” – pytał wówczas „Dziennik”.

Grosicki w sezonie 2006/2007 spadł z Pogonią Szczecin do II ligi. Nie chciał jednak jechać na młodzieżowy mundial nie będąc pewnym na czym stoi, więc odmówił powołania na zgrupowanie przed MŚ, tłumacząc się testami w jednym z francuskich klubów. - Pojechałem na zgrupowanie kadry do Pruszkowa i powiedziałem trenerowi, że jestem przemęczony sezonem. Gdyby trener wziął mnie na turniej do Jordanii, to tak jakby chciał, aby w jego drużynie grał piłkarz ze złamaną nogą. Nie byłbym tam przydatny – tłumaczył w rozmowie z „Dziennikiem” „Grosik”. Z przenosin nad Sekwanę jednak nic nie wyszło, a młody skrzydłowy ostatecznie wylądował w Legii Warszawa. Na załapanie się do samolotu lecącego za ocean było jednak już za późno. - Wie pan co? Tak naprawdę to żałuję, że nie chciałem pojechać do tej Jordanii. Odpocząłbym tam, zżył się z chłopakami i nie byłoby całej tej afery. Porozmawiam jeszcze z trenerem Globiszem jak przyjedzie. Nie powinno się mnie karać. Naprawdę chcę zakładać koszulkę z orzełkiem na piersi, chcę grać dla mojego kraju! – powiedział później.

Michał Globisz nie jest pamiętliwy - Adam Marciniak przyznał, że były selekcjoner młodzieżówek nie ma mu za złe odmowy gry w MŚ U-20.

Sporo niejasności powstało z kolei wokół odmowy Korzyma. Sam piłkarz, gdy został zagadnięty o temat nieszczęsnego mundialu na weszło.com w 2012 r. stwierdził krótko: - To też taki temat, w którym wypowiadała się tylko jedna strona. Nie chcę tego rozgrzebywać, szkoda nerwów. Spróbujemy zatem uporządkować fakty w tamtym czasie, bez stanowiska ówczesnego gracza Legii. Media donosiły, że napastnik nie pojechał na turniej do Jordanii, który stanowił próbę generalną przed mundialem, gdyż wolał w tym czasie przygotowywać się z „Wojskowymi” do udziału w rozgrywkach Pucharu Intertoto. Sam zawodnik narzekał również, że informacja o powołaniu na zgrupowanie dotarła do niego później niż do reszty kadrowiczów. Tym informacjom zaprzeczył jednak sam Globisz. Korzym miał również stwierdzić, że nawet jak poleci do Kanady i tak nie będzie miał większych szans na grę w pierwszym składzie.

Ciekawy był z kolei przypadek Adama Marciniaka z ŁKS Łódź. Jako jedyny z trójki dezerterów, początkowo nie kręcił nosem i nie narzekał, tylko grzecznie stawił się na wezwanie selekcjonera młodzieżówki na konsultacje w Pruszkowie. Tam dowiedział się, że jego szanse na miejsce w kadrze na MŚ U-20 są bardzo duże. Piłkarz jednak, zamiast ucieszyć się z tej informacji, bardzo się zasmucił. Po paru dniach skontaktował się z Globiszem informując go, że w tym czasie woli pojechać… z dziewczyną na wakacje. - Jeśli młodzi chłopcy, chcący spełnić swoje marzenia, sami rezygnują z takiej szansy, to ja mogę tylko załamać ręce – skomentował zachowanie podopiecznych na łamach „Rzeczpospolitej”, opiekun biało-czerwonych. Towarzyszący młodzieżówce, zarówno na zgrupowaniach, jak i na samym turnieju, Leo Beenhakker z kolei nie owijał w bawełnę: - To dezerterzy! W mojej reprezentacji nigdy nie zagrają.

Podium bez Kalinicia

Grosickiemu, Korzymowi i Marciniakowi koło nosa przeszły zatem MŚ U-20. Wielu było jednak graczy, którzy na własne życzenie zrezygnowali z udziału w dorosłym mundialu, a jednym z nich był sam Roy Keane.
Irlandczycy w 2002 r., po ośmiu latach przerwy wrócili na mundialową arenę. W 1994 r. „Eire” doszli do 1/8 finału, a 23-letni wówczas pomocnik był najlepszym piłkarzem swojej reprezentacji na amerykańskich boiskach. Na murawach w Korei Południowej i Japonii nie było mu jednak dane postawić stopy, gdyż został odesłany do domu, jeszcze przed rozpoczęciem pierwszych MŚ w XXI wieku. Charyzmatyczny gracz MU ostro pokłócił się z selekcjonerem Irlandczyków, Mick`em McCarthhy`m, a całe zajście przeszło do historii jako „incydent w Saipan”. Saipan to największa wyspa Marianów Północnych, gdzie irlandzcy piłkarze przygotowywali się do mundialu. Keane`owi od samego początku pobytu nie podobało się nad Oceanem Spokojnym. Narzekał na kiepskie warunki w jakich wraz z kolegami został zakwaterowany, nieświeże jedzenie oraz fakt, że obóz przygotowawczy jest za mało intensywny. Zarzucał również władzom Irlandzkiej Federacji Piłkarskiej, że ta leciała do USA w klasie biznes, podczas gdy reprezentanci musieli męczyć się w klasie ekonomicznej.

Doszło nawet do tego, że wściekły „Keano” opuścił Saipan, ale wkrótce powrócił do kolegów z drużyny narodowej. Na fochy gwiazdora nikt nie zwracał uwagi, póki formułował je na forum zespołu. Sytuacja zmieniła się o 180 stopni, gdy o wszystkim powiedział prasie. Na stronę wziął go wówczas McCarthy, by dopytać dlaczego zdecydował się na taki ruch. W odpowiedzi selekcjoner usłyszał 10-minutowy monolog, w którym podopieczny przejechał się po nim jak po łysej kobyle. – Mick, jesteś kłamcą. Jesteś pier…… kłamcą. Nie szanowałem i nie podziwiałem Cię jako piłkarza, nie szanuję jako menedżera i nie szanuję jako człowieka. Jednym powodem dla którego mam z Tobą coś wspólnego jest to, że jakimś cudem jesteś selekcjonerem kadry mojego kraju – usłyszał w odpowiedzi McCarthy. Chcąc ratować swój wizerunek i reputację, odesłał Keane`a do domu. Co ciekawe, większość graczy, na czele z najbardziej doświadczonymi, a więc Niallem Quinnem i Steve`m Stauntonem stanęła po stronie selekcjonera. – Keane nie pozostawił mi wyboru, musiałem go wyrzucić ze zgrupowania – tłumaczy się McCarthy. Pomocnik „Czerwonych Diabłów” nie miał za to wątpliwości, że postąpił słusznie. – Kibice powinni wiedzieć co się dzieje w federacji sportu, który tak bezgranicznie kochają – powiedział. Osieroceni przez kapitana „Eire” doszli na MŚ 2002 do 1/8 finału, gdzie po rzutach karnych odpadli z Hiszpanią.

 

 

 

Kalinić mógł otrzymać medal za drugie miejsce w Mistrzostwach Świata, ale odmówił.

Przedwcześnie swój udział w MŚ na Dalekim Wschodzie zakończyła również wielka gwiazda reprezentacji Słowenii, Zlatko Zahović, choć jego pożegnanie z kadrą nie było tak głośne jak w przypadku Keane`a. Słoweńcy przegrali inauguracyjne spotkanie na mundialu z Hiszpanią, a ich selekcjoner, Srecko Katanec zmienił bezproduktywnego gwiazdora już w 63. minucie. Po meczu gracz Benfiki, a wcześniej także Valencia CF i Olympiakosu w ataku na szkoleniowca, wykorzystał chyba wszystkie hasła ze „Słownika przekleństw i wulgaryzmów”. Po drodze selekcjonerowi i piłkarzowi nigdy nie było. Pierwszy stawiał efektywność nad efektowność i pracę zespołową nad indywidualne popisy. Zahović miał zupełnie inne priorytety. Pokłócili się już przed MŚ, kiedy Zlatko został zmieniony w czasie sparingu z Ghaną. Wówczas jednak, „za pięć dwunasta” przed mundialem, do akcji wkroczyła Słoweńska Federacja Piłkarska, które w imię dobrego występu swojej reprezentacji w Korei Południowej i Japonii spróbowała pogodzić zwaśnione strony. Po meczu z „La Furia Roja” nikt jednak nie zamierzał już występować w roli mediatora. Zahović został wyrzucony z kadry, czemu przyklasnęli wszyscy jego koledzy z kadry.

- Wcześniej udzieliliśmy Zahoviciowi wsparcia, ze względu na interes całej drużyny. Teraz dla jego zachowania nie ma absolutnie żadnego usprawiedliwienia – powiedział w imieniu całego zespołu, kapitan Słoweńców, Alles Ceh. Prezes SAF, Rudy Zavru z kolei dodał: - Mimo zapewnień o poprawie, Zahović dalej zachowywał się niewłaściwie wobec sztabu szkoleniowego. Ne było innego wyjścia, jak tylko odesłać go domu. Sam zainteresowany z kolei nie wydawał się załamany relegacją z drużyny. – Wyjeżdżam, myślę, że kadra nie będzie już miała więcej problemów – rzucił na odchodne słoweńskiej telewizji. Bez Zahovicia, Słowenia przegrała dwa pozostałe mecze grupowe: z RPA (0:1) i Paragwajem (1:3) i nie długo po swoim liderze, także wróciła do domu.

Keane czy Zahović nie musieli sobie jednak pluć w brodę, w związku z otrzymaniem „wilczych biletów”, gdyż ich reprezentacje nic wielkiego w Dalekiej Azji nie ugrały. Co innego jednak Nikola Kalinić, który już na początku MŚ 2018 opuścił bazę pobytową reprezentacji Chorwacji w Rosji, a miesiąc później jego koledzy w wielkim stylu zdobyli wicemistrzostwo świata. Napastnik AC Milan wiedział, że nie ma zbyt wielkich szans, aby wygryźć ze składu gwiazdę ataku chorwackiej kadry, a więc Mario Mandżukicia. Po cichu liczył jednak, że to jemu przypadnie w udziale towarzyszenie gwieździe Juventusu w napadzie. Z marzeń i nadziei wyleczył go jednak selekcjoner drużyny narodowej, Zlatko Dalić, który w inauguracyjnym z boju z Nigerią, postawił na Andreja Kramaricia z TSG 1899 Hoffenheim. Dla 30-latka była to potwarz. Gdy więc Dalić chciał go wpuścić na końcówkę potyczki z „Super Orłami”, atakujący odmówił, zasłaniając się problemami z plecami. - Nikola rozgrzewał się i miał wejść w drugiej połowie. Powiedział jednak, że nie jest gotowy – powiedział na konferencji prasowej Dalić

Podobna historia miała miejsce również w jednej ostatnich gier towarzyskich przed mundialem z Brazylią. Z tego samego powodu Kalinić nie wziął również udziału w niedzielnym treningu. Nikt jednak nie wierzył w zdrowotną niedyspozycję zawodnika. Wszyscy wiedzieli, że to zemsta za brak miejsca w pierwszym składzie. Dalić nie zamierzał bardziej pogarszać atmosfery w zespole, która i tak była już bardzo napięta, w związku z możliwymi zarzutami dla Luki Modricia w związku ze składaniem nieprawdziwych zeznań w procesie byłego prezydenta Dinamo Zagrzeb, Zdravko Mamicia, dlatego zdecydował się odesłać krnąbrnego podopiecznego do domu.  - Potrzebuję zdrowych graczy, zawodników gotowych do gry. Dlatego wysłałem go do domu, ponieważ on nie jest gotowy. Zespół składa się z 23 zawodników i każdy musi być zaangażowany. W przeciwnym razie nie ma dobrej atmosfery – tłumaczył swoją decyzję selekcjoner, choć w zasadzie było to zbędne. Eksperci, dziennikarze czy kibice doskonali zdawali sobie sprawę z tego, że nie było innego wyjścia z tej trudnej sytuacji.

Bez Kalinicia Chorwacja doszła do wielkiego finału w Moskwie, gdzie lepsza okazała się dopiero Francja. Napastnikowi, który w międzyczasie z Milanu przeniósł się do Atletico Madryt, przysługiwał srebrny medal, mimo że nie rozegrał w Rosji choćby minuty. Chorwat jednak odmówił jego przyjęcia. -  Dziękuje za medal, ale nie grałem w Rosji. Niezależnie od tego, czy chodzi o gniew, czy o uczciwość. Sami oceńcie – powiedział, czym choć w niewielkim stopniu uratował resztki poważnie nadszarpniętego wizerunku.

Sam przeciwko wszystkim

Zazwyczaj posłuszeństwo szkoleniowcowi wypowiadał piłkarz bądź ich niewielkie grupki. Bywały jednak i takie sytuacje, kiedy cała drużyna, bez wyjątku, zbuntowała się przeciwko trenerowi. Tak było na MŚ 2010 w RPA, gdzie hańbą okryli się reprezentanci Francji. Zaczęło się od kłótni Nicolasa Anelki z selekcjonerem Raymondem Domenechiem w przerwie meczu Francja-Meksyk. Domenech miał parę uwag do gry napastnika Chelsea. Ten jednak zamiast ich ze spokojem wysłuchać, rzucił w kierunku trenera: - Pier… się w d…, skur…… I się zaczęło. Anelka nie wyszedł już na drugą połowę spotkania z „El Tri”, a następnego dnia mógł już pakować walizki. Reszta graczy zaprotestowała przeciwko wykluczeniu kolegi z kadry i odmówiła udziału w sobotnim treningu. Francuzi tylko na moment wyszli na murawę, a później wrócili do autokaru. Najpierw nie chcieli do niego wpuścić Domenecha, a gdy już łaskawie otworzyli przed nim drzwi, nie dali się przekonać, by wznowić zajęcia. A wszystko na oczach setek dziennikarzy i fotoreporterów z całego świata.

Oprócz żądania przywrócenia do zespołu Anelki, piłkarze rozpoczęli również poszukiwanie kreta w sztabie szkoleniowym. Dokładny przebieg scysji, która miała miejsce we francuskiej szatni, został bowiem dokładnie opisany na łamach „L`Equipe”. – Problemem nie jest Anelka. Problemem jest ten zdrajca, który jest pośród nas – powiedział Patrice Evra. Anelka z kolei dodał: - To, co wydarzyło się w przerwie meczu, pomiędzy mną a trenerem nigdy nie powinno wyjść poza ściany szatni. Nie wiem kto doniósł o tym, ale z pewnością nie pomógł drużynie. Pierwszym podejrzanym był trener od przygotowania fizycznego, Robert Duverne z którym Evra omal nie pobił się przed treningiem, do którego nigdy nie doszło. Jego osoba szybko została jednak wykluczona z grona potencjalnych donosicieli. – To nie on, mamy do niego zaufanie – powiedział jednak wkrótce obrońca Manchester United.

 

 

 

Nicolas Anelka podkreślał, żę nigdy nie chciał śpiewać hymnu Francji i gdyby było mu to narzucone, to zrezygnowałby z gry dla reprezentacji...

I tak „Trójkolorowym” zleciał czas do ostatniego meczu grupowego z RPA. Wicemistrzowie świata z 2006 r. mieli jeszcze iluzoryczne szanse na wyjście z grupy, ale futbol choćby w najmniejszym stopniu nie zajmował ich myśli. Przez moment wydawało się również, że Domenech może mieć problem ze skompletowaniem jedenastki na pojedynek z gospodarzem mundialu. Skład ostatecznie udało się uformować, ale Francuzi w starciu z „Bafana-Bafana” przegrali 0:2. Po powrocie do ojczyzny na piłkarzy wylała się fala krytyka, wielkości Sekwany. - Jesteście moralną katastrofą, sponiewieraliście wizerunek Francji.  Powiedziałam im też, że splugawili marzenia swoich przyjaciół i kibiców. Sponiewierali wizerunek Francji. Wyjaśniłam, że futbol francuski zmierza ku katastrofie nie z powodu porażek, ale dlatego, że ta klęska jest moralną katastrofą– nie przebierała w słowach minister sportu, Roselyne Bechelot. W zależności od stopnia zaangażowania w afrykański bunt, francuscy piłkarze zostali odsunięci od jednego do nawet kilku spotkań w barwach reprezentacji. Żaden z finalistów MŚ 2010 nie został również powołany na towarzyski mecz z Norwegią, będący debiutem nowego selekcjonera francuskiej kadry, Laurent Blanca.

Mniej dantejskie, ale równie hańbiące i urągające profesjonalnym piłkarzom sceny miały miejsce na MŚ 2018 w drużynie Argentyny. Słaby mecz z Islandią (1:1), klęska z Chorwacją (0:3), dramatyczne starcie z Nigerią (2:1) i szczęśliwy awans do fazy pucharowej z drugiego miejsca w grupie. W niej zacięta, ale ostatecznie przegrana potyczka z Francją (3:4). Tyle widzieliśmy w telewizji. Poza szklanym ekranem zaś chaos organizacyjny, kompletny bałagan w szatni, konflikty i bójki oraz przede wszystkim selekcjoner Jorge Sampaoli, który po sukcesach z Chile (triumf w Copa America w 2015 r. i Copa America Centenario w 2016 r.) oraz bardzo dobrym, choć krótkim okresie pracy w Sevilla FC (4. miejsce w sezonie 2016/2017) z człowieka, który miał pójść w ślady Cesara Luisa Menottiego i Carlosa Bilardo i zdobyć z Argentyną mistrzostwo świata, stał się elementem dekoracyjnym kadry, w kadrze, gdyż skład i system gry ustalali między sobą sami piłkarze. Do historii przejdą sceny w przerwie meczu z Nigerią, gdy przed wyjściem na boisko w Sankt Peteresburgu Leo Messi i spółka długo ze sobą debatowali jak mają grać, nie bacząc na wcześniej ustalenia selekcjonera.

Lista zastrzeżeń do 58-letniego trenera była długa. Ciągłe rotacje piłkarzami (w pierwszych 13 meczach kadry dał szansę gry łącznie 59 graczom), ciągłe zmiany systemu gry, brak pewniaków w kadrze (nigdy nie wystawił takiej samej jedenastki w dwóch spotkaniach pod rząd), niezrozumiała niechęć do czołowych piłkarzy z Kraju Tanga (Paulo Dybala, Mauro Icardi), brak szybkich reakcji na boiskowe wydarzenia. Mimo niemałego doświadczenia w pracy selekcjonera (44 mecze na ławce „La Roja”), zachowywał się jak trener klubowy, który wiecznie majstrował przy składzie, szukając właściwego ustawienia. Sęk w tym, że w czasie MŚ nie było na to czasu. Sampaoli sprawiał wrażenie człowieka prowadzącego autokar wokół górskich szczytów, ale zupełnie nie panującego nad maszyną. Stąd też przerażeni pasażerowie sami wzięli w swoje ręce kierownicę.


- Porównywać Messiego z innymi zawodnikami, to jak przyrównywać Batmana do policjanta - tak wypowiadał się o Messim Sampaoli. Po przygodzie w kadrze, Leo nie darzył już raczej taką samą sympatią ekscentrycznego trenera.

W książce dziennikarza „Ole”, Ariela Senosiaina „Mundial es Historia” możemy dokładnie przeczytać co działo się w argentyńskiej szatni po klęsce z Chorwacją, która pod dużym znakiem zapytania postawiła dalszą obecność Argentyny na MŚ. Messi wraz z Javierem Mascherano zarzucili wówczas Sampaoliemu, że nie panuje nad zespołem. – Już Ci nie ufamy – miał usłyszeć selekcjoner od doświadczonych podopiecznych. Gdy zapytał kto mu nie ufa, w odpowiedzi usłyszał: - My wszyscy. Obecny w czasie tej rozmowy w szatni prezydent AFA, Claudio Tapia miał również zasugerować szkoleniowcowi, by to piłkarze sami zadecydowali, kto ma zagrać w ostatnim meczu grupowym z Nigerią. I tak w wyjściowym składzie ponownie znalazł się zdobywca bramki w spotkaniu z Islandią, Sergio Aguero, którego zabrakło w rywalizacji z Chorwacją. Roszady zaproponowane przez zawodników przyniosły efekt, bo rzutem na taśmę (gola przesądzającego o awansie „Albicelestes”, Marcos Rojo zdobył na trzy minuty przed końcowym gwizdkiem arbitra), udało się wywalczyć awans. Wcześniej nie było jednak wiadome czy Argentyńczycy wyjdą na murawę, gdyż według mediów z Ameryki Południowej, ci mieli zagrozić AFA, że zbojkotują ostatnią potyczkę fazy grupowej, jeśli Sampaoli dalej będzie ich opiekunem.

Jak zatem widać, historia futbolu pełna jest przykładów buntu, nieposłuszeństwa i niesubordynacji piłkarza/piłkarzy wobec trenerów. Przypadek Kepy jest jednak szczególny. O większości konfliktów kibice dowiadywali się z prasy i telewizji, a informacje o nich w większości przypadków były szczątkowe i nie zawsze w 100% prawdziwe. Tymczasem woltę hiszpańskiego bramkarza na żywo oglądał cały świat. Maurizio Sarriego ten brak szacunku podopiecznego musiał zatem zaboleć podwójnie.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się