var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: własne

Zidane wiedział wcześniej. W czasie dużych przemian niech Florentino zapomni o sentymentach

Autor: Mariusz Bielski
2019-03-07 15:01:27

– Nasze sukcesy potem stały się ciężarem. Trudno było zmotywować siebie i zespół. W pewnym momencie zauważyłem, że nie wykrzesam z nich więcej – mówił Guardiola o powodach odejścia z Barcelony. Kiedy z Camp Nou żegnał się Lucho, między wierszami dało się znaleźć podobny przekaz. Zinedine Zidane też wyszedł z takiego założenia. – Skoro nie widzę jasno, że nadal będziemy wygrywać, trzeba powiedzieć „stop”. Drużyna potrzebuje zmian, by dalej zwyciężać – przekonywał o słuszności rozstania się z Realem Madryt.

Francuz zaczął więc od siebie, choć z dzisiejszej perspektywy widać, że cechowała go słuszna przezorność. Odszedł w szczytowym momencie, tuż po zdobyciu trzeciej Ligi Mistrzów z rzędu. Dalsza droga wiodła już tylko w dół, po bardzo stromym zboczu, gdzie minimalnie źle postawiony krok kończyłby się upadkiem na złamanie karku. Dziś chyba nie mamy wątpliwości, iż właśnie to stało się praktycznie z całą ekipą Los Blancos? Zizou wiedział, że nie zdołałby uchronić madryckiego klubu przed tragedią, więc uratował chociaż siebie.

Krótko rzecz ujmując – nie chciał firmować degrengolady swoim nazwiskiem. Bynajmniej nie zarzucam mu egoizmu. Trener jest jeden, zawodników ponad 20, więc wymiana szkoleniowca zawsze będzie jawiła się jako łatwiejsza w celu podtrzymania/wzniecenia ognia na nowo. Nawet jeśli odchodzi ten, którego publiczność kocha. Ale może właśnie taka terapia szokowa była potrzebna w środowisku madridismo, aby to przekonało się – łącznie z Florentino Perezem na czele – co do konieczności znacznie szerszej przebudowy Realu?

Lub innymi słowy – czy Zidane swoją decyzją o odejściu nie chciał pokazać, że to niekoniecznie w trenerze tkwi największy problem? Piszę „największy problem”, bo dostrzegam też dużo innych błędów popełnionych najpierw przez Julena Loepteguiego, później przez Santiago Solariego, aczkolwiek dociekając skąd wziął się obecny kryzys stołecznego zespołu, nie mam wątpliwości – powinniśmy zwrócić uwagę ku szatni.

Od dłuższego czasu odnosiłem wrażenie, że gdyby ktoś wszedł do niej niespodzianie, mógłby być w szoku. Przed oczekiwanymi wizytami wszystko da się uprzątnąć. Przed nieoczekiwanymi niekoniecznie. Więc co byśmy ujrzeli? Nie zespół tworzący uskrzydlającą się rodzinę, lecz kosz pełen wielkich (proporcjonalnie do ego) jabłek, gdzie coraz szersze kręgi zatacza epidemia zgnilizny.

To jest mniej więcej ten moment, kiedy pada obosieczny kontrargument: „chłopie, byłeś w tej szatni? Widziałeś co tam się dzieje? Znasz ich?” No nie, ale czyż nie od tego mamy hiszpańskich dziennikarzy, znających zakamarki Valdebebas lepiej niż kąty własnych domów? Jeżeli ktoś zechce teraz powiedzieć mi, że w zalewie informacji o Królewskich nie słyszał wielu sygnałów ostrzegawczych, nie dostrzegał syndromów nadchodzącej katastrofy, musi być ślepy i głuchy. Albo po prostu nie chciał tego widzieć i słyszeć. Albo zwyczajnie zaprzecza faktom w imię sam nie wiem czego.

Alarmów było sporo. Pierwsza lampka zapaliła mi się mniej więcej w połowie listopada, gdy Marco Asensio udzielił wywiadu telewizji Movistar. – To nie ja powinienem ciągnąć ten wózek. Niektórzy grają tu znacznie dłużej, są bardziej doświadczeni i mają dużo wyższy status. To oni muszą liderować – przekonywał, zrzucając z siebie odpowiedzialność.

Madridismo mimowolnie mianowało przywódcą Garetha Bale’a, on tylko potwierdzał pragnienie przejęcia pałeczki po Cristiano, choć chyba sam siebie musiał co do tego przekonywać. Moim zdaniem natomiast on sam był prowodyrem zrujnowania własnego wizerunku. Na przykład złamał regulamin wychodząc przedwcześnie z meczu z Realem Sociedad i nie udając się potem do szatni, co drużyna odebrała jako brak szacunku. Podobnie zrobił w trakcie niedawnego ligowego El Clasico. Chwilę wcześniej wywołał burzę dotyczącą prowokacyjnych gestów adresowanych do fanów Atletico. W trakcie meczu z Levante olał rozgrzewkę, a tym samym olał Solariego, który go na nią wysłał. Po strzeleniu gola z kolei nie chciał cieszyć się wspólnie z kolegami. A jakby tego było mało, wkład skrzydłowego w życie zespołu kwestionowali również jego koledzy. Courtois i Marcelo skrytykowali go za brak chęci do integracji – co samo w sobie brzmi śmiesznie, skoro Bale jest w Realu od 6 lat – ponieważ nie brał udziału w drużynowych kolacjach. Tylko ze względu na fakt, iż chodzi spać o 23 i kropka. Ponadto kwestionowali jego znajomość języka hiszpańskiego. Puentę stanowi tu wygwizdanie Walijczyka przez Bernabeu.

Z tej perspektywy wcale nie dziwią mnie słowa Luki Modricia o braku jedności w ekipie Królewskich. Natomiast już po porażce z Ajaksem sam zaczął wytykać partnerom z ataku ich niekompetencje. – Po odejściu Cristiano klub zdecydował, że inni zawodnicy będą w stanie nadrobić jego brak. Zamysł był taki, żeby obowiązki rozłożyły się na kilku graczy z ataku. Nie jest to łatwe, ponieważ Ronaldo strzelał 50 goli na sezon i praktycznie nie da się znaleźć równie skutecznego napastnika. Niektórzy mieli zrobić krok do przodu i trafić może nie 50 razy, ale wymagano przynajmniej tych 20 trafień od… Nie, nie chcę rzucać nazwiskami. Chodzi o 2-3 zawodników, aby zdobyli te 15-20 bramek. Albo chociaż 10! Nie udaje im się i to jest nasz największy problem w bieżącym sezonie. Przykładowo: w meczu pucharowym z Barceloną wykreowaliśmy sporo sytuacji, ale ich nie wykorzystaliśmy, więc rywal z dużą jakością wymierzył nam karę.

Dałoby się tak wymieniać do jutra, na tapet biorąc jeszcze konflikt Isco z Solarim, problemy Marcelo z nadwagą i odstawienie go od składu, czy fakt, że w ostatnich tygodniach odpowiedzialność za wyniki Los Blancos spadła na barki 18-letniego Viniciusa.

W dobie powyższych mam problem z tym, w jaki sposób w ostatnich latach do szatni Królewskich wtłaczano świeżą krew. Bo wychodzi na to, że Florentino jest człowiekiem skrajności, popada w nie stosunkowo łatwo jak na tak doświadczonego biznesmena. Zobaczcie na transfery – od paru ładnych lat na Santiago Bernabeu nie pojawiła się żadna nowa gwiazda, za to mnóstwo kandydatów na przyszłe gwiazdy. Perez nie chciał brać udziału w finansowym wyścigu zbrojeń, pragnął samemu wychować kozaków.

Ilu z nich weszło na oczekiwany poziom? Najbliżej znalazł się Asensio, który przy pierwszej okazji ucieka od powierzenia większych obowiązków na jego barki. Poza tym? Rozwój Vallejo zastopowały urazy. Llorente długo nie mógł przebić się przez poziom przeciętności. Ceballosowi nie ufali kolejni szkoleniowcy, więc stracił mnóstwo czasu. Theo Hernandez jest po prostu za słaby na Real Madryt, Mariano Diaz podobnie.

W tym świetle sprowadzanie Brahima Diaza jako odpowiedź na tegoroczny kryzys jawi się wręcz karykaturalnie. Mamy bowiem do czynienia z kompletnym porzuceniem filozofii Galacticos i wielkim zachwianiem w przeciwnym kierunku. Sęk w tym, iż potencjalni gwiazdorzy okazali się chłopakami z potencjałem maksymalnie na bycie „Pavones”.

A nawet jeśli przedwcześnie wygłosiłem tę tezę… Czy po prostu nie odnosicie wrażenia, że Florentino w pewnym momencie zaczął funkcjonować na rynku transferowym jakby nie przewodził Los Blancos, tylko był prezydentem, powiedzmy... Sevilli? Ja owszem, ponieważ największe sukcesy ostatnio zapewniali ci, co w drużynie byli od wielu lat. Keylor, Ramos, Varane, Marcelo, Kroos, Modrić, Bale, Ronaldo i nawet ten nieszczęsny Benzema.

Dziś (piszę ten felieton w środę) wchodzę na „Superdeporte” i widzę tekst, który traktuje o madridistach domagających się dymisji Pereza. Poszli na ostro, chociaż akurat te reakcje uważam za przesadzone. Bo o ile krytyka prezydentowi Królewskich się należy, o tyle wcześniejszymi dokonaniami pokazał dobitnie, iż zasługuje na większe zaufanie. Na drugą szansę. I jeżeli ją też schrzani, wtedy okej, tego typu głosy będą więcej niż zasadne.

Jeśli natomiast madridistas koniecznie chcą za czymś lobbować, niech będzie to zmuszenie Florentino do tego, by nie zmarnował najbliższych trzech miesięcy. Moim zdaniem ten okres jest cholernie ważny, tym bardziej pomimo wypisania się Realu z walki o jakiekolwiek trofeum. To między marcem a czerwcem 2019 roku zostaną położone podwaliny pod to, jak będzie wyglądał kolejny sezon w wykonaniu stołecznej ekipy.

Nadchodzi bowiem czas dużych przemian.

Czas selekcji negatywnej, przeglądu wojsk, zorientowania się komu jeszcze zależy na klubie, kto odstawia pokazówkę, a w kim niedawne trofea zaspokoiły sportowy głód. Bo wiecie, łzy Marcelo po porażce z Ajaksem wyglądają ckliwie, pytanie czy pójdą za tym czyny? Czy Brazylijczyk weźmie się w garść, upora się z problemami z nadwagą, czy jest w stanie jeszcze zdyscyplinować się taktycznie dla białej koszulki i tak dalej. Podobne rachunki sumienia należy wykonać także wobec wielu innych piłkarzy. Gdybym ja miał decydować, poważnie zastanowiłbym się także nad dalszą przydatnością Benzemy, Bale’a, Kroosa, Casemiro, Mariano, Courtoisa – mimo krótkiego stażu – i przede wszystkim Isco. Najważniejsze, by w nadchodzących miesiącach Florentino potrafił odstawić na bok wszelakie sentymenty, którymi bez wątpienia wcześniej kierował się wobec weteranów Realu.

Solari? W przypadku Argentyńczyka rozstrzygał bym nie „czy?” należy go zwolnić, lecz „kiedy?” Według mnie mamy do czynienia z przypadkiem typu „im szybciej, tym lepiej”. Kompletnie nie kupuję tego gościa ze względu na to jak zarządza ludźmi. Jego konflikt z Isco zahaczył o granice absurdu i trudno doszukać się w tym logiki. Poza tym jednak dziwi mnie, iż Solari nie zrobił wystarczająco dużo, by pomóc się odbudować największym gwiazdom jak Asensio, Bale czy Marcelo. On ich zwyczajnie odstawił na boczny tor jakby liczył, że kłopoty rozwiążą się same.

Nic dobrego nie wyniknie z dalszej współpracy tego trenera z madrytczykami, więc znacznie lepiej byłoby z pomocą kogoś innego spróbować stworzyć takie warunki, aby jeszcze spróbować odzyskać kogoś z powyższej gromadki. I następny sezon zacząć z kimś nowym za sterami. Z kimś, kto będzie już miał duży autorytet, a nie dopiero zamierzał o niego zawalczyć w Madrycie. Perez ma w kim wybierać – do wzięcia jest Mourinho, Conte, będzie Allegri, a wyjęcia Pochettino z Tottenhamu też bym nie wykluczał.

Ale akurat wybór trenera to już materiał zasługujący na osobny tekst.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się