var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: psg.fr

W Paryżu bez zmian - na początku wiosny zostaje im tylko krajowe podwórko

Autor: Paweł Łopienski
2019-03-07 18:01:58

„Football, bloody hell”, można by było powiedzieć w kontekście dwóch ostatnich dni związanych z Ligą Mistrzów. We wtorek z turniejem pożegnał się Real Madryt, dwadzieścia cztery godziny później Paris Saint-Germain, które mimo sporej przewagi z pierwszego meczu nie dało rady i poległo w rywalizacji na Parc des Princes z Manchesterem United. To trzeci raz z rzędu, gdy paryżanie kończą swój udział w tych rozgrywkach na 1/8 finału.

Tego (chyba) nie dało się przegrać

W środowy wieczór w Paryżu doszło do scen, których nie wyobrażaliśmy sobie po bardzo pewnym zwycięstwie podopiecznych Thomasa Tuchela na Old Trafford. Jak się jednak okazuje, dla Paris Saint-Germain nie ma takiej przewagi, której nie może roztrwonić.

Rewanż z Manchesterem United miał być dla paryżan postawieniem kropki nad „i”. Tym bardziej, że Anglicy przyjechali do stolicy Francji osłabieni absencją dziesięciu ważnych zawodników, między innymi Juana Maty, Nemanji Maticia, Phila Jonesa, Anthony’ego Martiala, Jesse Lingarda, Alexisa Sancheza. W meczu nie mógł zagrać również Paul Pogba, zawieszony za obejrzenie czerwonej kartki w pierwszym meczu. Do tego PSG odnosiło do tej pory imponujące rezultaty w europejskich rozgrywkach na własnym stadionie. Od sezonu 2013/2014 w 13 spotkaniach przegrali tylko dwie rywalizacje na Parc des Princes, a za rywali mieli między innymi Arsenal, Barcelonę, Bayern, Chelsea, Liverpool, Real Madryt czy Napoli.

Kibice paryskiej drużyny nie bez powodu podchodzili do tego spotkania na zasadzie: co jak co, ale tym razem awansu do ćwierćfinału nie da się wypuścić z rąk. Co prawda drużyna ostatnio męczyła się w lidze, jednak w bieżącej edycji Ligi Mistrzów, nawet w rywalizacjach z najsilniejszymi rywalami, pokazała się ze świetnej strony. Wydawało się więc, że sytuacja z 2017 roku i dwumeczu z FC Barceloną nie powinna mieć miejsca.

 

 

To był dziwny mecz. Nie ma co do tego wątpliwości. Manchester United potrafił wymierzyć solidny cios chwilę po starcie, aby następnie przez kilkanaście minut wymienić dwadzieścia podań przy ponad dwustu takich zagraniach gospodarzy. Przez większą część rywalizacji to pełna dominacja paryżan, prezentujących się z naprawdę dobrej strony. Jednak przez cały mecz brakowało z ich strony konkretów, których nie zabrakło po stronie podopiecznych Ole Gunnara Solskjaera.

Solidna i pewna obrona sprzed kilku tygodni na Old Trafford zmieniła się w defensywę popełniającą dziecinne błędy i skutecznie pomagającą drużynie przeciwnej w odrabianiu strat z pierwszego spotkania. Fatalnie w mecz wszedł Thilo Kehrer, który już w drugiej minucie sprezentował taką piłkę Romelu Lukaku, że ten nawet nie w najwyższej dyspozycji nie miał problemu z umieszczeniem jej w siatce. Długo po tym wydarzeniu widać było w poczynaniach 22-latka zdenerwowanie, a Niemiec był pierwszym do zmiany w ekipie „Les Parisiens”.

Do słabo radzącej sobie obrony doszedł również tragiczny Gianluigi Buffon. Co prawda w każdej drużynie bramkarz czasem popełnia błędy, jednak w PSG od dłuższego czasu brakuje golkipera, u którego defensywa miałaby sto procent zaufania. Nie zmieniło tego pozyskanie doświadczonego 41-latka, broniącego w dwumeczu z Manchesterem i będącego jednym z powodów, dlaczego drużyna nie awansowała do kolejnej rundy.

Trzeba się zatem zastanowić, czy wystawienie włoskiego bramkarza było dobrym pomysłem Tuchela, który na początku sezonu przekonywał, że podstawowym zawodnikiem na tej pozycji będzie Alphonse Areola? Może drużyna zyskałaby więcej, gdyby klub ograniczył rolę Buffona do bycia autorytetem w szatni. Niestety, ale teraz możemy tylko gdybać.


Klątwa 1/8 finału

Mówiąc całkowicie poważnie to mieliśmy spore wątpliwości czy mistrz Francji poradziłby sobie wczoraj nawet z SM Caen, z którym miało problemy w ostatniej ligowej kolejce. Wtedy aktualnego lidera Ligue 1 uratował Kylian Mbappe, który zdobył dwie bramki. Tym razem występ najlepszego strzelca ligi okazał się sporym rozczarowaniem, bo 20-latek był jednym z najsłabszych zawodników na murawie, ciągle plątały mu się nogi i powinien w drugiej połowie zadecydować o awansie swojej drużyny.

 

 

W obliczu braku Edinsona Cavaniego oraz Neymara, to od Mbappe wymagało się najwięcej. Na Parc des Princes w ogóle nie przypominał siebie z meczu na Old Trafford i to mimo zanotowanej asysty przy trafieniu Juana Bernata. Oczywiście w ekipie gospodarzy zawiódł nie tylko napastnik, trzeba również wspomnieć o bezbarwnym występie Juliena Draxlera oraz zachowaniu Presnela Kimpembe w doliczonym czasie gry, gdy obrońca sprokurował rzut karny.

Sami chwaliliśmy szkoleniowca gospodarzy za jego niebotyczny wpływ na grę paryżan. Niemiec starał się jak tylko potrafił, lecz nie mógł nic poradzić na kontuzje dwóch największych gwiazd, a do tego trudno było przewidzieć szkolne błędy w defensywie. Nie za bardzo też sprawdziła się taktyka na wczorajszy mecz, bo poza przewagą w środku boiska jego piłkarze nic więcej nie potrafili zdziałać.

 

 

Biorąc pod uwagę przebieg wczorajszego spotkania to paryżanie sami zgotowali sobie ten los. Mając tak wielką przewagę na murawie nie potrafili przełożyć tego na strzelone gole. A Manchester United nie musiał prowadzić gry czy ciągle atakować, aby odrobić dwubramkową stratę z pierwszego spotkania i ostatecznie awansować do ćwierćfinału. Wystarczyło cierpliwie czekać na błąd przeciwnika, a „Czerwone Diabły” niewątpliwie miały tę przewagę, że mierzyli się z rywalami odpornymi psychicznie niczym dzieci z przedszkola.

Tym samym to trzeci kolejny sezon, w którym paryżanie kończą swój udział w Lidze Mistrzów na 1/8 finału. Idąc dalej, od sezonu 2012/2013 największym sukcesem tego zespołu było czterokrotne dotarcie do ćwierćfinału. Wynik beznadziejny, patrząc na to, jak wielkie ambicje ma Nasser Al-Khelaifi oraz ile pieniędzy włożono w projekt o nazwie Paris Saint-Germain.


Nowy trener, te same problemy

W poprzednim sezonie po odpadnięciu PSG z Realem Madryt, przyszłość Unai’a Emery’ego była przesądzona. Nasser Al-Khelaifi zdecydował się zmienić trenera, który dzięki odmiennemu warsztatowi, innemu podejściu do zawodników miał doprowadzić drużynę na szczyt europejskiej piłki. Już wiemy, że nawet jeśli Thomas Tuchel zdobędzie mistrzostwo Francji oraz zostanie triumfatorem Pucharu Francji, to bieżący sezon nie zadowoli nikogo w klubie.

Czy jednak niemiecki szkoleniowiec może spodziewać się utraty posady? Nie jest to zbyt prawdopodobne. 45-latka obowiązuje kontrakt do końca czerwca 2020 roku i byłoby dziwne, gdyby właściciel zdecydował się na tak radykalne i desperackie ruchy.

- Dla mnie to nie był karny. Łatwo podjąć taką decyzję przeciwko PSG, trudno przeciwko innym klubom - skomentował na gorąco Al-Khelaifi. Dziwi jednak reakcja Katarczyka, który podobnie tłumaczył się z poprzednich porażek w Lidze Mistrzów. Paryżanie mieli wystarczająco sporo czasu i okazji, aby przechylić szansę awansu na swoją stronę.

Wczorajsza rywalizacja pokazała, że problemem paryżan nie jest zły trener czy arbitrzy, sędziujący na niekorzyść PSG. Problem leży, gdzie indziej. Klub powinien skupić się na rozsądnych ruchach na transferowej karuzeli. Bo to też dosyć zabawne, że w rywalizacji z Manchesterem United na skrzydle musiał występować Dani Alves, a jednym ze środkowych pomocników był z konieczności wystawiany Marquinhos.

Klub ma wystarczająco utalentowanych piłkarzy, aby co roku znajdować się w czołowej czwórce europejskich zespołów. A jednak zawsze ich przygoda w Lidze Mistrzów kończy się kompromitacją i bolesną weryfikacją przy pierwszej potyczce z klubami z najwyższej półki.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się