var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: Hetman Zamość

Kamil Oziemczuk dla 2x45: Powinienem był zostać we Francji. Grać po drugich, trzecich ligach, ale zapuścić tam korzenie

Autor: rozmawiał Krystian Juźwiak
2019-03-10 11:30:44

Kamil Oziemczuk, obecnie napastnik czwartoligowego Hetmana Zamość, jako nastolatek został określony wielkim talentem. Wyjechał do Francji, ale zamiast występów w Ligue 1, były wycieczki po gabinetach lekarskich, zerwane więzadła, płacz i załamanie. W szczerej rozmowie z 2x45 opowiedział o swoim pobycie w Auxerre, o kontuzjach, o problemach z menedżerem, o nauce francuskiego i Ireneuszu Jeleniu. Porozmawialiśmy także o jedzeniu pizzy, o Audi R8, o montowaniu światłowodów czy o zbieraniu chłopaków kilka godzin przed meczem. Zapraszamy!

Krystian Juźwiak (2x45.info): – Pod koniec ubiegłego roku Weszło zrobiło ranking meteorów polskiej piłki, w którym pan zajął 11. miejsce.
Kamil Oziemczuk:
– Pierwsze słyszę o czymś takim. Żadnym meteorem się nie czuję. Robię swoje. Wykonuję powierzane mi zadania, a to jak ktoś o mnie pisze, to bardziej jego sprawa niż moja. Ostatnio dzwonili z „Kroniki Tygodnia”. Byłem nominowany w którejś kategorii, chyba piłkarz roku. Jestem pół roku w Zamościu i już mnie gdzieś nominują? Trochę za wcześnie. Powiedziałem, że na gali pojawi się trener Jacek Ziarkowski i to on może odebrać jakąś statuetkę, a ja wolę spędzić ten czas z rodziną. Nie przywiązuję uwagi do żadnych wyróżnień.

– Debiutancka bramka na Legii dodała skrzydeł czy pan już wtedy był wystarczająco uskrzydlony?
– Byłem młodym chłopakiem. To były moje pierwsze kroki w karierze piłkarskiej. Chciało się grać w pierwszym zespole, ale znałem swoje miejsce. Udało mi się zadebiutować z Zagłębiem Lubin. Wtedy wszedłem z ławki. Zmieniłem, zdaje się, Remka Jezierskiego i dorzuciłem asystę. Potem zagrałem z Legią od pierwszej minuty. Strzeliłem pierwszego gola. Pamiętam, że w bramce stał Łukasz Fabiański. Artur Andruszczak zgłosił niedyspozycję i wskoczyłem za niego.

– Nogi się trzęsły czy zadziałała młodzieńcza fantazja?
– Był stres, ale młodość rządzi się swoimi prawami. Starałem się wnieść przebojowość, jednak z tyłu głowy czułem, że nie mogę popełnić błędu. Robiłem to, czego trener ode mnie oczekiwał. Miałem duże wsparcie Mario Pawelca, z którym grałem na lewej flance. Wyszło dokładnie tak, jak sobie wymarzyłem.

– Dzisiaj podałby pan rękę Michaelowi Thiry’emu?
– Nie chciałbym mówić na ten temat. Szkoda słów.

– W wywiadzie udzielonemu portalowi „Lubgol” powiedział pan, że Thiry dosłownie męczył waszą rodzinę.
– Chciał, żebyśmy podpisali kontrakt menadżerski. Przez trzy lata jeździł za mną po kadrach młodzieżowych, ale ja nie byłem pełnoletni. Musiał rozmawiać z rodzicami. Dla nich to była pierwszyzna. Chcieli być wszystkiego pewni. Mama nie mogła być przy podpisaniu kontraktu, bo leżała w szpitalu w zaawansowanej ciąży. Tato podpisał, no i super, wyjechałem do Francji, ale na miejscu zostałem pozostawiony sam sobie. Wiele rzeczy nie było załatwionych.

– Wyjechałby pan do Auxerre, gdyby pana mama nie była w szpitalu?
– Nie wiem. Na pewno byłoby kilka innych zapisków w kontrakcie.

– Jakich?
– Finansowo wyglądałoby to inaczej. Lepiej. Nie miałem karty zdrowia, nikt mi nie powiedział, że muszę płacić podatek za mieszkanie. Małe rzeczy, ale wiele znaczyły dla 17-letniego chłopaka. W klubie pracował Polak, który potem pomagał mi to wszystko załatwiać. Jak zdarzyła się pierwsza kontuzja, to on jeździł ze mną po szpitalach.

– To prawda, że Thiry potem narzekał na pańską mamę?
– Coś było, ale nie będę się do tego odnosił.

– Marcin Siedlarz opowiadał, że gdy przyjeżdżaliście razem na kadrę, to koledzy patrzyli na was jak na obrazki.
– Nie odczuwałem tego. Reprezentacja Polski to wyróżnienie. Przyjeżdżałem tam dać od siebie coś dobrego, a nie pokazywać, że jestem panem piłkarzem, bo gram za granicą. Liczyło się to, żeby wyjść z orzełkiem na piersi. Nie jestem i nie byłem człowiekiem, który się wywyższał.

– Zagraniczny klub i wypłata w euro…
– Młody człowiek, a pieniądze uderzają do głowy. Podjąłem kilka złych decyzji. Będąc we Francji trzymałem się z Arkiem Rysiem i raczej wyglądało to tak: trening - dom - trening - dom, raz na jakiś czas dochodziły do tego spacery po mieście. Jak przyjeżdżałem do Polski, to było widać, że szastam pieniędzmi. Markowe ubrania, drogie metki – tam mnie jednak nie ciągnęło.

– Co więcej, Siedlarz powiedział, że za granicą on tylko potrafił wyciągnąć pieniądze z bankomatu.
– Bez przesady. Nie wiem jak Marcin, ale ja nie miałem wiele wolnego czasu. Między treningami uczyłem się francuskiego. Człowiek był zmęczony po wysiłku fizycznym, ale zawsze się stawiał na lekcjach. Podstawy trzeba było znać. Chłopaki w szatni pomagali. Pokazywali jakiś przedmiot i mówili, jak to się nazywa.

– Najlepsze pieniądze w życiu zarobił pan w Auxerre?
– Tak. Później to wiadomo: raz zerwane więzadło krzyżowe, drugi raz. Załamałem się i chciałem wracać do Polski. Testowałem się w Lechii Gdańsk. Gram sparing. Po meczu miała być decyzja, czy mnie chcą. Wstaję rano, a tam bania na nodze. Woda w kolanie. Wszystko wyhamowało. Wróciłem do Motoru, problemy z kolanem. Potem do Łęcznej i znowu problemy zdrowotne. Łatka szklanego piłkarza przykleiła się do mnie na stałe.

– Pan kilka razy powtarzał, że nie żałuje wyjazdu do Francji, ale raczej zadowolony pan nie jest?
– Nie mogę i nie jestem. Zobaczyłem inną piłkę i to zostaje w głowie. Poznałem innych, życzliwych ludzi. Może nie rozwinąłem się piłkarsko tak, jakbym chciał i tak jak wszyscy sobie życzyli, ale zyskałem dużo jako człowiek. Wspomnienia z Francji będę miał na zawsze. To był pouczający wyjazd. Może trochę za wcześnie wyjechałem? Ale czasu nie potrafię zmienić.

– Pierwszego zerwania doznał pan akurat, gdy przyjechała pana mama.
– To był Puchar Francji, gdzieś pod Paryżem. Uderzałem piłkę i rywal wszedł we mnie ciałem. Moje kolano wystawało za jego biodro. Dźwignia. Od razu zmiana. Piekło niemiłosiernie. Kto zrywał, ten wie co to za ból.

– Nigdy nie zerwałem więzadeł, ale przypuszczam, że cholernie ciężko wsiada się do autokaru z taką kontuzją.
– Byłem na prochach. Jak tabletki przeciwbólowe puściły, to… No to była masakra. Graliśmy na obrzeżach Paryża. Podróż trwała niecałe 2,5 godziny. Auxerre miało nowoczesny autokar, więc mogłem rozłożyć się na fotelach jak na łóżku. Wszystko trzeba przeżyć, tylko do tej pory nie wiem, dlaczego mi wsadzili nogę w gips przy zerwaniu. Mieli jakieś swoje metody, a ja im zaufałem.

– Mama bardzo to przeżyła.
– Zgadza się. Powiedziała:
- Zawsze jak przyjeżdżam, to tobie się coś dzieje!
Tłumaczyłem:
- Mamo, przecież nie możesz tego tak odbierać. Piłka nożna to sport kontaktowy. Różne sytuacje się zdarzają.
Szkoda, ale takie jest życie.

– Medyczny ewenement: badało pan czterech specjalistów i żaden nie postawił konkretnej diagnozy.
– Minęło już X czasu i metody lekarskie się zmieniły… No kurde, dalej nie wiem, o co chodziło. Czterech lekarzy, trzech mówiło, że zerwane więzadła, a noga poszła w gips. Człowiek był młody. Ufałem lekarzom. Jeździłem się badać do Paryża. Nie wiem… Może to dlatego, że opuchlizna nie zeszła? Może dlatego diagnoza tyle trwała? Nie znałem wtedy dobrze języka i nie bardzo potrafiłem zrozumieć, o co chodziło. Coś rozumiałem, ale nie operowałem medycznym słownictwem. Pierwszy uraz to też pierwsze załamanie, ale długo to nie trwało. Wiedziałem, że po wszystkim mogłem wrócić silniejszy. Z tego, co pamiętam, operowali mnie po dłuższym czasie w klinice Clairefontaine.

– Trener Marek Kostrzewa już wtedy martwił się o pańską fizyczność: „był szczypiorek jak wyjeżdżał i miał niewielkie szanse gry przy tabunach zawodników sprowadzanych przez Francuzów ze swoich byłych kolonii”. Ci czarnoskórzy piłkarze rzeczywiście odznaczali się wielką siłą czy to mit?
– Szanuję i pozdrawiam trenera. Kawał fachowca. Faktycznie byłem szczypior. Jak wyjeżdżałem, ważyłem 64 kilo, ale na ekstraklasowy Górnik Łęczna wystarczyło. Tam fizycznie wyglądałem dobrze. Myślałem, że jestem przygotowany na wyjazd za granicę, a zderzyłem się z francuską piłką. Trening wyglądał jak mecz. Każdy musiał mieć ochraniacze. Kontuzja na treningu? Norma. Tam się paliło. Wszyscy ostro walczyli o miejsce w składzie. Zawsze miałem 3-4 kolegów do gry. Nikt się nie chował, bo nie miał siły.

Co do chłopaków z kolonii, akurat grałem z tym Bakarim Sagną, który potem poszedł do Arsenalu. Ten to miał zdrowie do biegania. Cały czas przód - tył biegał. Kwestią czasu było, jak trafi do większego klubu niż Auxerre.


Kamil Oziemczuk na Łazienkowskiej (foto. Legioniści.com)

– Dostawał siatki na treningu?
– Chyba nie. Było dużo treningów strzeleckich. W poniedziałki zawsze biegaliśmy po lesie. To, co podejrzałem we Francji, mogę przekazać tutaj.

– Robi pan kurs trenerski?
– Właśnie się zaczął, ale na razie odpuściłem. Miałem już propozycje i na następny raczej się zapiszę.

– Plan to zapuszczenie korzeni w Zamościu?
– Na razie jesteśmy liderem IV ligi i wszystko wygląda fajnie, ale jak będzie dalej? Na pewno nie chciałbym znowu podpisywać kontraktu tylko na rok. Wolałbym mieć spokojną głowę. Mógłbym sobie znaleźć pracę albo zająć się szkoleniem młodzieży.

– Oprócz nerwów i momentów zwątpienia we Francji były jakieś pozytywy?
– Przede wszystkim trenowałem z pierwszym zespołem, bo w tym kontekście ściągało mnie Auxerre. Potem była kontuzja i oddelegowanie do rezerw, ale i tam poznałem fajnych ludzi. Fajne jest, że mogę dzisiaj pooglądać chłopaków w telewizji. Sagnę np. w Arsenalu. Był taki Younes Kaboul, który grał w Tottenhamie. Miałem przyjemność gry z Benoitem Pedrettim, z Danielem Niculaem. Tamas Hajnal przyjeżdżał po mnie na treningi nowym Audi R8. Miało to przyspieszenie, a jeszcze chciał się popisać przed młodym i czasem depnął. Ogólnie mówiąc, chłopaki byli bardzo pomocni. Każdy wyciągał rękę i udzielał wskazówek.

– Hipotetyczna sytuacja: dzwoni Rafał Kurzawa i prosi o lekcje francuskiego. Daje pan radę?
– Ojej, teraz byłoby ciężko. Przyjechałem do Polski i zamiast szlifować język, rzuciłem go w kąt. To mój duży błąd.

– Szef jednego z największych portali sportowych w Polsce powiedział, że jeśli chodzi o naukę języka, to delikatnie mówiąc - pan przebimbał.
– To jest jego zdanie. Miałem lekcje francuskiego. Moja nauczycielka robiła coś takiego, że brała mnie do sklepu, a ja miałem zrobić zakupy. Kaleczyłem, bo to były początki, ale kasjerki gratulowały i biły brawo. Wstydziłem się mówić, żeby nie popełnić błędu i powiedzieć czegoś głupiego, ale radziłem sobie. Z językiem boiskowym nie miałem problemu. Okej, nie mówiłem perfekcyjnie jak Arek Ryś, który tam zdawał maturę, ale naprawdę dawałem radę. Każdy ma inną smykałkę do nauki. Jeden uczy się szybciej, inny wolniej. Jednemu lepiej idzie z matmą, drugiemu z językami. To nie zawsze jest kwestia tego, że ktoś się nie chce uczyć. A francuski jest bardzo trudny.

– Arkadiusz Ryś zapytany o pana wspominał jedną zabawną sytuację. Mianowicie musiał zamawiać panu pizzę.
– Tak było. Po prostu nie wiedziałem jak to zrobić. To nie są zabawne sytuacje, tylko życiowe.

– Sama pizza po meczu to już silny trend w piłce.
– Pizza to węglowodany, które trzeba przyjąć pół godziny po wysiłku, żeby uzupełnić to, co się spaliło w trakcie meczu. W Motorze jeszcze sędzia dobrze nie skończył spotkania, a pizza już była w szatni. Teraz jest tak w każdym klubie. To przychodzi z zachodu. My się dopiero uczymy, ale miejmy nadzieję, że kiedyś ten zachód dogonimy.

– Dla postronnego kibica piłkarz jedzący pizzę po meczu - nie daj Boże przegranym - to szok.
– Ludzie się na tym po prostu nie znają. Gorzej jak do pizzy będzie piwo. Chociaż i tu są różne teorie. Jeden trener powie, że lepiej wypić piwo, a drugi, że colę. Każdy ma swoją szkołę. Ja jestem tego zdania, że powinniśmy jeść to, na co mamy ochotę. Każdy zna swój organizm. Ryż, kurczak i brokuł codziennie to też przesada.

– Z Irkiem Jeleniem mieliście szafki w szatni obok siebie i to tyle, co was łączyło.
– (chwila zastanowienia) On miał swoje życie. Sprowadził rodzinę, nawet brata i oni sobie żyli razem, a ja zajmowałem się sobą. Raz mnie zaprosił na grilla, ale to tyle.

– Jeleń kiedyś powiedział, że nie stawiał się pan na treningi.
– Co? Absolutnie czegoś takiego nie było. Najpierw mieszkałem w hotelu, to przyjeżdżał po mnie kierowca albo chłopaki z drużyny. Potem mieszkałem 10 minut od stadionu. Jak mogłem się nie stawić na treningu?!

– Na emigracji Polak Polakowi wilkiem?
– Może i tak było. Ja jestem otwartym i przyjacielskim człowiekiem. Irek ma inny charakter. Nie chcę o nim mówić źle, bo to nie leży w niczyjej gestii. Po prostu nie trzymaliśmy się razem.

– Wracając do kadry młodzieżowej: jest taka legenda, że na mistrzostwa Europy U-19 w 2006 pojechał pan kosztem Lewandowskiego.
– Ciekawa historia (śmiech). Pamiętam, byłem z Auxerre na obozie przygotowawczym w Szwajcarii. Dostałem powołanie i stamtąd pojechałem na zgrupowanie reprezentacji. Były jeszcze dwa tygodnie do mistrzostw. Szeroka kadra, grupa 30 piłkarzy. To jest dziwne, że ktoś mówi: „Oziemczuk pojechał za Lewandowskiego”. Każdy miał tyle samo czasu, żeby się pokazać.

– On był w ogóle w tej grupie?
– Nie przypominam sobie. Pierwsze słyszę tę historię. Przyjechałem tak jak każdy z tej trzydziestki i pokazałem się z dobrej strony. Lewandowski nie był szczególnie często powoływany do reprezentacji młodzieżowych. Jego umiejętności eksplodowały później i tylko się cieszyć, że mamy takiego napastnika.

– Prawda, że Andrzej Zamilski odstawiał pana i Siedlarza, bo odwalała wam sodówka?
– Zamilski to bardzo sympatyczny człowiek. Trener nas ganiał za zachowanie w pokojach, np. za spóźnienia na obiad musieliśmy robić 50 pompek przy wszystkich. Albo gdy jeździliśmy przykładowo do Hiszpanii trener każdemu zadawał pytania dotyczące historii kraju. Dbał o nasz ogólny rozwój. Często jeździłem na kadry i strzelałem sporo bramek, więc nie powiedziałbym, że mnie odstrzelono. Z rocznika '88 Grosicki zrobił największą karierę. Był jeszcze Glik. Maciek Korzym i Grzesiek Goncerz się świetnie zapowiadali.

– Powrót do Polski z dzisiejszej perspektywy ocenia pan jako miękkie lądowanie?
– Powinienem był zostać we Francji. Grać po drugich, trzecich ligach, ale zapuścić tam korzenie. Byłem jednak zmęczony. Chciałem uciekać. Fizycznie i psychicznie… Załamałem się. Płakałem. Byłem nastawiony na powrót do Polski i nikt nie mógł zmienić mojego zdania. Auxerre chciało, żeby został. Rehabilitowałem się w ojczyźnie. Miałem stawić się w klubie, to się nie stawiłem. Zadzwoniłem tylko do tego Polaka, który mi pomagał, powiedziałem, że jestem załamany i chcę rozwiązać kontrakt. Nie było żadnego problemu. Żałuję, że z Lechią Gdańsk nie wyszło. Potem w Górniku chciałem podobne pieniądze do tych, które zarabiałem we Francji. Byłem młodym chłopakiem i Górnik nie chciał tyle płacić. Wylądowałem w Lublinie.

– Potem w Górniku Łęczna przesadził pan z odchudzaniem i kolano znowu strzeliło.
– W okresie przygotowawczym naciągnąłem dwójkę. Rehabilitacja. Wróciłem na mecz ze Zniczem Pruszków. Zagrałem 30 minut. Później z Zabrzem przy linii bocznej poczułem piekący ból. Od razu wiedziałem, że więzadła. Dwóch zawodników na mnie naskoczyło. Wzięli mnie w kleszcze. Nie zdążyłem uciec. To było trzecie zerwanie.

– To nie było pokłosie tego, że zbyt mocno zbijał pan wagę?
– Możliwe. W trzy tygodnie zrzuciłem 10 kilo. Rano na czczo biegałem, potem trening z zespołem, spanie, drugi trening, a czasami był jeszcze trzeci trening. Szybko traciłem wagę i mięśnie się osłabiły. Ta dwójka, o której wspominałem, była już tego sygnałem. Druga sprawa, że wtedy stawiało się na bieganie, a nie na pracę z piłką. Teraz w Hetmanie trener Ziarkowski zupełnie od tego odszedł. Wszystko z piłką, z uderzeniem, z wyjściem na pozycje. Tętno 180. Trzeba wziąć pod uwagę, że my przygotowujemy się na III ligę.

– Nie po drodze było panu z Szatałowem.
– On miał swoją wizję, w której nie było dla mnie miejsca.

– Zabronił panu przebierać się w szatni pierwszego zespołu.
– Tak. Po meczu kazał mi się ubrać i powiedział:
- Co chodzi o twoją osobę, to decyzje będą podjęte w ciągu tygodnia czasu.
Do dzisiaj nie zostały podjęte, ale trafiłem do rezerw.

– Dlaczego tak się stało?
– Straciłem piłkę na środku boiska i Filip Burkhardt strzelił nam bramkę z połowy. Ale wydaje mi się, że to było tylko szukanie wymówki, żeby się mnie pozbyć. Przesunięto mnie do IV-ligowych rezerw. Górnik zrobił wtedy awans do Ekstraklasy i ja się z tego awansu autentycznie cieszyłem. Jestem wychowankiem Górnika Łęczna i zawsze będę miał ten klub w sercu, chociaż niektórym nie spodobało się moje przejść do Avii Świdnik.

– Nikt w zarządzie nie próbował wpłynąć na Szatałowa, żeby lepiej traktował wychowanka?
– W Górniku zawsze to średnio wyglądało. Teraz wszystko się odbudowuje. Broni Patryk Rojek, gra Kuba Cielebąk, 16 lat. Górnik będzie miał z niego pociechę. Fizycznie mu brakuje, ale ma jeszcze czas, żeby poprawić te aspekty. Kubę Jaroszyńskiego targają kontuzje, ale wszyscy liczą, że rozwinie się jak jego brat. Trzeba się cieszyć, że mamy chłopaków z regionu i zrobić wszystko, żeby było ich więcej. Teraz do Ekstraklasy poszedł Patryk Szysz. Trzymam za niego kciuki. Gość bez układu nerwowego. Szybki, wie co zrobić z piłką. W odpowiednim momencie poszedł do Zagłębia Lubin. Prędzej czy później dostanie swoją szansę i ją wykorzysta.

– Naprawdę zbieraliście po Łęcznej chłopaków, żeby wjechać na mecz rezerw?
– Były chyba dwa takie przypadki. Drugi zespół stał kompletnie na uboczu. Normalnie wielu chłopaków schodzi do rezerw, żeby się ograć, ale trener Szatałow tego nie robił i czasem brakowało ludzi do gry. Na treningu było czasem 6-7 osób. Na Ładę Biłgoraj chodziliśmy po domach i prosiliśmy chłopaków, żeby pojechali. Zagraliśmy wtedy w dziesięciu.


Kamil Oziemczuk w Górniku Łęczna (foto: GKS Bogdanka)

– W 2013 chciał pan wieszać buty na kołku?
– Miałem 26 lat. To było po Radzyniu. Skończyło się wypożyczenie z Motoru, skończył kontakt. Nikt się nie zgłaszał. W pewnym momencie zadzwonili z Avii. Nie chciałem tam iść, ale koledzy namawiali. Ja już byłem spakowany i chciałem jechać do Anglii do roboty. Nie żałuję, że poszedłem do Świdnika. To była fajna, charakterna ekipa. Może umiejętności nie były największe, ale serducho do gry ogromne.

– Nie tliła się nadzieje, że jeszcze w Anglii kopnie pan piłkę?
– Dzwoniłem do brata, żeby ogarniał robotę. Jak trzeba, to czego mam się bać? O piłce nie myślałem. Byłem wypalony.

– Pracował pan też przy montowaniu światłowodów.
– Coś trzeba było robić. Pracowałem fizycznie po 10 godzin i jechałem na trening.

– Organizm musiał to odczuć.
– Pracowałem, to pracowałem. Trenowałem, to trenowałem. Jakoś właśnie nie odczuwałem tego. Fizycznie czułem się bardzo dobrze. A treningi były ciężkie. Jeden zespół wycofał się z rozgrywek, my trochę słabiej graliśmy, to mieliśmy tydzień takiego ciężkiego mini obozu. Potem na boisku czułem się świeżo. Dużo biegałem. Wychodziłem na pozycję. Czułem duży luz. A do piłkarzy mam jedno zdanie: docencie to, co robicie, bo piłka nożna a praca fizyczna to dwie różne sprawy.

– W Hetmanie płacą dobrze czy między treningami pan dorabia?
– Nie chcę mówić o pieniądzach. Ostatnio rozmawialiśmy, że nie będzie problemu, jakbym chciał dorywczo popracować.

– Nie pytam, co by pan zmienił, ale ile jeszcze można wycisnąć.
– Dzisiaj jest jedno, jutro może się zdarzyć co innego. Miałem kilka urazów i trzeba pielęgnować organizm, żeby już nic złego się nie działo. Na razie wszystko jest dobrze i pozostaje mi się cieszyć życiem.

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się