var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: własne

Cholismo, czyli męczenie buły – jak Atletico pomyliło spokój ze stagnacją

Autor: Mariusz Bielski
2019-03-14 18:00:01

Wiecie jak spędziłem najnudniejsze półtorej godziny mojego życia? Obejrzałem powtórkę meczu Espanyolu, który zakończył się wynikiem 0:0.

Od pewnego czasu jednak po głowie kołacze mi się myśl – chłopie, doceń to, mogło być dużo gorzej. Owszem, nie jestem pewny czy przeżyłbym, gdybym miał sobie zafundować podobny seans w wykonaniu Atletico Madryt.

Nie wiem jak wy, ale ja jestem już kompletnie zmęczony piłkarską filozofią Diego Simeone.

Kiedy we wtorek Rojiblancos odpadali z Ligi Mistrzów w iście frajerski sposób, miałem mieszane uczucia. Przede wszystkim dlatego, że do ćwierćfinału przeszła zaledwie jedna ekipa z Hiszpanii. Jako wielki fan La Ligi i w ogóle tamtejszej piłki mam spore poczucie niedosytu po ostatnich bardzo grubych latach.

Rok temu na tym etapie były 3 zespoły + jedna wygrała
2 lata temu – 3 + jedna wygrała
3 lata temu – 3 + jedna wygrała
4 lata temu – 3 + jedna wygrała
5 lat temu – 3 + jedna wygrała
6 lat temu – 3
7 lat temu – 2
8 lat temu – 2 + jedna wygrała

Supremacja. Gdy triumfował Real oczywiście nie cieszyłem się, bliżej mi do bordowo-granatowej strony barykady. Ale przynajmniej człowiek czuł, że hiszpański futbol ma się dobrze. Tydzień temu jednak Ajax zdeklasował Królewskich, a wczoraj zrobił to samo zrobił Juventus Cristiano Ronaldo z Atletico. I o ile w przypadku tych pierwszych klęska wydała mi się stosunkowo naturalna, o tyle uważam, że Los Colchoneros sami się prosili o katastrofę.

Kiedy Portugalski crack pakował im trzeciego gola, przed oczami stanął mi Diego Simeone. Konkretnie ta klisza, kiedy po bramce w pierwszym spotkaniu odwrócił się do trybun, by obcesowym gestem zamanifestować wielkość swoich cojones.

No i Stara Dama zrobiła sobie z nich jajecznicę.

Cholo na każdym kroku podkreśla charakterność swojego zespołu, lecz ja od dłuższego czasu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nie ma to wiele wspólnego z rzeczywistością. Ok, w ekipie wciąż są zadziory – Godin, Saul, Diego Costa – jednak narracja ich szkoleniowca pachnie mi co najwyżej propagandą. Patrzcie jak cierpimy na boisku! Stawiamy opór dużo większym i bogatszym klubom! Jesteśmy gorsi piłkarsko, ale mamy większe, szybciej i mocniej bijące serca! W połączeniu z ciężką taktyczną pracą nadrabiamy inne braki!

Piękne, choć moim zdaniem już nieaktualne. Kiedy Simeone wciąż odmienia czasownik „sufrir” na wszystkie możliwe sposoby, ja zastanawiam się: kto tu tak naprawdę cierpi? Według mnie wcale nie jego podopieczni na boisku, tylko ten, kto ogląda ich wyczyny.

Petteri Forsell ostatnio napisał na twitterze – co prawda w innym kontekście, choć tu też pasuje – że piłka nożna przy całym swoim profesjonalizmie wciąż powinna sprawiać przyjemność i nie wolno o tym zapominać. Odpowiedzmy sobie więc, ile razy w tym sezonie z przyjemnością obserwowaliśmy boiskowe poczynania Rojiblancos? Na pewno przy okazji pierwszego starcia z Juve. Może w Superpucharze Europy. Poza tym… Dziura w mej pamięci nie została zasypana nawet po dokładnym przejrzeniu ich terminarza z tego sezonu. Poprzednie rozgrywki? Pewnie znów trafiłoby się 4-5 meczów. I tyle.

Nie sądzicie, że to trochę mało jak na drużynę z takim potencjałem kadrowym? Niech sobie Cholo gada o czerwono-białym Dawidzie walczącym przeciwko Goliatom, lecz mija się z prawdą. Przecież on wcale nie prowadzi słabszej drużyny niż szeroko rozumiany europejski top! No chyba, że nie uważa Griezmanna za jednego z najlepszych napastników na świecie? Że Koke nie jest jednym z najlepszych rozgrywających, a Saul nie jest genialnym todocampistą? Że Rodri czy Lucas to nie są młodzi gracze z cholernie dużym potencjałem? Że Godin nie zostałby przyjęty z otwartymi ramionami w każdym klubie świata? Że Oblak nie należy do top3 najlepszych bramkarzy, chociaż nie przechodzą przez niego nawet promienie Roentgena?

A jednak Argentyńczyk wciąż powtarza bajkę o Kopciuszku. Być może faktycznie wynika to z jego skromności, ale jak to by się miało do wcześniej przytaczanego chwalenia się rozmiarem jaj? Coś mi tu nie gra pod względem logicznym.

Mi się jednak wydaje, że wiecznym umniejszaniem swoim podopiecznym, facet po prostu wyrządza im krzywdę. Po pierwsze – zabija w nich radość radość z gry. Patrzę na te twarze i nie widzę entuzjazmu. Praca, harówka, tyrka… Bardzo mało przyjemności.

Po drugie – jeśli kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą, to nie dziwię się, iż Koke, Rodri czy inny Morata wychodzi na boisko z przekonaniem bycia słabszym od rywala. A później przydarzają się takie kwiatki jak ten wczorajszy. Szersza perspektywa? Proszę bardzo, przyjmując, ze 5 najlepszych drużyn z ligi hiszpańskiej to Real, Barca, Atletico, Sevilla i Valencia, bilans Los Colchoneros z tego sezonu przeciwko nim wynosi 1-4-1. Z ubiegłych rozgrywek zaś 3-4-3.

Wydaję mi się, że Simeone pomylił pokorę z asekuranctwem i minimalizmem. Że uprawia futbol, który w tej chwili można tak naprawdę nazwać antyfutbolem. Jeśli przy takim potencjale kadrowym skupiasz się głównie na tym, aby uprzykrzyć życie swojemu przeciwnikowi, to oznacza kompletne zachwianie proporcji w podejściu do meczu. Zarówno w sferze mentalnej, jak i taktycznej.

W tym drugim ujęciu uderzyło mnie niedawne spotkanie Atletico z Rayo, wygrane przez pierwszych 1:0. To był encyklopedyczny przykład unocerismo, nawet pomimo tego, że gol padł dopiero w 74. minucie. A jednak wcześniej ci pierwsi dali się zdominować przeciwnikom, samemu jedynie okazyjnie organizując wypady pod przeciwną bramkę. Kuriozum, zupełnie jakby w razie czego zadowalał ich remis. W końcówce też nie poszli po drugie trafienie, tylko jeszcze bardziej zaryglowali się pod własną bramką.

Jednocześnie Rayo wcale nie broniło tego wieczoru jakoś wybitnie. Wręcz przeciwnie, to strategię gości nazwałbym naiwną, skoro schemat przejścia z obrony do ataku polegał na (nie zawsze szybkim) przekazaniu futbolówki na skrzydło do Vitolo/Lemara lub Correi, a następnie dostarczeniu jej kolejnym bezpośrednim zagraniem do napastnika. Sęk w tym, że akcje często zatrzymywały się już na jednej lub drugiej flance. Wręcz prymitywne było to, co w ofensywie proponowało Atleti. Z takim pomysłem na atak poradziłby sobie byle klub z Ekstraklasy, więc nie dziwię się, że Franjirrojos też dawali radę. Wszyscy trzej skrzydłowi nie nie posłali w tym spotkaniu ani jednego otwierającego podania. Do tego łącznie udało im się dośrodkować zaledwie dwa razy.

Nie wiem teraz na ile winić graczy. Niby byli kiepscy, a z drugiej strony po prostu wykonywali polecenia szkoleniowca. Gdyby decyzja należała do nich samych, pewnie spróbowali by jakichś mniej powściągliwych rozwiązań, ale potem zostaliby skarceniu za nonszalancję. Kiedyś, bo dziś już zwyczajnie odzwyczaili się od błyskotliwości.

Bodajże Pep Guardiola – jeśli się mylę, poprawcie mnie – powiedział kiedyś, że pod względem taktycznym w ofensywie jego zadaniem jest doprowadzić swoich podopiecznych 25-20 metr. Później wszystko zależy od ich decyzji, kreatywności, zgrania, fantazji i kilku innych synonimów z tej rodziny określeń. Natomiast u Cholo nie ma miejsca na tak rozumianą wolność, każdy powinien funkcjonować tak jak on to sobie zaplanował, rozpisał. Schematy stały się ważniejsze niż kreatywność.

Nie dziwię się zatem, że od lat praktycznie żaden skrzydłowy nie zrobił większej kariery na Vicente Calderon i Wanda Metropolitano. A paru ich się przewinęło, sami zobaczcie:

Liczby Turana, Carrasco, Correi czy Adriana w sumie nie wyglądają źle, choć bez szału. Po Belgu na pewno spodziewano się jeszcze więcej i gdy odchodził zgodnie uznano, że nie spełnił oczekiwań. Correa to zapchajdziura, zawodnik od zadań specjalnych, podobnie jak niegdyś Adrian. Trudno nazwać ich pierwszoplanowymi postaciami drużyny. Tak naprawdę najwyżej z całej powyższej gromadki należałoby chyba ocenić Ardę Turana, no ale tak czy siak – to 1 z 11 gości, o którym można powiedzieć, że Simeone wycisnął z niego maksimum. Do tego w zasadzie jedynie on odchodził potem do lepszej drużyny. Słabo, aczkolwiek nie ma w tym żadnego przypadku.

Jak na moje jednak po wypracowaniu ekstremalnie skutecznych obronnych schematów, naturalnym krokiem byłoby również znaczne usprawnienie ofensywy, lecz nic takiego się nie dzieje. To dość prosty, choć dobitny przykład tego, że Cholismo dotarło już do swego sufitu.

Pójdę nawet dalej – jeśli Los Colchoneros w pewnej chwili w ramach tej filozofii dobili do szklanego sufitu, to zdążyli się także od niego odbić i dziś trudno uznać, by byli najlepszą wersją siebie. Okej, dopiero co był triumf w Lidze Europy, to nadal ważne zwycięstwo, lecz ma się nijak do wcześniejszych finałów Ligi Mistrzów. W Lidze też ani razu nie nawiązano równorzędnej walki o tytuł praktycznie od mistrzostwa z 2013 roku.

Zbyt wiele wskazuje na to, że Cholismo zatrzymało się w rozwoju, bym sam nie przyjął tej postawy. Nie ma już nic ciekawego do zaoferowania. Przecież Madrytczycy na przestrzeni lat wielokrotnie dokonywali całkiem sporych korekt kadrowych, ostatnią w dwóch poprzednich okienkach i jej efektów nie ma praktycznie żadnych. Zmieniają się piłkarze, trener i strategia nie, ale od dłuższego czasu nie działa to tak jak przez pierwszych parę sezonów. Tym się różni sytuacja Atletico od Realu. U Królewskich to najważniejsi członkowie drużyny okazują zmęczenie materiału. Na Wanda Metropolitano widać je głównie przez pryzmat trenera. Dokonał się koniec cyklu, choć z zupełnie innej strony.

Problem polega tu bowiem na tym, iż Colchoneros nie zaliczyli tak hucznego pieprznięcia jak ich rywale zza między. Wyniki są ani świetne, ani fatalne. Po prostu są. A Enrique Cerezo i jego świcie to odpowiada, skoro kontynuacja Cholismo oznacza brak drastycznego zjazdu na przykład w stylu Valencii.

Dla mnie to jednak nic więcej, nic mniej niż stagnacja.

Nie dziwię się zatem dużej części środowiska Rojiblancos, która po ogłoszeniu przedłużenia kontraktu z Diego Simeone do 2022 roku wydała z siebie pomruk niezadowolenia. Może za cicho? Tak czy siak oznacza to prawdopodobnie, że męczenie buły w wykonaniu Atletico będziemy oglądać jeszcze przez trzy lata. Albo może jeszcze dłużej, wszak już teraz Cholo wyrobił sobie pozycję w stylu Arsene’a Wengera w Arsenalu.

Fantastyczna wizja... Podczas gdy Argentyńczyk cały czas będzie mielił każdą wersję słowa „sufrir”, my, kibice powinniśmy wykuć na blachę odmianę innego: „sobrevivir”. Przetrwać, bo nie będzie łatwo.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się