var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: własne

Football's coming home? Spokojnie…

Autor: Andrzej Cała
2019-03-15 10:30:13

Za nami naprawdę bardzo ciekawa, emocjonująca, okraszona kilkoma niespodziankami 1/8 finału Ligi Mistrzów. Najwięcej powodów do radości mają w Anglii. Czyżby znowu nadeszły wielkie czasy klubów Premier League również w Europie?

Dyskusje o wyższości ligi angielskiej nad hiszpańską trwały od lat i trwać pewnie będą jeszcze długo. Wiemy, które rozgrywki są najbogatsze, gdzie nawet beniaminków stać na wielomilionowe transfery, gdzie płaci się najwięcej. Wiemy też, że w ostatnich dziesięciu lat aż siedem razy Ligę Mistrzów wygrywały kluby hiszpańskie - Barcelona oraz Real, a dodatkowo dwa razy była to wręcz wewnątrzmadrycka rozgrywka.

Oczywiście te liczby nie przekonywały tych, którzy od rywalizacji Getafe z Leganes zawsze będą woleli starcie Newcastle przeciwko Bournemouth. Czy można im się dziwić? W zasadzie nie! Liga angielska jest otoczona w Polsce kultem zakorzenionym hen hen w przeszłości, gdy była to poza ligą polską jedyna rozgrywka objęta zakładami piłkarskimi. Dodajmy wątek rywalizacji reprezentacyjnej, również działający przez lata na wyobraźnię, chociażby poprzez regularność wpadania na Anglików w eliminacjach wielkich imprez. Na wielu z nas dodatkowo wrażenie robi też sama kultura angielskiego kibicowania. Często mityczna, nie przystająca już opinią do tego, jak rzeczywiście wygląda to na meczach Premier League, ale to akurat ma mniejsze znaczenie w tej dyskusji.

Rzecz w tym, że po wygranej Chelsea w Lidze Mistrzów w 2012 r., przez kilka kolejnych lat żaden z klubów nie potrafił nawet dojść do finału. Pompowanie wielkich pieniędzy nie przekładało się na sukcesy w Europie jakkolwiek. To, co dla Anglików okazywało się sufitem, w przypadku wielkiej hiszpańskiej trójki ostatnich lat było jak obowiązek. Dość powiedzieć, że w sezonie 2016/17 jedynym angielskim klubem, który dotrwał do ćwierćfinału, był Leicester!

Teraz Anglicy się mozolnie odbijają. W poprzednich rozgrywkach do finału awansował Liverpool, będąc pierwszym od czasu wspomnianej Chelsea angielskim zespołem w najważniejszym meczu klubowej piłki na Starym Kontynencie. W obecnych mają w ćwierćfinale komplet zespołów. I czy po tym, jak Tottenham zdemolował Borussię, Liverpool na niewiele pozwolił Bayernowi, MU wyrwał sensacyjnie awans z rąk PSG, a Manchester City pokazał miejsce w szeregu Schalke 04, ktoś ze stuprocentową pewnością jest w stanie powiedzieć, że o ile losowanie nie przyniesie jakiejś wewnątrzbrytyjskiej pary, to takiego kompletu na pewno nie zobaczymy też w półfinale? Ja na pewno nie.

Z drugiej strony wzbraniałbym się jeszcze przed myśleniem, że to stałe odwrócenie tendencji i teraz nastanie hegemonia angielskich klubów w Europie. Do tego jeszcze potrzebny jest jeszcze ten gen zwycięstwa w najważniejszych spotkaniach, z czym ogromny problem ma Manchester City, zespoły prowadzone przez Kloppa, o Tottenhamie i Arsenalu nie wspomnę. Oczywiście czasem potrzebna jest po prostu przy tym fura szczęścia, szczęśliwych zbiegów okoliczności (Chelsea w 2012 r.), ale by zbudować coś stałego trzeba jednak fundamentów.

Powiedzmy sobie jasno - aż sześć angielskich klubów ma podstawy, by na stałe liczyć się w Europie, dochodzić rokrocznie wiosną do późnej fazy europejskich pucharów. Ogromne pieniądze, wspaniały marketing, zainteresowanie kibiców całego świata, ale co najistotniejsze - wierna, bogata grupa tych fanów, którzy z zespołem są od zawsze i na zawsze, na miejscu.

Przez kilka ostatnich lat Premier League niejako wzmacniała się wewnętrznie, głównie finansowo, siłą rzeczy wydaje się, że teraz jest idealny moment, aby wykonać kolejne kroki. W Lidze Mistrzów rzecz jasna.

***

Swoją drogą wydaje się, że czekające nas lada moment losowanie ćwierćfinałów Ligi Mistrzów, może mieć fundamentalne znaczenie dla ostatecznych rozstrzygnięć w… Premier League. Manchester City i Liverpool idą łeb w łeb, chociaż jeszcze na samym początku roku wydawało się, że podopieczni Kloppa rywalom odjechali i nie powinni dać się dogonić. No ale Liverpool to Liverpool, wystarczyło przegrać z bezpośrednim rywalem, potem zaliczyć kilka remisów i teraz to “The Reds” gonią, a nie uciekają.

Wyobraźmy sobie, że Manchester City trafi Barcelonę albo Juventus, a Liverpool zaliczy powtórkę z zeszłego roku wylosowując Porto. Jest różnica?


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się