var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: stalmielec.com

A jednak Raków da się pokonać! Trzeba mieć tylko nerwy ze Stali i nie bać się samej marki

Autor: Mariusz Bielski
2019-04-06 17:35:00

Powiedzmy sobie jasno – jeśli ktoś w tym sezonie podchodzi do meczu z Rakowem na zasadzie: „nie ma innej opcji, musimy z nim wygrać”, przeważnie można się co najwyżej dyskretnie uśmiechnąć. Częstochowianie do tej pory polegli zaledwie raz w całym ligowym sezonie, co mówi samo przez się. Delikatnie rzecz ujmując, tego typu deklaracje nie szły zatem w parze w rzeczywistością, dlatego tym bardziej jesteśmy zbudowani postawą Stali, która słowa obróciła w czyny.

Szanujemy Raków, ale wierzymy w siebie. Na ostatnich 18 spotkań też przegraliśmy zaledwie jedno [z ŁKSem przyp. red.] i to po przypadkowym karnym. Jeżeli myślimy o ekstraklasie, musimy wygrywać z najlepszymi (…) Z kim się odbijać jak nie z liderem w tabeli? (…) Musimy tylko wykazać większą pazerność w polu karnym, a będzie dobrze – deklarował na łamach Przeglądu Sportowego Artur Skowronek.

Między wierszami nawiązywał zapewne do poprzedniego spotkania o równie wielkie wadze, przez które Stal bardzo skomplikowała sobie walkę o awans. 0:0 z Sandecją doskonale odwzorowuje podejście obu ekip, które w środę skupiły się przede wszystkim na tym, aby nie oberwać, zamiast samemu wyprowadzać ciosy.

Dlatego tak ważna była zmiana w mentalności u mielczan w kontekście dzisiejszego spotkania i obserwowaliśmy ją dosłownie od pierwszych sekund. Pół minuty minęło przecież od startowego gwizdka, a już kibice poderwali się z siedzeń lub kanap. Krystian Getinger oddał wówczas piekielnie groźny strzał głową. Michał Gliwa co prawda interweniował, tylko czy na pewno przed lub na linii bramkowej, a nie tuż za nią? Na stadionie przy ul. Solskiego naturalnie zawrzało, ale prawda jest taka, ze w żaden sposób nie potrafimy tej sytuacji rozstrzygnąć. Ustawienie kamer nie wyjaśniło zupełnie nic, podobnie jak liniowy, który nie był ustawiony idealnie na równi z bramką. Goal-line oczywiście też nie dysponujemy w pierwszej lidze, więc chyba nie możemy zrobić nic lepszego, jak po prostu o tym zapomnieć.

Cztery minuty później Getinger był już jednak zabójczo skuteczny, gdy z paru metrów wpakował sztukę. Bartosz Nowak dograł mu dosłownie z linii końcowej i to była kluczowe kwestia w tej akcji. Zamiast grać do końca goście stanęli przekonani o wyjściu futbolówki na aut bramkowy, aczkolwiek nie mieli racji, wszak niecały jej obwód znalazł się poza polem gry.

Warto natomiast wspomnieć z czego w ogóle wzięła się ta bramka. Dziwiliśmy się bowiem zestawieniu pierwszej jedenastki Stali, ponieważ próżno było w niej szukać nominalnego napadziora. Już pierwsze minuty wyjaśniły nam jednak o co w tym misternym planie chodziło. Gospodarze zamierzali namieszać w głowach częstochowian za pomocą częstej wymiany pozycji i w zasadzie już w 5. minucie przy golu przyniosło to efekty. Dlatego właśnie nagle Nowak pojawił się po prawej stronie pola karnego, a w rolę dziewiątki wczuł się Getinger. Nie mamy wątpliwości – Raków był tym wszystkim nieco zszokowany.

Ten gol zatem robił dla częstochowian za plaskacz na odmułkę, bo dopiero gdzieś po 10 minutach, może kwadransie, przejęli inicjatywę. Przy jednoczesnym cofnięciu się Stali gra toczyła się głównie na połowie gospodarzy. I o ile na przykład przed prostopadłymi piłkami mielczanie bronili się umiejętnie – gęsto od bieli było w ich szesnastce i tuż przed – o tyle rakiety ziemia-powietrze posyłane z bocznych sektorów siały spore spustoszenie. Czasem były to wrzuty a’la Rory Delap z autu, czasem zwykłe dośrodkowania ze stałych fragmentów, lecz większość z nich naprawdę groźna.

Oj, pachniało nam golem wyrównującym przez dobre 25 minut. Blisko trafienia był wszak Petrasek, który po mały zamieszaniu lekkim strzałem prawie pokonał Kiełpina. „Prawie” i „lekkim” to zresztą słowa klucze, bo tylko dlatego 36-latek zdołał interweniować, że stoper nieczysto trafił w futbolówkę. Kwadrans później z kolei bramkarza wyręczył słupek, który obił Musiolik. Doprawdy niesamowity fart miała Stal, skoro kompletnie zapomniała o napastniku-wieżowcu. Niewulis i Petrasek wówczas skupili na sobie całą uwagę chłopaków Skowronka.

Sęk w tym, że oni sami w pewnym momencie olali swoje podstawowe obowiązki. Gdzie byli przy akcji na 2:0? Że myślami w Ekstraklasie, to nawet zrozumiałe, ale żeby też ciałami? Nie no, przesada. Janoszka wpadł w pole karne zupełnie osamotniony, nawet goniący go Kun znajdował się kilka metrów za skrzydłowym. Ba, Leandro wjeżdżającym lewą flanką także nikt się nie przejął, więc nie dziwota, iż potem dograł partnerowi idealne wręcz dośrodkowanie po ziemi. Przy czym warto też zauważyć, że tego wszystkiego nie byłoby, gdyby nie wcześniejsze przepuszczenie piłki przez Tomasiewicza – genialny był jego ruch bez kontaktu z futbolówką, który de facto wprawił wszystkich rywali w osłupienie.

Dzięki tej dwubramkowej przewadze dla Stali niemal przez całą drugą połowę oglądaliśmy nie obronę Częstochowy, tylko oblężenie twierdzy Mielec. No ale w zasadzie moglibyśmy tu jeszcze raz powtórzyć fragment o tym, jak solidny mur zbudowali dzisiaj podopieczni Artura Skowronka. Ich oponenci nie stworzyli sobie praktycznie żadnej klarownej okazji do strzelenia gola, ani jednej setki, nic w tym stylu. Bardzo konsekwentni w obronie byli Biało-Niebiescy, zachowując cały czas nerwy – hehe – ze Stali.

Ewentualne przecieki natomiast umiejętnie zamykał Seweryn Kiełpin, jak chociażby przy dość chaotycznej sytuacji Listkowskiego. Ta była bodaj najgroźniejszą dla mielczan – napastnik dobijał strzał Petraska z metra, może dwóch, a golkiper i tak zdążył zareagować. Refleks godny pozazdroszczenia, serio!

Z upływem czasu Raków oczywiście coraz liczniej rzucał się do kolejnych ataków i w sumie jeden w końcu okazał się skuteczny, gdy Domański urwał się z prawej strony, a potem idealnie dorzucił piłkę Niewulisowi na główkę. Tylko co z tego, skoro a) był to zaledwie gol honorowy i b) nawet nie kontaktowy. Dosłownie chwilę wcześniej bowiem Denis Gojko zwieńczył dzieło zniszczenia, wykańczając kontrę rozprowadzoną przez Prokicia. Gdyby nie to trafienie może jakimś cudem goście jeszcze wyrwaliby remis, aczkolwiek tak to w ogóle nie było o czym gadać.

 

 

 

Być może taki zimny prysznic w kontekście końcówki sezonu przyda się ekipie Marka Papszuna. Zwłaszcza jeśli jutro ŁKS zwycięży z Puszczą Niepołomice, co tym samym oznaczałoby zmniejszenie różnicy punktów wicelidera do lidera do 6 oczek. A warto pamiętać przy okazji, że pod koniec kwietnia obaj faworyci do awansu zmierzą się ze sobą w Łodzi. W tym sensie więc dzisiejsza porażka może sprawić, iż częstochowianie po prostu zachowają większą czujność.

Zresztą, dzisiejszy trium Stali to w zasadzie bardzo podobny sygnał dla Rycerzy Wiosny. Nie ma co lekceważyć mielczan, bo już nie takie comebacki widziała pierwsza liga. Żeby daleko nie szukać – Zagłębie Sosnowiec na półmetku poprzednich rozgrywek było na 10. miejscu, do pierwszej Chojniczanki traciło 8 punktów, do drugiej Miedzi 7. Chyba nie musimy przypominać kto ostatecznie awansował, a kto został na zapleczu Ekstraklasy? Podopieczni trenera Skowronka ewidentnie mają z tyłu głowy, że nawet tak absurdalne scenariusze są w stanie się ziścić, ale to tym lepiej dla ogółu – bo końcówka sezonu będzie ciekawsza.

Stal Mielec - Raków Częstochowa 3:1 (2:0)
1:0 – Getinger 5’ (asysta Nowak)
2:0 – Janoszka 38’ (asysta Leandro)
3:0 – Gojko 90+1’ (asysta Prokić)
3:1 – Niewulis 90+3’ (asysta Domański)


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się