var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Michał Puszczewicz arka.gdynia.pl

Michael Olczyk dla 2x45: W Schalke wielką wagę przywiązywali do psychiki, do pewnego wieku musieliśmy nosić nawet te same buty

Autor: rozmawiał Maciej Golec
2019-04-07 11:30:30

Michael Olczyk urodził się w niemieckim Dorsten, ale jak sam powtarza - czuje się Polakiem, mimo że w domu rodzice rozmawiali z nim w języku naszych zachodnich sąsiadów. Obecny zawodnik Arki Gdynia jeszcze w dziecięcym wieku trafił do akademii Schalke 04 Gelsenkirchen, w której przebrnął przez praktycznie wszystkie kategorie wiekowe. Wspomnień z tamtego okresu ma sporo. Na co trenerzy zwracali uwagę? Jakie były pierwsze wrażenia z ośrodka treningowego? Co się działo w momencie, gdy zawodnik marnował sytuację sam na sam? Co jest niezwykłego u Norberta Elgerta? Jak zapowiadał się Leroy Sane? Zapraszamy.

Maciej Golec (2x45.info): - Michael czy Michał?
Michael Olczyk:
- Michał może być.

- W jakim języku mówiło się w twoim domu?
- Cała rodzina mówi po polsku. Mama z tatą wyjechali do Niemiec, kiedy mieli 20 lat, ale Polskę cały czas mieli we krwi. Wzajemnie porozumiewali się po polsku, a ze mną po niemiecku. Ale ja też czuję się Polakiem.

- Czemu tylko z tobą po niemiecku?
- Urodziłem się w Niemczech, mam tam kolegów, którzy rozmawiali w tym języku, więc musiałem się z nimi dogadywać i to ten język - jako częściej używany - stał się moim pierwszym. Poza tym, trochę się wtedy wstydziłem mówić po polsku, bo kaleczyłem gramatykę. Różne odmiany mnie przerażały. Teraz to się zmieniło, chcę żeby mówili do mnie
normalnie, bo to najlepszy sposób na naukę.

- Jak długo się uczysz?
- Rok temu, gdy grałem w Olimpii Grudziądz, już trochę mówiłem po polsku, ale było ciężko. Mam w domu książkę, z której uczę się codziennie i widzę poprawę. To kwestia szacunku względem historii mojej rodziny i otoczenia wokół klubu. Jako Polak nałożyłem na siebie obowiązek ogarnięcia języka na równo z niemieckim.

- Skoro tak, to wybór reprezentacji nie był dla ciebie specjalnie trudny?
- Miałem możliwość, by grać dla Niemiec. To była drużyna U-15 albo U-16. Sporą pracę w tamtym czasie wykonał Maciej Chorążyk i jego ekipa - namawiali mnie bardzo, a ja się im dziwiłem, bo przecież sam i tak chciałem grać dla Polski. Oni chyba początkowo byli przekonani, że się rozmyślę, dlatego trzymali rękę na pulsie. Ja nie wybrałem Polski jako jedynej opcji, bo Niemcy mnie nie chcieli. Tyle też, że w ogóle nigdy nie traktowałem reprezentacji w kontekście wyboru. Jesteś Polakiem to grasz dla Polski. Czujesz się Niemcem, mimo że cała twoja rodzina pochodzi z Polski, to grasz dla Niemiec. To było dla mnie proste, choć wiem jak złożone bywają losy wielu rodzin, w których dziadkowie czy rodzice przeprowadzili się za chlebem. Każdy przypadek jest indywidualny. Ostatnio nawet wewnątrz jednej rodziny Jastrzembskich bracia wybrali inaczej - starszy grał dla Polski, a młodszy zdecydował inaczej. Według mnie nie powinno się oceniać takich wyborów, ponieważ nikt nie jest w stanie postawić się na miejscu takiego młodego chłopaka. A ja raz jeszcze podkreślę: tak jak cała rodzina, czuję się Polakiem. Wiem, ile dla rodziny znaczy to, że reprezentowałem i mam nadzieję w przyszłości dalej reprezentować nasz kraj. Dla ludzi na stałe mieszkających poza granicami kwestie patriotyzmu są wyjątkowo istotne. Nie zastanawiałem się ani chwili.

- Znajomi nie byli zdziwieni?
- Owszem, byli. Pytali czemu Polska, a nie Niemcy, ale ja konsekwentnie powtarzałem, że Polskę mam w sercu, aż w końcu to zrozumieli. Wiedzieli, że jak jestem tutaj (w Gelsenkirchen – przyp. MG), to też daję z siebie wszystko, szanuję ich i kraj, w którym mieszkałem.

- Czyli nie muszę pytać komu kibicowałeś w meczach Polska - Niemcy.
- Oczywiście, że Polsce. Mecz z 2014 roku oglądałem z kolegami z Niemiec. Byli na 100% przekonani, że wygrają, tylko ja powiedziałem inaczej. Byłem pewny, że to Polska wygra i tak się stało. Była tam też moja rodzina, bardzo się cieszyliśmy, a znajomi siedzieli zdenerwowani. Ale w szkole żadnych docinek nie było, każdy przyjął to z uśmiechem.

- Gdy dostałeś powołanie do młodzieżowej kadry, Schalke nie robiło problemów z wyjazdem?
- Były kłopoty, ale nie dlatego, że nie chciałem grać dla Niemiec. Mieliśmy wtedy ważny mecz w klubie. Schalke powiedziało, że skoro mecz kadry nie jest w kalendarzu UEFA, to mnie nie puści. Były ostre dyskusje na ten temat, chyba Der Spiegel napisał o tym artykuł, ale koniec końców pojechałem. Po powrocie problemów już nie miałem. Tam, jeśli jesteś dobry, to po prostu grasz.

 

 

 

- Wracając do twoich początków – urodziłeś się w Dorsten. Ktoś z rodziny zaszczepił ci pasję do piłki?
- Tata. Mówił mi, że gdy miałem 2-3 lata, to w moim życiu była tylko piłka. Na okrągło. Później już chciałem gdzieś grać, a skoro tylko futbol miałem w głowie, to tata się zgodził i powiedział, że spróbujemy coś znaleźć. I tak trafiłem do szkółki – w wieku 6 lat.

- Na co trenerzy w tak młodym wieku zwracali uwagę?
- Na technikę przede wszystkim. Widzieli u mnie potencjał w tym aspekcie, zawsze byłem o krok dalej od kolegów z mojego rocznika. Potem, gdy miałem 8-9 lat, grałem z dwa lata starszymi od siebie i pojechałem na duży turniej, na którym Schalke też było. Zainteresowali się, zaprosili na treningi. Po tygodniu powiedzieli, że mnie chcą, bo widzą duży potencjał i tak to się zaczęło.

- Na treningi dojeżdżałeś, czy przeniosłeś się do Gelsenkirchen?
- Mieszkałem w Dorsten. Stamtąd nie jest daleko, trochę ponad 20 km. Mieliśmy specjalny autokar, który jeździł po mniejszych miejscowościach i zabierał dzieci od kategorii U-11 do U-14, a potem odwoził z powrotem. Schalke bardzo pomagało w sprawach organizacyjnych.

- A jak łączyłeś grę w Schalke ze szkołą?
- Od 8:00 do 16:00 miałem zajęcia, a godzinę później pod domem stał już autokar, by zawieźć mnie na trening. Wracałem o 21:00 i tak wyglądał mój dzień – dzieciństwa praktycznie nie miałem. Było ciężko, ale też bez przesady – żadnego roku szkolnego nie straciłem, maturę też napisałem.

- Jakie były pierwsze wrażenia z ośrodka treningowego?
- Wielkie oczy. Wcześniej: małe miasto, mały klub, treningi też średnie, ale Schalke? Wow. Gdy miałem 13 lat zrobili test FMS. Wyszukiwali nasze słabe strony i dawali wskazówki, jak je korygować. Poza tym, było bardzo dużo treningów indywidualnych. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem. Od drużyn U-11 po rezerwy pełen profesjonalizm.

- Jakiś przykład?
- W jednej grupie pracował: I trener, dwóch II trenerów, analityk, dwóch fizjoterapeutów, masażysta i trener bramkarzy.

- W jakim przedziale wiekowym?
- U-13. Potem, z wiekiem ta liczba się zwiększała. Indywidualny trener, trzech fizjoterapeutów, trzech masażystów i tak dalej…

- A jeśli chodzi o infrastrukturę?
- Zajebista. Po prostu. Nie ma sensu szukać innego określenia. Jeśli jednego dnia była dziura na murawie, to następnego dnia przychodziłeś i znikała. Wszystko było dopilnowane. Trzy boiska, duża hala, siłownia – niczego nie brakowało, nie było na co narzekać.

- Wcześniej mówiłeś, że zwracano uwagę na technikę. A w późniejszych latach, gdy mieliście po 17, 18 lat?
- Wtedy wszystko razem, z tym że technikę już trzeba było mieć. Przed meczami analizowaliśmy grę przeciwnika i cały tydzień treningu był dopasowany do najbliższego rywala. Jeśli jego słabą stroną była gra głową, to właśnie na tym najbardziej się skupialiśmy. Wszystko było zaplanowane.

- W Polsce często narzeka się, że w grupach juniorskich, zamiast patrzeć na styl gry, bardziej skupiamy się na wyniku. Jak to jest w Niemczech?
- Wyniki są ważne, ale na pierwszym miejscu stawiany jest rozwój indywidualny. Trenerzy muszą widzieć, że dajesz wszystko, co masz najlepsze i z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc robisz postępy.

- Sytuacja sam na sam, obok biegnie kolega z drużyny, ma czystą pozycję, ale zawodnik z piłką sam kończy akcję i nie trafia. Co się dzieje w takim przypadku?
- Po meczu zazwyczaj jest wolne, regeneracja. Czyli wszyscy przychodzili do klubu i korzystali z odnowy. Następnego dnia, jeśli było tak, jak mówisz, przeprowadza się indywidualną analizę z zawodnikiem, a potem cały zespół na to patrzy. Po prostu nie można tak grać, drużyna zawsze jest najważniejsza.

- Podczas pobytu w Schalke jakieś metody treningowe cię zaskoczyły?
- To, że mieliśmy trzech trenerów odpowiedzialnych za defensywę i trzech za ofensywę. Po każdym treningu od razu następuje analiza. Jeśli zrobiłeś coś nie tak, jesteś proszony do szatni trenerów. Oni tłumaczą, co zrobiłeś źle i co powinieneś zrobić inaczej. I tak cały czas, od U-10 do ostatniej grupy wiekowej.

- Do psychiki też przywiązywali dużą wagę?
- Mieliśmy trenerów mentalnych, do których mogliśmy się zgłosić w każdej chwili. Często jednak nie trzeba tego robić, bo oni widzą, że coś jest nie tak. Że twoja mowa ciała na boisku jest inna niż zwykle. W takim wypadku też jesteś natychmiastowo wysyłany do trenera na rozmowę.

Poza tym, do pewnego wieku wszyscy musieliśmy nosić takie same buty – czarne Adidas Copa Mundial. Miały one wprowadzić równość w grupie. Myślę, że trenerzy nie chcieli, żeby młody zawodnik, który ma nowsze, droższe buty, poczuł się lepszy od innych. W takim wieku głowa pracuje, zwłaszcza u bardzo młodych piłkarzy.

- Mówisz, że wszystko jest profesjonalne. Dietę też musieliście trzymać?
- Tak.

- Od początku?
- Akurat to od U-15. Wtedy już mieliśmy dietetyka.

- Mówili wam co możecie, a czego nie możecie jeść?
- Nie, profesjonalny piłkarz już sam musi wiedzieć co może, a czego nie, każdy ma inny organizm. Co tydzień trzeba było oddawać krew i jeśli w którymś miejscu był „minus”, to dostawało się plan, który trzeba było zrealizować. Potem znowu, gdy nadal czegoś brakuje, ten plan jest przygotowywany od początku. I tak na okrągło.

- Mówi się, że Norber Elgert jest najlepszym trenerem z kategorii U-19. Zgadzasz się z tym?
- Tak, zdecydowanie.

- Co w nim jest takiego niezwykłego?
- U niego nie ma odpuszczania. Cokolwiek robiliśmy – czy to jest stretching, czy basen, musiało być na 100%. I można powiedzieć, że widać efekty, bo 3 na 4 mistrzostwa Niemiec zostały zdobyte pod jego wodzą.

Wielką wagę przywiązywał do kwestii drużynowości. W szatni mieliśmy zapisane zasady. Tytuł brzmiał “TEAM” (T - together, E - everybody, A - achieves, M - more). W każdej trudniejszej chwili wracał do sensu tego, co było tam napisane. Magiczna kartka. Dla każdego z nas była czymś sentymentalnym, tam było wszystko, czego potrzebuje drużyna jako całość i jednostka jako część tej całości. Przestrzegaliśmy wszystkiego, a nie było łatwo zapanować nad grupą zdolnych chłopaków, z których każdy miał duże ambicje, czasami przekraczające dobro drużyny. Trener świetnie umiał to wyłapać. Słynął z tego, że indywidualnie rozwijał zawodników - zarówno jeśli chodzi o umiejętności, jak i o głowę. Dla niego bardzo ważna była sprawiedliwość. Wyróżniający się, zanim zdążyli pomyśleć, by odlecieć, momentalnie byli sprowadzani na ziemię, choćby poprzez wykonywanie jakichś dodatkowych zajęć dla dobra reszty drużyny. Naprawdę, nie było lepszych i gorszych. On wiedział, że często największe kariery robili nie ci uważani za najzdolniejszych, tylko ci najpracowitsi, z drugiego szeregu.

- To on pracował m.in. z Leroyem Sane czy Maxem Meyerem. Pamiętasz ich z wcześniejszych lat?
- Grałem z Leroyem i od początku było widać, że ma szybkość, doskonały drybling i technikę. Króciutko prowadzi piłkę. Bardzo dobry zawodnik, zresztą pokazuje to teraz w Manchesterze City. Grając w U-19 przerastał każdego. Dziś nie mamy kontaktu, ale to normalne. On ma swoje życie w jednym z największych klubów Europy, a ja cieszę się, że wyszedłem na prostą i liczę, że będzie tylko lepiej.

- Grałeś też z Oktwaianem Skrzeczem.
- Tak, od U-17 do rezerw i w reprezentacji. Ciągle jesteśmy dobrymi kolegami. Na początku ciężko było mu się odnaleźć, nie znał ani niemieckiego, ani angielskiego na tyle dobrze, żeby się dogadać. Ze mną trochę rozmawiał po polsku, ale tu akurat ja miałem problemy.

- Derby z Borussią to było coś szczególnego?
- Już od U-10 były najważniejszym meczem w sezonie. W rezerwach, gdy graliśmy w Dortmundzie obok Signal Iduna Park, na mecz przyszło ponad 10 tys. widzów. Inny świat. W Niemczech jest mocno rozwinięta kultura chodzenia na mecze.

- Duży przeskok był między poszczególnymi grupami młodzieżowymi?
- Tak, największy z U-17 do U-19. Tam już się grało bardzo profesjonalnie, twardo. Każdy miał świadomość, że jest blisko pierwszej drużyny i dało się to odczuć w meczach. Rywalizacja była ogromna, ciężko było dostać się do szerokiej kadry, a co dopiero do „11”.

- Czyli rezerwy były już sufitem nie do przebicia?
- Nie, miałem dużą szansę trafić do pierwszego zespołu. W Schalke ceniono mnie, często grałem w starszych rocznikach. A w rezerwach byłem na rozmowie, ale pech chciał, że dwa tygodnie później złapałem kontuzję kolana, przez rok nie grałem i wszystko się posypało. Pomyślałem, że spróbuję czegoś nowego, chciałem zrobić krok do przodu. Rezerwy grały wtedy w IV lidze, ja miałem opcję, żeby zagrać ligę wyżej, ale chciałem zmienić kraj. Wiedziałem, że gdybym zagrał 1-2 dobre sezony na wyższym poziomie, to mógłbym się wybić jeszcze wyżej.

- I poszedłeś do Olimpii Grudziądz. Nie był to bardzo udany okres.
- Racja. Na początku, gdy byłem zdrowy, to grałem regularnie, ale zimą przytrafiła się kontuzja. Do tego zmienił się trener, przyszedł Dariusz Kubicki, który nie stawiał na mnie tak często, jak Jacek Paszulewicz. Była rywalizacja i na lewej, i na prawej obronie, ale uważam, że powinienem był dostać większą szansę. Gdy spadliśmy, a ja leczyłem uraz, poprosiłem o rozwiązanie umowy, bo wiedziałem, że stać mnie na to, by grać wyżej niż w II lidze.

- Ponad pół roku nie miałeś klubu.
- Ale czasu nie marnowałem. Trenowałem z klubem blisko mojego domu, miałem indywidualnego trenera, zagrałem kilka sparingów, więc wolnego nie było. Chciałem być gotowy w każdej chwili. Chyba jeszcze w listopadzie Arka zaprosiła mnie na testy. Mam z Gdyni świetne wspomnienia, strzeliłem tam w kadrze gola przeciwko Anglii z Rashfordem w składzie. Przyjechałem, pokazałem się z niezłej strony. Dostałem od trenera plan do wykonania, by być gotowym na początek przygotowań. Wykonałem go praktycznie w dwustu procentach, bo celowo dokładałem powtórzeń. Chciałem od pierwszego dnia się wyróżniać.

- Jak byś scharakteryzował Ekstraklasę?
- Dużo walki, fizyczności, ale technicznie dobrze wyszkolonych piłkarzy nasza liga też ma. Przed przyjściem do Arki oglądałem mecze, więc spodziewałem się, że tak to będzie wyglądać.

- Do tej pory w każdym meczu grałeś na innej pozycji. Na której czujesz się najlepiej?
- Dla mnie nie ma większej różnicy. Zarówno prawą, jak i lewą nogę mam na równym poziomie. Gram tam, gdzie trener mnie wystawi i daję z siebie wszystko.

- Arka nie wygrała od 4 miesięcy. W czym, według ciebie, tkwi problem?
- Trudne pytanie. Wiemy, że możemy grać lepiej. W ostatnim meczu było widać poprawę, zdobyliśmy punkt, ale to nie wystarczy. Musimy wyciągnąć wnioski, wrócić do naszej gry i zacząć wygrywać mecze, bo to jest najważniejsze.

- Kibice nie są zadowoleni z waszej postawy. Odbyliście z nimi kilka rozmów po meczach. Spotkałeś się kiedyś z czymś takim?
- W Olimpii Grudziądz też były takie sytuacje, ale to normalne, że jeśli tyle czasu nie wygrywa się meczu, to kibice są niezadowoleni. Taka jest piłka, teraz musimy zrobić wszystko, by wygrać kolejne spotkania i poprawić nastroje fanów. W tym trudnym momencie szczególnie potrzebujemy wsparcia.

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się