var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: Grzegorz Chuczun jagiellonia.net

TOP 5 najlepszych obcokrajowców w Jagiellonii Białystok w XXI wieku według 2x45

Autor: Maciej Kanczak
2019-04-14 16:06:25

Do czołówki Ekstraklasy Jagiellonia Białystok wchodziła powoli. Najpierw w sezonie 2009/2010 zdobyła Puchar Polski, zaś w kolejnych rozgrywkach zajęła miejsce tuż za podium w lidze. Później były trzy chude lata, w których wielkie oczekiwania nijak miały się do rzeczywistości, ale od kampanii 2014/2015 „Duma Podlasia” na dobre dołączyła do ligowej śmietanki. Trzy miejsca na podium w ciągu czterech lat były tego najlepszym dowodem. W bieżących rozgrywkach szanse podopiecznych Ireneusza Mamrota na miejsce w czołowej trójce nie są wielkie, ale żółto-czerwoni wciąż mogą wywalczyć drugi w historii klubu Puchar Polski, bo w finale na PGE Narodowym zagrają w maju z Lechią Gdańsk. Czas zatem przyjrzeć się najlepszym obcokrajowcom, którzy w XXI wieku biegali po boisku przy ul. Słonecznej.

5. Marian Kelemen - 2016-?, 92 mecze

W sezonie 2015/2016 tylko Podbeskidzie Bielsko Biała (63) straciło więcej goli niż Jagiellonia Białystok (62). A przecież bramki żółto-czerwonych strzegł nie byle kto, bo Bartłomiej Drągowski, który latem 2016 r. przeniósł się do AFC Fiorentina. Jako że działacze „Dumy Podlasia” nie mieli zaufania do pozostałych golkiperów w kadrze (Krzysztof Baran, Krzysztof Karpieszuk), rozpoczęli poszukiwania zastępcy popularnego „Drążka”. Ich wybór padł niespodziewanie na blisko 37-letniego Mariana Kelemena.

Oczywiście Słowak w ciągu czterech lat gry w barwach Śląska Wrocław udowodnił, że jest fachowcem nie lada. Wydawało się też jednak, że jest bliżej niż dalej zakończenia swojej przygody z piłką. Raz już zresztą wyrzucił bramkarskie rękawice do kosza, kiedy po zakończeniu sezonu 2013/2014 rozwiązał umowę z wrocławskim klubem i dał sobie spokój z futbolem. Bez piłki wytrzymał jednak tylko 10 miesięcy, bo w końcówce rozgrywek 2014/2015 bronił jeszcze barw 1.FK Pribram, a w sezonie 2015/2016 strzegł bramki MFK Zemplin Michalovce. W obu klubach w 35 meczach puścił jednak 51 bramek, zatem nie wydawał się być już opoką i fundamentem. A jednak to właśnie na niego zdecydowali się białostoccy notable. - Mimo wieku wciąż jestem bardzo ambitnym człowiekiem i zawodnikiem. Jagiellonia była bardzo konkretna w rozmowach. Szybko się dogadaliśmy, teraz ja zamierzam być bardzo konkretny na boisku - powiedział Słowak zaraz po parafowaniu rocznej umowy z białostockim klubem. Jak zapowiedział, tak w sezonie 2016/2017 zrobił.

Po bezbarwnych rozgrywkach 2015/2016, w kolejnej kampanii Jaga do końcowych minut ostatniej kolejki biła się o mistrzostwo Polski. Do upragnionego tytułu zabrakło jednej bramki z Lechem Poznań. Tu już jednak pretensje można mieć do graczy ofensywnych, a nie do Kelemena, bo ten swoją robotę wykonywał bez zarzutu. Tylko 39 puszczonych goli i 13 czystych kont to znakomity wynik jak na golkipera, który w ostatnich dwóch latach w zasadzie puszczał większość strzałów lecących w kierunku jego bramki. Warto również wspomnieć, że żaden inny bramkarz w historii Jagi nie zakończył sezonu z taką liczbą meczów „na zero z tyłu”.

W kolejnym sezonie znów to Jaga najdłużej i najmocniej naciskała na Legię Warszawa, która ponownie okazała się najlepsza w Ekstraklasie. Słowacki rutyniarz tym razem ze względów zdrowotnych zagrał tylko w 23 meczach, ale znów był mocnym punktem białostockiego klubu. 23 puszczone gole i osiem czystych kont sprawiło, że przy Słonecznej zaczęto o nim mówić „Supermen Kelemen”. Golkiper zza południowej granicy do wszelkich pochwał podchodził jednak z dystansem. -  Staram się dawać z siebie jak najwięcej i pomagać zespołowi. Jestem zadowolony z mojej postawy na początku tego sezonu. Mam nadzieję, że dobrą formę utrzymam do końca rozgrywek. Trzeba też pamiętać, że na moją dyspozycję pracują koledzy - mówił na łamach „Kuriera Porannego” w trakcie trwania sezonu.

Bieżące rozgrywki to już jednak prawdziwy rollercoaster, zarówno dla kibiców, jak i samego Kelemena. Od początku sezonu 2018/2019 podopieczni Ireneusza Mamrota byli w czołówce Ekstraklasy, przez jakiś czas nawet na jej czele. Szybko stracili to miano, ale do końca roku 2018 znajdowali się stosunkowo blisko Lechii Gdańsk i Legii Warszawa. Wiosna A.D. 2019 była już nieporównywalnie gorsza. Zaledwie cztery zwycięstwa w 10 meczach sprawiły, że „Duma Podlasia” rzutem na taśmę zapewniła sobie miejsce w grupie mistrzowskiej.

Wahania formy nie ominęły również Kelemena, który do tej pory tylko w ośmiu meczach nie dał się pokonać. Dla kibiców najważniejsze jest jednak to, że Słowak zadecydował się pozostać na Podlasiu, bo przecież na początku stycznia Białymstokiem wstrząsnęły informacje o tym, że Marian koniecznie chce odejść z Jagiellonii. - Po ostatnim meczu z Piastem Gliwice, w którym Marian nie zagrał, dostałem od niego telefon, że zimą chce się pożegnać. Podobny sygnał miał dostać od niego prezes Cezary Kulesza. Nie wiem, czy jest to ostateczna decyzja. Oby nie. Koniec rundy, koniec roku, święta to jest czas na refleksję i zastanowienie. Mam nadzieję, że właśnie tak było z Marianem i zmienił zdanie, dzięki czemu zobaczymy go na początku naszych przygotowań - wyznał „Przeglądowi Sportowemu”, Ireneusz Mamrot.

Słowak swoją decyzję motywował tęsknotą za ojczyzną i chęcią odegrania na koniec kariery większej roli w lidze słowackiej, w której nigdy tak naprawdę nie zaistniał. W Białymstoku wszyscy jednak wierzyli, że Kelemen zmieni zdanie. - Wiemy wszyscy i liczymy się z tym, że Marian ma swoje lata. Jego forma jest jednak na tyle wysoka, że z pewnością by się przydał - przyznał Mamrot.

Po rozmowie z prezesem Cezarym Kuleszą Kelemen dał się jednak przekonać do zmiany zdania. „Słowacki golkiper zgłosił w przerwie świąteczno-noworocznej chęć odejście z białostockiego zespołu. Jagiellonia rozważała już nawet ściągnięcie golkipera do konkurowania o miejsce w bramce z Grzegorzem Sandomierskim lub skrócenia wypożyczenia do pierwszoligowych Wigier Suwałki Damiana Węglarza. Kelemen, po rozmowie z prezesem Kuleszą, zmienił jednak zdanie i chce wypełnić kontrakt, podpisany do końca obecnego sezonu” - informowała „Gazeta Współczesna”.

Białostoczanie większych szans na powtórkę wyników z ostatnich dwóch sezonów w lidze polskiej nie mają, ale wciąż w ich przypadku realne jest zajęcia miejsca na najniższym stopniu podium w Ekstraklasie oraz triumf w Pucharze Polski. Owe cele można jednak zrealizować jedynie z Marianem Kelemenem w bramce.

***

4. Fedor Cernych - 2015-2018, 90 meczów - 20 goli

Praktycznie w pojedynkę utrzymał Górnika Łęczna w Ekstraklasie, w sezonie 2014/2015 strzelając dla zielono-czarnych 11 goli w 32 meczach. Jasnym więc było, że nie może dłużej marnować się na Lubelszczyźnie. Początek rozgrywek 2015/2016 spędził jeszcze przy Al. Jana Pawła II 13 (sześć meczów i jedna bramka), a już od września był graczem Jagiellonii Białystok. Przenosiny na Podlasie nie obyły się jednak bez kontrowersji. Prezes łęcznian Artur Kapelko w rozmowach z działaczami „Dumy Podlasia” miał bowiem mówić, że ci ściągają do klubu dobrego zawodnika, ale trudnego człowieka. - Jakieś głupoty. Nie ma co o tym rozmawiać. Doszły mnie po prostu słuchy, że ktoś kolportował informacje, iż cała drużyna Górnika jest na mnie obrażona, że zostawiam zespół. Dziwne. Przecież moi koledzy dobrze widzieli, jak sprawa wygląda, że mogę zmienić klub i to wszystko przeżywam. Sami mi mówili, że jakąkolwiek decyzję podejmę, będzie dobra. Zresztą, kiedy wrócę ze zgrupowania reprezentacji, zamierzam się jeszcze z kolegami pożegnać - odpowiadał na te zarzuty w rozmowie z „Przeglądem Sportowym” litewski napastnik.

W pierwszej kampanii w żółto-czerwonych barwach Cernych wpadł jednak z deszczu pod rynnę. Zamiast walczyć z Jagą o miejsce na podium Ekstraklasy, zmuszony był rywalizować z byłym klubem o utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce. Na koniec sezonu 2015/2016 białostoczanie zameldowali się dopiero na 11. miejscu w tabeli, od Górnika będąc lepsi zaledwie o cztery punkty. Sam Cernych również niewiele dał swojemu nowego pracodawcy. Trzy gole i cztery asysty to nader skromny dorobek jak na napastnika, który kosztował Jagę ok. 250 tys. euro. - Pierwszy raz w karierze spotkałem się z presją. A kiedyś się nawet zastanawiałem nad tym, jak to jest, że piłkarz opowiada w wywiadach, że sobie z tym nie radzi. Wtedy myślałem, że to tylko wymówka i że jak ktoś jest dobry, to wszędzie da sobie radę. Jak przyjechałem do Białegostoku, to pierwsze mecze miałem niezłe, ale nie strzelałem. Każdy pytał, kiedy wpadnie, pojawiło się myślenie, że skoro za mnie zapłacili, to powinienem strzelić z 15 goli i tak to się nakręcało. Coś przestawia się w głowie i wydaje ci się, że musisz. I zaczynasz się za dużo analizować, boisz się wziąć piłkę i tak dalej. Były takie myśli, żeby odejść po pierwszym roku, ale wszystko sobie przemyślałem. Trener Probierz też powiedział, że we mnie wierzy. I że w następnym roku pójdziemy na mistrza! - wspominał swój pierwszy sezon przy ul. Słonecznej w rozmowie z weszło.com Cernych.

Kolejny był już zdecydowanie lepszy. Niekwestionowaną gwiazdą i liderem białostockiej ekipy w tamtym sezonie był oczywiście Konstantin Vassilijev (o nim parę słów za chwilę), który w kampanii 16/17 strzelił 13 goli i zanotował 12 asyst, ale Estończyk miał solidne wsparcie w osobie Litwina, który mógł się pochwalić niewiele gorszymi statystykami indywidualnymi (12 bramek i dziewięć decydujących podań). - To najlepsza runda w moim życiu - mówił jesienią w rozmowie z „Kurierem Porannym”. Nie tylko bowiem regularnie trafiał na polskich boiskach, ale dużo strzelał dla swojej drużyny narodowej (pięć goli), dzięki czemu wybrano go piłkarzem roku na Litwie.

Wiosna w jego wykonaniu była już nieporównywalnie słabsza. Ostatnie bramki zdobył 11 marca w spotkaniu 25. kolejki z Koroną Kielce. Później w dwunastu kolejnych meczach nie potrafił wpisać się na listę strzelców. Łącznie jego strzelecka niemoc trwała wówczas 1041 minut! Jagiellonia jednak do końca walczyła o mistrzostwo Polski, ostatecznie kończąc sezon na najlepszym w historii klubu, drugim miejscu, zatem nikomu nie przychodziło do głowy wieszać psy na Cernychu. Tym bardziej, że w rundzie rewanżowej nie grał jako środkowy napastnik, a częściej przychodziło mu występować na skrzydle.

W sezonie 2017/2018 już na dobre zadomowił się przy linii bocznej, zaś w środku ataku grywał Cillian Sheridan. Stąd też jesienią miał skuteczność na poziomie kiepskiej, premierowej kampanii w Jadze (trzy bramki), ale za odkrył w sobie żyłkę altruisty, bo po jego podaniach, klubowi koledzy siedmiokrotnie wpisywali się na listę strzelców. - W poprzednim sezonie byłem napastnikiem, obecnie gram na skrzydle, a to zupełnie inna praca, inne zadania. Mam nadzieję, że nasi kibice nie będą mnie za bardzo krytykować za mniej bramek, jeśli przeczytają o zamianie z Fiedzi-napastnika na Fiedzię-pomocnika. Chociaż mówiłem już o tym 150 razy - mówił we wrześniu w rozmowie z „Przeglądem Sportowym” po meczu z Legią Warszawa, kiedy zapewnił swojemu zespołowi zwycięstwo w końcówce kapitalnym strzałem z ponad 20 metrów pokonując Arkadiusza Malarza.

Wiosną Jagiellonia znów walczyła o mistrzostwo, ponownie musząc zadowolić się drugim miejscem. „Fiedzia” walkę o podium obserwował jednak już z dalekiej Rosji, gdyż zimą przeniósł się do Dynamo Moskwa. - Nie przespałem kilku nocy... Miałem oferty jeszcze z innych klubów. Pojawiły się zapytania z innych drużyn rosyjskich, także z polskich - tak w rozmowie z „Piłką Nożną” wspominał moment, gdy zdecydował się opuścić Białystok.

***

3. Arvydas Novikovas - 2017-?, 88 meczów - 22 gole

Przed transferem do Jagiellonii Białystok występował w całkiem niezłych klubach - Heart of Midlothian, St. Johnstone, Erzgebirge Aue i VfL Bochum, ale przez dziewięć lat gry w Niemczech i Szkocji uzbierał ledwie 11 goli. Miał opinię gracza tyleż zdolnego i utalentowanego, co niepokornego i mówiącego wszystko, co mu ślina na język przyniesie. Talent zatem rozmieniał na drobne, ale mimo perturbacji klubowych, cały czas był ważną postacią w reprezentacji Litwy. Michał Probierz, sam słynący z ciężko charakteru, uznał jednak, że będzie w stanie utemperować temperament Novikovasa. - Konsultował ze mną ten transfer i namawiałem go, by przeszedł do Białegostoku. Po pierwsze dlatego, że Jagiellonia może w tym sezonie zdobyć mistrzostwo Polski. Ponadto będzie grał w jednym zespole z Fedorem Černychem, z którym przyjaźni się w kadrze. Wiem, że trener go chce, nie przychodzi tam jako piłkarz nr 20, tylko zawodnik z szansami na grę. No i wreszcie będę miał blisko, aby go oglądać. Liczę, że będzie w nowym zespole ważną postacią. Jest szybki i dobry technicznie. Pokazał swoje umiejętności w meczu z Polską, gdy nie ustępował waszym piłkarzom - chwalił Arvydasa na łamach „Przeglądu Sportowego” Edgaras Jankauskas, selekcjoner reprezentacji Litwy i jego były trener w Edynburgu.

W nowym otoczeniu piłkarz mogący grać zarówno w ataku, jak i na skrzydle odnalazł się błyskawicznie. W rundzie wiosennej sezonu 2016/2017 trzy razy wpisał się na listę strzelców, m.in. w starciu z Lech Poznań na finiszu rozgrywek. Jego gol w rywalizacji z „Kolejorzem” w ostatecznym rozrachunku zapewnił „Dumie Podlasia” wicemistrzostwo Polski. - Klub z Białegostoku zrobił na mnie znakomite wrażenie i dziś mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że poczyniłem dobry krok. Jagę od niemieckich i szkockich klubów, w których występowałem, różni atmosfera. W zespole czuję się jak w rodzinie - ocenił swoje pierwsze pół roku w Polsce w rozmowie z „Piłką Nożną”.

Kolejny sezon był już prawdziwym popisem Novikovasa - dziewięć goli i dziewięć asyst. W ciągu swojej dotychczasowej przygody z piłką wychowanek FC Vilnius nigdy nie mógł się pochwalić tak okazałym dorobkiem. Białostoczanie z kolei drugi raz z rzędu zostali wicemistrzami Polski.

W Polsce Novikovas dojrzał jako piłkarz, ale niewiele zmienił się jako człowiek. Nie jest już co prawda tak bezczelny i buńczuczny jak za młodu, ale co jakiś czas zdarzają mu się różne wyskoki. Przy okazji meczu z Wisłą Płock w 7. kolejce bieżącego sezonu Ekstraklasy pokłócił się z Romanem Bezjakiem o to, kto ma wykonać rzut karny. Ostatecznie Litwin postawił na swoim, ale nie potrafił strzałem z jedenastu metrów pokonać Thomasa Dahne. Wcześniej zasłynął dyskusją z jedną z fanek Jagi, która skrytykowała jego postawę na początku sezonu na Twitterze.


Z kolei w listopadzie w rozmowie z „Przeglądem Sportowym” pytany, czy podobnie jak klubowy kolega Taras Romanczuk nigdy nie przeszedłby do Legii Warszawa, odpowiedział następująco: - Kłamał. Każdy z nas, gdyby dostał ofertę z Legii, to by tam poszedł. Może z wyjątkiem Rafała Grzyba, bo to legenda klubu. Ale cała reszta na pewno by taką ofertę przyjęła. Zobaczyliby pieniądze i byłoby po sprawie.

Zimą z kolei, gdy kolejni piłkarze opuszczali Białystok (Cillian Sheridan, Przemysław Frankowski, blisko odejścia był również Marian Kelemen), Novikovas niespodziewanie powiedział: - Agent mówił mi, że jest wiele ofert, ale prezes klubu Jagiellonii nie chce mnie puścić. Będę przygotowywał się do wznowienia rozgrywek z zespołem, lecz chciałbym spróbować się na wyższym poziomie.

Jesienią Jagiellonia była w czołówce Ekstraklasy, wiosną mocno spuściła z tonu i dopiero w końcówce zapewniła sobie miejsce w grupie mistrzowskiej. Jaki Novikovas jest, każdy widzi, ale nie można mu odmówić zaangażowania w grę. Dziewięć goli czyni go najlepszym snajperem zespołu Ireneusza Mamrota (Jesus Imaz bowiem większość swoich bramek zdobył dla Wisły Kraków). Do tego dołożył dziewięć asyst. Dlatego też białostoccy fani zamarli, gdy w sobotę Novikovas przedwcześnie opuścił boisko w rywalizacji z Lechem Poznań. - Na gorąco ciężko ocenić uraz Novikovasa – albo jest to zwichnięcie barku, albo złamanie. Pojechał do szpitala na badania, po nich się okaże, jak poważna jest to kontuzja i czy uda się go jeszcze poskładać przed końcem sezonu - powiedział po końcowym gwizdku arbitra Mamrot. Bez Litwina „Dumie Podlasia” może być bardzo ciężko o triumf w Pucharze Polski i skuteczną walkę o podium w tabeli Ekstraklasy.

***

2. Konstantin Vassiljev - 2015-2017, 73 mecze - 20 goli

Obok Kamila Wilczka był najlepszym piłkarzem Piasta Gliwice w sezonie 2014/2015. Przy ul. Okrzei wszyscy, na czele z trenerem Radoslavem Latalem, nalegali, aby Estończyk, który pierwotnie związał się z gliwiczanami tylko na rok, przedłużył latem 2015 r. swoją umowę. 30-latek dostał jednak intratną propozycje z Jagiellonii Białystok, która w kampanii 14/15 po raz pierwszy w swojej historii zameldowała się na podium Ekstraklasy (3. miejsce). Wielokrotny reprezentant „Sinisargid” przystał na propozycję białostoczan, licząc na to, że w kolejnych rozgrywkach jego nowy klub znów będzie się liczył w walce o medale ligi polskiej.

„Bardzo dobry transfer. W końcu będzie komu uderzyć z wolnego, klasa wyżej niż Gajos, co by nie było”, „Dobry transfer Jagi. To świetny piłkarz jest, taki rozgrywający w starym stylu, z którymi zawsze w polskiej lidze było krucho” czy nieco mniej merytorycznie „No i to jest k… wzmocnienie!” - tak na forach internetowych pisali kibice żółto-czerwonych zadowoleni z przybycia Estończyka.

A ten nie zawiódł oczekiwań, jakie przy ul. Słonecznej wiązano z jego osobą. W kampanii 15/16 aż 10-krotnie asystował przy bramkach swoich kolegów z zespołu, samemu z kolei siedmiokrotnie wpisywał się na listę strzelców. Zamiast jednak z „Dumą Podlasia” walczyć o grę w europejskich pucharach, wiosną musiał kisić się w strefie spadkowej. Dla porównania osierocony przez niego Piast, który w ubiegłym roku do końca sezonu musiał drżeć o ligowy byt, tym razem do ostatniej kolejki sezonu… walczył o mistrzostwo Polski. Patrząc na to, co w Ekstraklasie działo się w latach 2015-2016, śmiało mógł zanucić jeden z hitów Lady Pank pt. "Na granicy", w którym padają takie oto słowa: poukładał się jakoś dziwnie świat. Ten piłkarski świat w Polsce z całą pewnością. Na pocieszenie Konstantinowi pozostał tytuł najlepszego zawodnika żółto-czerwonych w tamtym sezonie według „Kuriera Porannego”.

Aby zespół Michała Probierza znów liczył się w walce o czołowe lokaty w Ekstraklasie, jasnym było, że do wysokiego poziomu prezentowanego przez Estończyka muszą w sezonie 2016/2017 koniecznie dostosować się jego klubowi koledzy. I tak faktycznie było. W nowych rozgrywkach jak z nut grali Fiodor Cernych, Przemysław Frankowski, Jacek Góralski czy Taras Romanczuk. Vassiljev z kolei nie prezentował się już tak samo jak wcześniej. Trudno w to uwierzyć, ale Estończyk jeszcze bardziej poprawił swoje indywidualne osiągi! 13 goli dało pomocnikowi Jagiellonii trzecie miejsce w klasyfikacji najlepszych snajperów Ekstraklasy (lepsi byli tylko jej zwycięzcy, a więc Marco Paixao z Lechii Gdańsk i Marcin Robak ze Śląska Wrocław). Vassiljew nie miał jednak sobie równych w zestawieniu najlepszych asystentów ligi polskiej (12), wygrał również klasyfikację kanadyjską. Na corocznej Gali Ekstraklasy co prawda graczem sezonu 2016/2017 wybrano Vadisa Odjidje-Ofoe z Legii Warszawa (Belg wygrał również ów plebiscyt wśród pomocników), ale nie brakowało głosów, że to miano powinno przypaść kapitanowi reprezentacji Estonii. Widząc fenomenalną skuteczność Vassilijeva, rozemocjonowany Probierz swego czasu rzucił w eter, że jego podopieczny jest równie groźny i niebezpieczny co trio atakujących FC Barcelona: Leo Messi-Neymar-Luis Suarez. Jeżeli na takie słowa pozwolił sobie człowiek zwykle twardo stąpający po ziemi, to najlepiej to świadczy o fenomenalnej dyspozycji Estończyka w tamtym okresie.

Sezon 2016/2017 przejdzie do historii jako jeden z najbardziej szalonych w najnowszej historii Ekstraklasy. Wiosną prowadzeniem wymieniało się trio Jagiellonia-Lechia-Legia, a cały czas blisko tej trójki był też Lech Poznań. „Duma Podlasia” okazała się najlepsza w sezonie zasadniczym, a w fazie play-off otwierała ligową tabelę do 33. kolejki, kiedy prowadzenie straciła na rzecz „Wojskowych”. Ci tytułu lidera nie oddali już do końca rozgrywek, ale wystarczyłoby, że w ostatniej serii spotkań białostoczanie wygraliby z „Kolejorzem” i przy remisie Legii z Lechią cieszyliby się z pierwszego w historii mistrzostwa Polski. Utrata pierwszego miejsca powiązana była ze słabszą formą w końcówce sezonu Vassilijeva, który końcówce sezonu zasadniczego doznał kontuzji wykluczającej go z gry na miesiąc.

Gdy wrócił na murawę, w meczach grupy mistrzowskiej ani razu nie wpisał się na listę strzelców, nie zaliczył również choćby jednej asysty. Mimo to liczono, że latem 2017 r. Estończyk, który zyskał sobie przydomek „Cesarz” wróci do dawnej dyspozycji i poprowadzi Jagiellonię do upragnionego awansu do fazy grupowej Ligi Europy. W eliminacjach tych rozgrywek Jaga musiała sobie jednak radzić bez swojego asa, który opuścił Białystok i powrócił do Piasta Gliwice. - Od początku stanowisko Jagiellonii było jasne: dwa lata umowy plus ewentualnie kolejny rok. Dla mnie to być może już ostatni kontrakt, więc byłem za trzyletnią umową. Byłem gotów pójść na ustępstwa. Może to subiektywna opinia, ale nie widziałem takiej gotowości u drugiej strony. Przez pół roku liczyłem na to, że dojdziemy do porozumienia. Nie udało się. Nie wiem, czy nie chciał mnie trener, czy właściciel. To nie ma znaczenia, bo najbardziej konkretny był Piast i cieszę się, że tu jestem - wyjawił przyczyny swojego odejścia na łamach „Super Expressu”.

Jak czas pokazał, była to dobra decyzja "Jagi". Estończyk w Gliwicach notorycznie zawodził, aż w końcu Piastowi udało się rozwiązać jego kontrakt i "Cesarz" próbuje odzyskać teraz to, co cesarskie w swojej ojczyźnie.

***

1. Dani Quintana - 2013-2015, 64 mecze - 20 goli

Huracan, Valencia Mestalla, Pucol, Ontinyent FC, Alzira, Racing de Feroll, Huracan Valencia, Olimpic de Xativa, Gimnastic Tarragona - nie trzeba być znawcą futbolu hiszpańskiego, by stwierdzić, że przed przyjściem do Jagiellonii Białystok Dani Quintana nie reprezentował barw czołowych klubów z ojczyzny Salvadora Daliego. Co więcej, na hiszpańskich boiskach trzecio- i czwartoligowych nie imponował w ogóle skutecznością. A mimo to, jak mawiają młodzi ludzie, ligę polską w ciągu dwóch lat gry wciągnął nosem.

Gdy pojawiła się opcja ściągnięcia do Białegostoku 25-letniego pomocnika, działacze Jagi nie zastanawiali się długo. Dla pewności chcieli jednak przetestować Hiszpana na obozie w Mariampolu. Quintana dotrwał jednak dopiero na końcówkę zgrupowania i zdążył wystąpić tylko w sparingu z Żalgirisem Wilno. „Duma Podlasia” wygrała ów mecz 2:1, a testowany zawodnik strzelił gola i zaliczył asystę. - Atuty, jakie pokazał w sparingu sugerują nam wszystkim, że takiego piłkarza dokładnie szukaliśmy na bok pomocy - mówił ówczesny trener białostoczan Tomasz Hajto.

Na początek Quintana otrzymał roczny kontrakt z opcją przedłużenia go na kolejne dwa lata. - Dostałem sygnał od swojego menedżera i długo się nie zastanawiałem. Grałem w trzeciej lidze hiszpańskiej, a tu nagle oferta z ekstraklasy. Musicie zdawać sobie sprawę, że konkurencja w mojej ojczyźnie jest wielka. Mamy teraz złotą erę, wysyp talentów. Mój były klub, Gimnastic, nie miał większych szans na awans do drugiej ligi, dlatego ciężko było się wybić. Mało kto zwracał na nas uwagę. Dlatego zaryzykowałem i jestem tutaj - tłumaczył „Faktowi” powody swojej przeprowadzki na Podlasie. Potem wszystko potoczyło się już błyskawicznie.

W sezonie 2012/2013 pod wodzą „Gianniego” żółto-czerwoni byli typowym średniakiem Ekstraklasy (ostatecznie tamte rozgrywki zakończyli na 10. miejscu w tabeli). Zamiast łokciami rozpychać się w lidze, tak jak w czasie piłkarskiej kariery robił to ich trener, grzecznie dzielili się punktami z większością rywali (w tamtym czasie białostoczanie zremisowali prawie połowę spotkań - 13!). Ten altruistyczny styl gry Jagiellonii miał zmienić Dani Quintana Sosa. On ze swojej roli wywiązał się znakomicie - cztery gole i trzy asysty w 15 meczach sprawiły, że nikt przy ul. Słonecznej nie miał wątpliwości, czy należy z Hiszpanem związać się na dłużej.

Nowy zawodnik nie uratował jednak trenera, który po serii siedmiu meczów bez zwycięstwa w końcówce kampanii 2012/2013 opuścił ławkę Jagi. Następcą Hajty został Piotr Stokowiec. Nie poprowadził jednak Jagi do wielkich sukcesów, bo zwolniony został jeszcze przed końcem rozgrywek 2013/2014. Tamtą kampanię dokończył Michał Probierz, który na Podlasie wrócił po trzech latach przerwy, ale nie był w stanie białostockiej ekipy wprowadzić do grupy mistrzowskiej.

Gdyby zrobić zestawienie winnych takiego stanu rzeczy, Quintanta byłby jednym z nielicznych, który na owej liście na pewno by się nie znalazł. 15 goli i 12 asyst w 35 meczach Ekstraklasy (plus bramka i asysta w sześciu spotkaniach Pucharu Polski) sprawiły, że sława Hiszpana wyszła już daleko poza granice powiatu białostockiego. Sława dodajmy, z którą Quintana nie potrafił sobie poradzić. - Nie czuję się gwiazdą. Ważniejsza ode mnie jest jednak drużyna i jej występy w rozgrywkach Ekstraklasy. Jeśli jednak chodzi o poziom mojej gry, to nie do końca jestem zadowolony, ponieważ zaliczyłem zdecydowanie za dużo strat - mówił na początku sezonu. Nie da się jednak ukryć, że w tamtym czasie Quintana był przynajmniej dwa poziomy wyżej niż reszta jego klubowych kolegów.

Ta niekorzystna dla Hiszpana sytuacja mogłaby się zmienić w kolejnym sezonie. Białostoczanie mimo niemrawego początku rozgrywek dołączyli w końcu do ligowej śmietanki, zajmując najwyższe w swojej 95-letniej historii miejsce w ligowej tabeli (trzecie). Wkład Quintany w brązowy medal „Dumy Podlasia” był jednak nader skromny, gdyż ten wystąpił tylko w sześciu ligowych meczach, w których zdobył jedną bramkę i zaliczył trzy asysty.

Walka o ligowe podium była oczywiście kusząca, ale jeszcze bardziej Quintanę skusiła perspektywa bajecznych zarobków w Arabii Saudyjskiej. Za trzyletni kontrakt z Al Ahli Jeddah hiszpański pomocnik miał zainkasować ok. miliona euro. Jagiellonia, choć traciła kluczową postać, też jednak nie miała prawa narzekać - szejkowie za swojego nowego gracza zapłacili 500 tys. euro. Opuszczając Białystok, Quintana napisał list pożegnalny, dziękując za wsparcie wszystkim ludziom emocjonalnie związanym z klubem z ul. Słonecznej. Obiecał również, że jeszcze kiedyś założy żółto-czerwony trykot Jagiellonii. Mimo że praktycznie co okno transferowe Quintana jest łączony z „Dumą Podlasia”, póki co owa obietnica nie została spełniona.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się