var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: własne

Prezesowi Bońkowi przydałaby się cisza medialna, a nie prześwietlenie

Autor: Mariusz Bielski
2019-04-18 15:08:35

Muszę przyznać, że przez ostatnie lata cieszyłem się, że na czele polskiego futbolu stoi ktoś, kto w życiu piłkarskim zobaczył coś więcej niż Mielec i ewentualnie kawałek Meksyku. Przejęcie stołka prezesa PZPN przez Zbigniewa Bońka po Grzegorzu Lacie było jak odwilż po epoce lodowcowej. Podobało mi się to wyjście do ludzi, wizerunkowe odgruzowanie związku, większa przejrzystość w działaniach i całkiem sporo sensownych ruchów.

No ale właśnie sam złapałem się na pisaniu w czasie przeszłym.

Od pewnego czasu odnoszę bowiem wrażenie, iż prezes zaczął popadać w drugą skrajność, która łączy w sobie syndrom oblężonej twierdzy z arogancją. Zakrawa to o dzielenie świata na „my” i „wy”, wszak z każdym kolejnym wywiadem z panem Bońkiem mam coraz mniejsze poczucie zaufania do niego jako kibic. Moim zdaniem zaczyna niebezpiecznie dryfować w kierunku alternatywnej rzeczywistości.

Lampka zapaliła mi się już jakiś czas temu, gdy na jesień bez skrupułów strzelał z armaty do Jerzego Brzęczka, którego chwilę wcześniej sam mianował na selekcjonera. No ale nic, koniec końców pomyślałem, że to jakieś gierki psychologiczne czy coś w tym stylu.

Niedawno jednak do świecącej się lampki dołączył dym z racy ostrzegawczej po obejrzeniu programu „Sekcja piłkarska” z jego udziałem. Rozmawiano w nim o wynikach i fatalnym stylu gry reprezentacji oraz kiepskiej pracy selekcjonera, a z ust pana Bońka zamiast sensownych argumentów padały takie odpowiedzi:

 

 

 

Później trafił się jeszcze materiał na kanale „Prawda futbolu”, w którym prezes stwierdził, że polski piłkarz nigdy nie będzie umiejętnie grał w ataku pozycyjnym. I kropka. Roman Kołtoń nie zapytał „dlaczego?”, a przecież to żadna prawda objawiona i tym bardziej nie wyrocznia. Ja się pytam zatem – czemu nie? Oczywiście nie mówię o nauczaniu takiego stylu ukształtowanych już piłkarzy. Próbował to robić Kibu Vicuña i poległ jak Armada w 1588. Jeśli 28-letni zawodnik jest w stanie przyswoić 2 ofensywne schematy, to jasne, iż zaproponowanie mu 18 skończy się tragedią. To jest jednak wina pracy u podstaw, więc jeżeli zaczęlibyśmy w ten sposób konsekwentnie uczyć dzieciaki od najmłodszych roczników, dlaczego nie mielibyśmy zmienić naszych głęboko zakorzenionych przyzwyczajeń? Jasne, piszę o latach żmudnej roboty, aczkolwiek na pewno jest ona do wykonania.

 

 

 

Ale to co się wydarzyło w ostatnim „Prześwietleniu” Łukasza Olkowicza w Przeglądzie Sportowym… Nie no, tu do lampki i rac dołączył jeszcze ogłuszający alarm w stylu syreny bombowej. Myślę więc, że warto pochylić się niżej nad tym wywiadem, ponieważ Zbigniew Boniek w nim próbuje wcisnąć nam niesamowitą ciemnotę.

***

ZB: Pan mówi, że kursy są słabe.
ŁO: Wiem to od trenerów, którzy w nich uczestniczyli
ZB: Ja bym z ich zdaniem polemizował. Uważają się za wielkich trenerów, po których jednak nie zgłaszają się wielkie kluby.

Co to znaczy „wielkie kluby”? W jakiej skali? Jeśli w europejskiej, to dajmy sobie spokój, o czym tu w ogóle dyskutować? Nasze miejsce w szeregu jest gdzieś na 25. lokacie pod Kazachstanem, więc na jakiej podstawie gdziekolwiek mieliby woleć polskiego szkoleniowca od hiszpańskiego, portugalskiego, niemieckiego? Albo rodzimego w nieco słabszych ligach? Nie mamy ku temu argumentów.

Natomiast gdy mówimy o polskim podwórku należałoby się pochylić raczej nad naiwnością prezesów. Na przykład gdyby Dariusz Mioduski był Eskimosem i tak ktoś opyliłby mu śnieg, gdyby tylko sprzedawca pochodził z zagranicy. Dlatego właśnie Legię od jakiegoś czasu prowadzili przebierańcy, a nie na przykład Stokowiec, Fornalik czy Probierz. Oni zresztą też nie są głupi i wiedzą gdzie będą mieli bardziej stabilną sytuację. Czyli biorą te fuchy, gdzie stwarza im się lepsze warunki do działania.

Natomiast odnosząc się do samego poziomu kursów i ich merytoryki odsyłam Was, Drodzy Czytelnicy, na Weszło, gdzie w bardzo dogłębny sposób temat podjęli Leszek Milewski oraz Przemysław Mamczak. Uwaga, spoiler – nie jest dobrze!

***

ZB: We Włoszech i w Niemczech zobaczy pan trenera, który 20 lat temu prowadził drużynę młodzieżową i dziś nadal to robi. Pod blokiem we Włoszech, gdzie mieszkam, mam centrum sportowe Romy. Ćwiczą w nim dzieci od 6 do 12 lat, a pracują trenerzy zajmujący się szkoleniem ich od 25 lat. Zarabiają 1,7 tysiąca euro, normalnie żyją, cieszą się, bo przez ich ręce przeszło iluś zawodników, którzy zaistnieli w wielkiej piłce. W Polsce czegoś takiego nie ma.

Wydaje mi się, że i w Polsce znaleźlibyśmy takie przypadki. Jeżeli jednak rzeczywiście w tych krajach zdarzają się one częściej, znów wypadałoby się zastanowić nad środowiskiem do pracy jakie im się stwarza. Nie ukrywam, chodzi mi głównie o pieniądze, bo nie oczekujmy, iż za 700 złotych dorosły facet będzie w stanie utrzymać rodzinę, a nawet samego siebie. Żeby odpowiedzieć obrazowo, wynajem ładnej kawalerki w Łodzi to wydatek rzędu 1100-1200 złotych miesięcznie.

Z drugiej strony szkoleniowców, którzy faktycznie tyle lat poświęcają juniorom podzieliłbym na dwie grupy – tych z powołaniem oraz tych bez większych ambicji.

ZB: Chcieliby budować CV w ten sposób, że dzisiaj trenują dzieci, jutro młodzież, pojutrze seniorów, a za cztery lata pierwszą reprezentację.

Moim zdaniem nie ma kompletnie nic złego w zaczynaniu od trenowania młodzieży i późniejszym wspinaniu się po szczeblach kariery. Czy to jest złe, że ludzie stawiają sobie cele i próbują do nich dążyć, równolegle rozwijając swój warsztat? Czy lepiej byłoby mieć samych zblazowanych szkoleniowców bez ambicji? Bo wydaje mi się, iż Boniek wolałby tę drugą opcję, choć tak to my w piłce nigdy nic nie osiągniemy.

***

ŁO: Z ciekawą obserwacją z Hiszpanii przyjechał trener Piotr Urban, który pracował w Osasunie, a teraz jest w Legii. Przez kilka miesięcy obserwował u nas małych zawodników. Powiedział: „Zauważyliśmy, że w Polsce, choć może zabrzmi to groteskowo, piłkarz ma problem, gdy jest przy piłce, choć przecież w nią gra”.
ZB: Ale co z tego wynika?
ŁO: Skąd to się bierze?
ZB: Ja nie miałem problemów, gdy byłem przy piłce.
ŁO: Ale teraz inni mają. Ktoś tych zawodników trenuje.
ZB: I to jest problem Szkoły Trenerów? Do syna Jana Urbana mam jedną uwagę. Skoro jest wykształcony, przyjechał do Polski, niech się wykaże i zatrudni w akademii.
ŁO: Pracuje dla akademii Legii.
ZB: I brawo! Wypada się z tego cieszyć. Ja z panem chciałbym prowadzić rozmowę na jakimś poziomie, a nie takim, że przyszedł syn Urbana i coś powiedział. Nie wiadomo, co po przyjeździe do Polski powiedziałby syn Bońka, który pracuje w świecie finansów. Ma być wyrocznią, bo jest synem Bońka?
ŁO: Cytuję słowa polskiego trenera, który pracował za granicą. Nazwisko nie ma znaczenia, może nazywać się Kowalski. Przyglądał się grze zawodników w Polsce i miał porównanie do Hiszpanii, gdzie szkolił.

Wow, taki stek bzdur, że nawet nie wiem od czego zacząć…

Po pierwsze: co to za tekst, iż Zbigniew Boniek swego czasu nie miał problemu z techniką? On jeden, no może jeszcze paru jego kumpli z ówczesnej reprezentacji. A reszta? Analogicznie dziś z piłką problemów nie ma Lewy, Zieliński, Błaszczykowski, mamy solidnych bramkarzy. Tylko jaki to jest ułamek? Czy prezes w ogóle ogląda Ekstraklasę, nie mówiąc już o I lidze i niższych? Fajnie, że on nie miał problemów 40 lat temu, gratuluję, lecz to nie znaczy, iż dzisiaj problem nie istnieje. Himalaje arogancji.

No i tak, jeśli 95% polskich piłkarzy po nastu latach szkolenia gdziekolwiek wychodzi z technicznymi niedociągnięciami jest to problem trenerów. Wszystkich, tych z PZPN-owskiej szkoły również, bo to oznacza, że w ich warsztacie są horrendalnie wielkie niedociągnięcia.

Czy Piotr Urban ma być wyrocznią? Pewnie nie, ale czy jego zdanie powinno się kompletnie olewać, skoro jest przedstawicielem zawodu, na temat którego toczy się dyskusja? Tym bardziej nie, a przecież podzielił się bardzo celną uwagą. Poza tym nie jest to gość, który futbolu uczył się w Chrząstawie, tylko w Hiszpanii, kraju trochę (ekhm) lepszym futbolowo od Polski. Najpierw podpatrywał tam ojca Jana, gdy jeszcze ten był czynnym piłkarzem, potem ojca trenera, aż w końcu sam Piotr pracował parę lat w akademii Osasuny, skąd wyszli tacy goście jak Raul Garcia, Cesar Azpilicueta, Javi Martinez, Patxi Puñal, Pablo Orbaiz, Mikel Merino, Alex Berenguer, Roberto Torres… Wymieniać dalej?

Przepraszam bardzo, ale jeżeli ludziom z takim doświadczeniem, wiedzą i międzynarodowym obyciem Jak Piotr Urban będziemy odmawiać głosu w sprawie polskiego szkolenia, to kogo w takim razie mamy słuchać? Jak czynić postęp, kiedy jednocześnie zlekceważymy znacznie bardziej efektywną metodologię, której elementy know-how ktoś przywozi nam do Polski? Od kogo się uczyć, jeśli nie od lepszych?

ZB: Od takiego Piechniczka wszyscy powinni się uczyć dzień w dzień. Jechać do niego do Wisły i czerpać wiedzę o prowadzeniu drużyny. A ci, którzy pana nastawiają, traktują Piechniczka jak starego cudaka, który gada trzy po trzy.

Cóż, szczerze mówiąc nie dziwię się. Bo o ile nie neguję dokonań byłego selekcjonera, o tyle entliczek, pentliczek, co powie Piechniczek praktycznie już nijak nie przystaje do obecnych czasów. To trener z poprzedniej epoki, który przez upływ czasu stracił zarówno świeżość taktyczną (i prędzej czy później czeka to praktycznie każdego), a przez różnice pokoleniowe w stylu życia nie powinien być autorytetem względem zarządzania szatnią pełną ludzi młodszych o 50 lat. To się zwyczajnie nie dodaje.

Dowód? Sprzeciw wobec tezom jednego z najlepszych analityków jakich znam, Michała Zachodnego, trener Piechniczek argumentował tym, że on „nie czuje zapachu szatni”.

 

 

 

***

Pytanie o naukę od lepszych też zresztą padło:

ŁO: A co w tym złego, żeby uczyć się od lepszych?
ZB: To puste słowa.

Rzeczywiście nie ma odnosić polskiego futbolu do tego z innych krajów. Chciałbym jednak zauważyć, że w tym samym wywiadzie sam prezes czyni to wielokrotnie. Trzy przykłady z brzegu:

  • „We Włoszech i w Niemczech zobaczy pan trenera, który 20 lat temu prowadził drużynę młodzieżową i dziś nadal to robi.”
  • „Wie pan jaka jest dziś najlepsza szkoła? Angielska. Odjechali wszystkim. Z wielu powodów. Kultury życia, rywalizacji, genów.
  • „Idą na kurs, komentują: «Nie było dobrej narracji po angielsku, co to za kurs?». Ale taki sam jest we Włoszech, w Hiszpanii i Niemczech. UEFA nam to przyklepuje. Załóżmy, że na kursach UEFA C Polacy robią to gorzej, a Niemcy lepiej, bo wykładowca jest gorszym narratorem i nauczycielem.”

Ostatecznie jednak konkretnych argumentów na poparcie początkowej tezy o pustosłowiu nie otrzymaliśmy.

Natomiast takiego zaprzeczania sobie samemu jest znacznie więcej.

1. Kawałek z początku:
ŁO: Wreszcie udało nam się spotkać, żeby porozmawiać o szkoleniu.
ZB: Mogę podpisać się pod wszystkimi problemami polskiej piłki, ale nie pod tym. Nie dlatego, że boję się odpowiedzialności, tego nigdy nie robiłem. Natomiast nie mam na to wpływu.

I kawałek dalej:

ZB: Wie pan jaka jest dziś najlepsza szkoła? Angielska. Odjechali wszystkim. Z wielu powodów. Kultury życia, rywalizacji, genów.
ŁO: Zmiany w systemie szkolenia zapoczątkował angielski związek. To ich pomysł.
ZB: A myśmy nie zapoczątkowali?
ŁO: Pytanie, czy to wystarczające?
ZB: Zrobiliśmy AMO, CLJ, PJS (…)

To może ustalimy wreszcie jedną kwestię – czy w końcu Zbigniew Boniek i PZPN mają wpływ na szkolenie, czy nie? Moim zdaniem, patrząc na powyższe, jednak mają duże. Może nie w kwestii samej metodologii, ale do strony formalnej + dawania narzędzi – mają na pewno.

2. Dalej:

ZB: Najlepsza wiedza dla trenera to prowadzenie treningu. Wywołanie odpowiedniej atmosfery, zachęcenie dzieciaków. Jeżeli ktoś nie nadaje się do tego zawodu, to choćby skończył najlepszy kurs, nie wykorzysta tej wiedzy. Są tacy, którzy przychodzą tylko po dokument. Zgodzę się z panem, to nasz problem, że na różnych etapach możemy mieć różne kursy trenerskie. Lecz jeśli pan Olkowicz pójdzie na kurs i ma wiedzę oraz chęć rozwoju, to dodatkowo dziś wszystko znajdzie w internecie.
ŁO: To po co jest wasz kurs?
ZB: A po co panu prawo jazdy? Żeby w życiu coś działało, trzeba mieć kursy. A nasze z roku na rok są dużo lepsze.
ŁO: Zapytam jak Kazimierz Górski. Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?
ZB: A kto powiedział, że jest dobrze?
ŁO: Pan.
ZB: Nie powiedziałem.

Powyższy fragment to poniekąd kontynuacja wątku na temat rzekomo identycznych kursów przyklepywanych przez UEFA w Polsce co we Włoszech, Niemczech czy w Hiszpanii. Można to zrozumieć w taki sposób, że pod względem nauczania szkoleniowców jesteśmy na tym samym poziomie co powyższe kraje, a to oczywiście kompletna bzdura. Idąc więc za myślą Kazimierza Górskiego również na boisku powinniśmy prezentować zbliżony poziom. Po lekturze wywiadu nadal jednak nie wiem czy rzeczywiście im dorównujemy (heh), czy jednak nie.

Kilka pytań dalej Zbigniew Boniek argumentuje bowiem, iż w polskim futbolu piłkarzy szkolimy bardzo dobrze, ponieważ raz w kategorii U21 pokonaliśmy Portugalię.

ZB: Niedawno nasza reprezentacja U-21 ograła Portugalię. Na jej terenie. Widzi pan...
ŁO: Jak mamy się tak licytować, to ich pierwsza reprezentacja z nami wygrała, podobnie jak U-20.
ZB: Ale z kim?
ŁO: Na przykład w Lidze Narodów w Chorzowie.
ZB: Ale u siebie ledwo zremisowała, w ostatnich dziesięciu minutach miała gorąco… A nam remis też dawał losowanie z pierwszego koszyka.

Faktycznie, nie powiedział, że jest tak dobrze… Wcaaaale. Skąd zatem przekonanie, że naszym futbolem jest przezajebiście, jeżeli jedynym punktem odniesienia stał się JEDEN dwumecz? Zresztą, nieco później Łukasz Olkowicz doskonale odbił tę piłeczkę, poszła nie do obrony: „Wie pan co jest istotne w szkoleniu? Powtarzalność”.

3. Prezes jednak znów odwracał kota ogonem:

ZB: Czy jeśli nasza reprezentacja wygra mistrzostwo Europy, to będzie znaczyło, że lepiej szkolimy? Błaszczykowski strzeliłby Portugalii z karnego, wygralibyśmy z nimi, pokonali Walię i bylibyśmy w finale. I mówilibyście, że mamy lepsze szkolenie.

Zaraz zaraz. Przecież chwilę wcześniej to on powoływał się na wyrywkowy wynik jako przykład dobrego szkolenia, a nie dziennikarz. O co tu chodzi?

4. Podobnie absurdalny jest zresztą także fragment dotyczący wprowadzenia przepisu o obowiązkowej grze młodzieżowca w Ekstraklasie od przyszłego sezonu:

ŁO: Dlaczego najpierw wprowadziliście przepis o młodzieżowcu dla rocznika 1999, a później przesunęliście granicę o rok?
ZB: Z prostej przyczyny. Potrafimy analizować, dyskutować. I jak widzimy, że można coś ulepszyć, robimy to.
ŁO: Nie lepiej wcześniej zapytać kluby? Zmieniliście przepis dopiero po ich buncie.
ZB: Pierwsze słyszę, żeby ktoś się buntował. Kluby są od tego, żeby grać, a nie dyskutować na każdy temat.
ŁO: Nie zmieniliście zdania pod ich wpływem?
ZB: Absolutnie. W związku mamy Komisję Techniczną, mądrych trenerów. To nie jest tak, że w PZPN siedzą – jak to się mówi – ,,leśne dziadki” dbające tylko o PR. Nie dbamy o to i robimy konkretne rzeczy. Rozmawialiśmy z trenerami, a oni powiedzieli: „Może dojść do sytuacji, że zawodnicy z U-21 nie będą grać”. A chodziło o rocznik, który zagra w kolejnych eliminacjach. Stworzyliśmy rywalizacje między I ligą a ekstraklasą o młodzieżowca, ale dodaliśmy coś więcej. Może będzie lepiej. Ci wyróżniający się mają status młodzieżowca o rok dłużej, żeby było jasne. Wszyscy najzdolniejsi z rocznika 1998 mogą pójść do ekstraklasy.
ŁO: Nadal nie rozumiem, dlaczego nie mogliście tak od razu. Wprowadziliście przepis, a później się naradziliście i go zmieniliście.
ZB: Myśleliśmy i zmieniliśmy. Jak słyszę, że jakieś akademie czy kluby wymuszają, to nic takiego nie było. My się klubom nie wtrącamy do ich polityki w ESA.
ŁO: Nakaz gry młodzieżowca wprowadziliście.

Rozumiecie? Nie mamy wpływu na szkolenie, ale tworzymy taki oto system jak powyższy (+CLJ, PJS i inne), jednocześnie wpływając na szkolenie. Nie wtrącamy się do polityki klubów Ekstraklasy, ale wprowadzając przepis o młodzieżowcu odgórnie wpływamy na ich działania transferowe, a także na kształt rynku wewnątrzkrajowego. Nie zmieniliśmy zdania pod wpływem buntu trenerów, ale rozmawialiśmy z trenerami i po przedstawieniu przez nich poszczególnych racji wprowadziliśmy korektę do przepisów.

Przecież tu się nic nie trzyma kupy!

***

Wątek portugalski też zresztą jest bardzo ciekawy.

ZB: Już mieliśmy jednego portugalskiego trenera w Legii. Od rana do wieczora się z niego nabijaliście.
ŁO: Kto „wy”?
ZB: Wielu przedstawicieli medialnego światka, między innymi Przeglądu Sportowego, Weszło... Czytałem dziesiątki komentarzy pańskich kolegów.
ŁO: To ich komentarze.
ZB: Ja się z niego nie nabijałem jako Zbigniew Boniek, nie zdarzyło mi się o nim powiedzieć złego słowa, ale wy „darliście z niego łacha”. Z przedstawiciela portugalskich trenerów.
ŁO: I z pracy jednego mamy wyciągać wnioski? W tym sezonie pięciu portugalskich szkoleniowców prowadziło zespoły w Lidze Mistrzów.
ZB: No i co z tego? Jak może tam pracować polski trener, skoro nasze kluby nie grają w Lidze Mistrzów. A oni mają Benficę, Porto...
ŁO: Trzech prowadziło kluby spoza Portugalii.

Czyli co, za wszystkie dziwactwa – a było ich od jasnej cholery – mieliśmy chwalić Sa Pinto, zamiast go piętnować? Albo dawać milczące przyzwolenie na prowadzenie drużyny według metod totalitarnych? No tak, to by było na pewno świetne podejście. Do tego prezes chyba uważa, że skoro jeden przedstawiciel portugalskiej myśli szkoleniowej jest wariatem, to cała reszta też pozostaje obłąkana. A przypomnijmy, mówimy o Jose Mourinho, Andre Villasu-Boasie, Fernando Santosie, Maro Silvie, Nuno Espirito Santo, Carlosie Queirozie, Sergio Conceicao, Jorge Jesusie, Leonardo Jardimie...

Dodatkowo – jak w Lidze Mistrzów ma pracować polski trener, skoro nie mamy drużyn w Lidze Mistrzów? A no nie może. Dlaczego nie mamy drużyn w Lidze Mistrzów? Bo w 95% szkolimy piłkarzy, którym potem przeszkadza piłka u nogi, chociaż w nią grają. I koło się zamyka.

***

ŁO: Z czego to wynika, że nasi piłkarze odstają wyszkoleniem technicznym?
ZB: Zieliński technicznie nie odstaje.

Jeden wyjątek od reguły cechującej setki piłkarzy. Może jeszcze kilka znajdziemy. Problem leży jednak w tym, że proporcje powinny być odwrotne. To nie doskonały technicznie Zieliński powinien być odstępstwem od normy, a na przykład dość surowy w tym aspekcie Bartosz Kwiecień. A jednak to Kwietnie stanowią zdecydowaną większość rodzimego piłkarstwa.

Niestety prezes PZPN zdaje się lekceważyć to zjawisko. Nie widzi go, lub nie chce widzieć.

ZB: Czego brakuje naszym piłkarzom?
ŁO: Rozumienia gry.
ZB: Czego?
ŁO: Nie rozumieją gry. Mówił mi o tym Bartłomiej Pawłowski po powrocie z Hiszpanii. Wydarzenia na boisku dzieją się dla nich za szybko, nie nadążają z przetwarzaniem ich.
ZB: Naszym piłkarzom brakuje siły, szybkości, wytrzymałości, gibkości, nie mają pewności w przyjęciu piłki.
ŁO: A mnie się wydaje, że mamy w Polsce obsesję na punkcie przygotowania motorycznego.
ZB: Pan myśli, że nasi piłkarze motorycznie tak dobrze wyglądają, że cały świat może nam tego zazdrościć? Nie sądzę. Po kilku meczach mówią, że są zmęczeni.
ŁO: Mnie zastanawia, czy dobrze rozkładamy akcenty w szkoleniu. Zamiast poświęcać ten czas na grę w piłkę, skupiamy się na przygotowaniu fizycznym.

Okej, pół punktu dla Bońka za aspekt fizyczny, ale tylko pół. Zdecydowanie bliżsi prawdy nadal są bowiem właśnie Pawłowski czy Urban oraz wszyscy ludzie, którzy podnoszą argumenty mniej więcej z podobnej sfery. Polski piłkarz nie biega zbyt wolno, lecz myśli zbyt wolno, stąd największa różnica. Dlaczego Cabrera to jeden z najlepszych napastników w Ekstraklasie? Ponieważ jest inteligentny. Nie ma szybkości Aubameyanga, techniki Neymara ani siły Ibrahimovicia. Zamiast tego posiada zmysł przestrzenny. Myśli.

W tym względzie wystarczyło popatrzeć w paru meczach także na Tomasza Podstawskiego, wychowanka FC Porto. Ten chłopak w większości spotkań zdaje się wyprzedać swoich boiskowych partnerów o jedno/dwa zagrania do przodu. Zresztą, rozmawialiśmy z nim jakiś czas temu między innymi o tym z czego wynika ta różnica:

TP: Ważną rolę odgrywa gra w małych grupach, na małych przestrzeniach. Dzięki temu częściej masz kontakt z piłką. Mnóstwo czasu poświęca się na grę na jeden lub dwa kontakty. Futbolówka musi ciągle być w ruchu, a nie leżeć przy nodze. W ten sposób uczysz się jak najszybszej gry na małej przestrzeni. Kiedy ćwiczysz coś codziennie, to potem robisz różne rzeczy automatycznie, bez zastanowienia. Dokonujesz dobrego wyboru boiskowego bez zbędnego myślenia o nim. Widzę różnice między Portugalią a Polską. Tutaj częściej bywa tak, że po 70. minucie, gdy zawodnicy są już zmęczeni, gra się na zasadzie... pięciu broni, pięciu atakuje. W środku pola robi się duża dziura i albo zagrywa się długie podania, albo holuje piłkę przez kilkadziesiąt metrów. Czym więcej masz miejsca, tym więcej czasu otrzymujesz do namyślenia się, co niekoniecznie dobrze wpływa na twoją decyzyjność.

Jeszcze wcześniej w tym samym temacie maglowałem Kibu Vicuñę. Jasne, nie poszło mu w Wiśle Płock, ale za Chiny ludowe nie przekonacie mnie, że w ogólnym rozrachunku Hiszpan nie ma racji.

KV: Co mogę powiedzieć, to że powinno się wykonywać jak najwięcej ćwiczeń z przeciwnikiem, a nie z pachołkami i murkiem treningowym. Ten sport tak naprawdę polega na podejmowaniu decyzji. W meczu robisz to non stop. Musisz analizować: "Ja mam piłkę tu, przeciwnik jest tam, mój kolega stoi w tym miejscu... Aha, takie zagranie będzie najlepsze". No ale czasu masz mało, decyzje musisz podejmować szybko, a ta presja czasu sprawia, że ryzyko pomyłki jest większe. Wiesz jak trenują w Hiszpanii? Praktycznie każde ćwiczenie wykonujesz zespołowo - masz partnerów i zespół rywali. Gracie na małe bramki, musisz kombinować jak ich przechytrzyć. Ważna jest przewaga liczebna lub patrząc z drugiej strony umiejętność podjęcia decyzji, gdy to przeciwników jest więcej. Co innego się nauczyć techniki kolektywnej - ok, ja podam do ciebie, ty do niego i tak dalej. Ale co zrobisz w sytuacji sam na sam? W ogóle ja samą technikę rozumiem nieco inaczej niż powszechnie. Technika oznacza umiejętność dokonania najlepszego wyboru w danej sytuacji - zagrania do najlepszego zawodnika, w odpowiednim tempie, na dobrej wysokości, przy właściwej rotacji... Zawszę podaję przykład Xabiego Prieto, on był w tym doskonały. Fajnie to można rozróżnić w języku angielskim: "technical player" albo "skillful player".
MB: "Skillful" to pewnie ktoś w rodzaju Ronaldinho.
KV: Tak! A doskonały technicznie w tym drugim znaczeniu był na przykład Walerij Karpin. Albo Joaquin... Wracając, jeśli umiesz podjąć właściwą decyzję, wybrać od razu najlepszą opcję z dostępnych, to tym samym łatwiej dograsz koledze w odpowiednie miejsce, w odpowiednim czasie. A on tylko, pyk, dołoży nogę i już. No i odwrotnie - dobre panowanie nad piłką pozwoli ci dokładniej zrealizować ten wybór. Bo kiedy ćwiczysz te rzeczy bez przeciwnika, nauczenie się różnych rzeczy na wysokim poziomie nie będzie możliwe, ponieważ ćwicząc samemu nie jesteś zmuszony do podjęcia wyboru.
MB: Domyślam się, że taki sposób trenowania funkcjonuje w Hiszpanii już na poziomie futbolu dziecięcego.
KV: Jasne, najprostszy przykład to Barcelona. Iniesta i Xavi od małego mieli wpajane jak powinni się zachowywać. Spójrz jak się ustawiali bez piłki, przed jej przyjęciem, względem bramki przeciwnika. Zawsze tak (Kibu staje bokiem). Nigdy tak (odwraca się tyłem do kierunku bramki). To jest detal, ale baaaardzo ważny. Dzięki temu, że przez wiele lat ćwiczyli to już od dziecka, później nawet się nie zastanawiali tylko tak robili.

Moim zdaniem wszystko powyższe ciekawie koresponduje też ze słowami Mariusza Stępińskiego, de facto z wywiadu z Łukaszem Olkowiczem:

MS: Wie pan, co mi się rzuca w oczy u nas? Że wszystko jest odwrotnie.
ŁO: Co ma pan na myśli?
MS: U nas najważniejsze jest odżywianie, psycholog, dobry hotel. I jeszcze żeby piłkarze nie używali telefonów w szatni i nie spóźniali się na zbiórkę.
ŁO: No tak. To źle?
MS: Mam wrażenie, że w tym wszystkim zapominamy o... treningu. Jedzenie czy psycholog stało się ważniejsze niż boisko. Trening stał się dodatkiem. Proszę mi wierzyć, za granicą nie jest tak, że ci piłkarze nieustannie myślą o zdrowym odżywianiu. We Francji na podwieczorku przed meczem było mleko z chrupkami albo jedli taką bagietkę (Stępiński pokazuje dłońmi jakieś 20 centymetrów). A później grali mecz i zasuwali, aż miło było popatrzeć. A przecież nie powinni, bo tego, co mieli na talerzu nie znajdziemy w żadnym poradniku o dietetycznym odżywianiu. Niech pan mi to wytłumaczy.
ŁO: Wagarowali na spotkaniu z dietetykiem.
MS: Ale jak wychodzą na trening, to aż się pali. Nie ma przebacz. Każdy trening na 110 procent, schodzisz z niego zmęczony. Trener potrafi wytworzyć taką presję, że musisz być cały czas gotowy, ciągle skoncentrowany. Nie można przysnąć na chwilę. I mam wrażenie, że gdzieś tutaj... Oczywiście, w Polsce chcemy być lepsi, brać wzorce z Zachodu, tylko robimy to trochę na opak.
ŁO: To, co piłkarz robi poza boiskiem, we Francji czy Włoszech nikogo nie obchodzi?
MS: Nie no, trzeba to wypośrodkować, żeby nie przeginać. Ale tam nikt nie ma problemu, jeżeli w środku tygodnia wyjdziesz na kolację z pizzą i jednym piwem. Wierzy się w świadomość zawodników. Każdy wie, że jutro jest trening. A gdyby ktoś w Polsce zobaczył drużynę trzy dni przed meczem na pizzy i piwie, to niech pan mi powie, co by było?
ŁO: Rozpierducha.

Z tej części wywodu wynikają dwa wnioski. Nie ma żadnego przypadku w tym, iż złą kolejność priorytetów w szkoleniu oraz różnicę (na niekorzyść) w metodologii wskazują nam ludzie, którzy liznęli/wychowali się w futbolu zagranicznym, stojącym na dużo lepszym poziomie niż rodzimy. Podstawski mówił o Portugalii, Pawłowski, Urban i Kibu o Hiszpanii, Stępiński zaś ma już doświadczenia z Niemiec, Francji oraz Włoch. Same najmocniejsze piłkarsko nacje w Europie. Przypadek? Nie sądzę.

I tu dochodzimy zresztą do drugiej kwestii – o podobnych rzeczach zaczyna wspominać tyle niezależnych od siebie osób, które swe poglądy ukształtowało w różnych zakątkach Starego Kontynentu, więc rolę przypadku powinniśmy wykluczyć. Natomiast prawdopodobieństwo tego, iż właśnie oni mają rację przyjąć z pokorą i zastanowić się nad tym.

***

Ja zastanawiam się jednak, czy nie wymagam zbyt wiele od człowieka, który w takich kwestiach kontruje szyderką.

ZB: Jeżeli pan uważa, że portugalski trener jest taki dobry, to dlaczego polskie kluby nie wezmą sobie ich szesnastu?

To na przykład reakcja na sugestie redaktora Olkowicza, co do tego, że tamtejsi szkoleniowcy są znacznie lepiej wyedukowani. A dlaczego nie weźmiemy szesnastu? Z tego samego powodu, dla którego najlepsi kucharze nie pracują w McDonald’s, najlepsi aktorzy nie grają w Trudnych Sprawach, najlepsi handlowcy nie stoją za ladą w pobliskim warzywniaku. Ponadto liczba tych „najlepszych” jest ograniczona, nie produkuje się ich taśmowo.

Kolejny przykład:

ŁO: Dlaczego nie szkolimy tak jak w Hiszpanii, Belgii czy Chorwacji?
ZB: A kto panu tak powiedział?
ŁO: Widać po wynikach.
ZB: Jakich?
(…)
ŁO: Uważa pan, że uczymy na poziomie tych najlepszych na świecie?
ZB: Portugalczycy mają inną rzeczywistość, inne społeczeństwo, inny klimat. Życie jest na niższym poziomie, dzieci wracają ze szkoły i organizują sobie resztę dnia. Dzięki klimatowi przez rok mogą być na otwartym terenie. My przeszliśmy transformację mediów społecznościowych, nasze dzieci są inaczej wychowywane.

Myślę, że tu widać wielkie bagatelizowanie problemu, o którym stara się rozmawiać autor wywiadu. Jakkolwiek spojrzeć, pan Boniek sprowadził różnicę w szkoleniu do aspektów takich jak klimat wynikający z geografii czy większej biedy, pomijając zupełnie aspekt merytoryczny tamtejszego (portugalskiego) sposobu trenowania młodych piłkarzy. Uważam to za wysokich lotów ignorancję. Tym bardziej, że za chwilę prezes wykorzystał argument dotyczący tego, ile czasu dzieci spędzają w wirtualnym świecie. Zupełnie jakby ten kłopot występował wyłącznie w Polsce. No bo przecież w Belgii, Chorwacji czy Portugalii nie ma internetu, a ludzie zamiast na Messengerze czatują za pomocą gołębi pocztowych.

Albo absolutny hit:

ZB: Uważam, że gdyby Probierz prowadził Bayern, to nie przegrałby z Liverpoolem.

Tak sobie myślę… Skoro pan Boniek tyle narzeka na spędzanie czasu młodzieży z nosami w telefonach czy laptopach, to może sam wyłączy Football Managera? Może wtedy słuchałby jakie argumenty wobec polskiego szkolenia wysuwają dziennikarze, trenerzy a nawet rodzice wobec? Na razie nie słucha, a zaledwie słyszy. To ogromna różnica.

***

Uff, jakoś dobrnęliśmy do końca, chociaż pewnie i tak pominąłem jeszcze z 10 wątków, które warto byłoby wypunktować równie szczegółowo, a umknęły mi przez deadline.

Nie wiem jakie jest wasze wrażenie po przeczytaniu tego wszystkiego – samego wywiadu i mojego wywodu – ale mi nasuwa się jedna myśl. Zbigniew Boniek, prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej brzmi jak ktoś, kto nie ma pojęcia o tym, co dzieje się w naszym futbolu. Czyli de facto w branży, sferze, dyscyplinie sportu, którą zarządza. Tu jeszcze jeden dowód:

 

 

 

Aż chciałoby się napisać, że za chwilę dojdziemy do momentu, w którym w kontekście prezesa będzie można swobodnie parafrazować Andrzeja Twarowskiego – przestańmy udawać, iż to co mówi Zbigniew Boniek ma jakiekolwiek znaczenie. Niestety jednak właśnie ma ze względu na zajmowaną przez niego funkcję oraz magię własnego nazwiska. I to działa na ludzi, nawet jeśli 90% tego co mówi to tani populizm, demagogia lub – jak kto woli – po prostu bzdury.

Tylko czy w ogóle ktokolwiek powinien być zdziwiony zaistniałym cyrkiem? Nie wydaje mi się, co potwierdził w rozmowie z redaktorem Olkowiczem sam prezes: „Ja z panem dyskutuję”.

A co by było, gdyby zamiast wiecznego wchodzenia w polemikę bohater tego tekstu zechciał również pomyśleć nad słusznością argumentów drugiej strony? Chociaż nie wydaje mi się to możliwe, ponieważ pan Boniek w dyskusji chwyta się erystycznych, ofensywnych sztuczek. Jak ten: „ci, którzy pana nastawiają...” Żenujące, podobnie co uznanie, iż pozjadało się wszystkie rozumy, podczas wcale nie posiada się monopolu na prawdę.

Nie wyjdziemy z tego impasu, dopóki sam prezes nie zrozumie, że cała podejmowana dyskusja na temat szkolenia nie jest atakiem na niego. Nie z tego powodu niektórzy dziennikarze sportowi tak mocno drążą temat, by mu dowalić. Raz, że sam pan Boniek nie jest pępkiem naszego futbolowego świata, choć chyba za taki się uważa. Dwa – nam, przedstawicielom mediów także zależy na rozwoju rodzimej piłki i właśnie z troski o nią poruszamy także te trudne tematy dotyczące wielu niedociągnięć w systemie i procesie szkolenia naszych juniorów. 

Tylko żeby wynikło z tego cokolwiek konstruktywnego, prezes PZPN musi zmienić narrację. Jak na ironię bowiem jest tym, który sprawia, że piłka zaczyna nas dzielić, zamiast łączyć. A skoro tak, to bardziej niż prześwietlenie przydałaby mu się chyba cisza medialna.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się