var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: archiwum prywatne autora

Reportaż 2x45: „Nadeszła wiosna i lepsze czasy, ŁKS wraca do Ekstraklasy”. I wydaje się być na nią gotowy

Autor: Mariusz Bielski
2019-04-28 17:33:39

Jest kilka popularniejszych ełkaesiackich przyśpiewek niż „dzisiaj w Łodzi święto jest, mecz rozgrywa ŁKS”. Bez wątpienia jednak to właśnie ta najlepiej oddawała wczorajszą atmosferę przy okazji starcia Rycerzy Wiosny z Rakowem.

Jeśli chodzi o kwestie kibicowskie, niewiele zmienił fakt wywalczenia awansu przez częstochowian już w poprzedniej kolejce. Byliśmy bowiem świadkami kolejnego odcinka z cyklu „bilety do piątku”, czyli mobilizacyjnej akcji mającej na celu jak najszybsze wyprzedanie wszystkich wejściówek. Udało się z Puszczą, udało się z Sandecją, wcześniej też na poszczególne starcia przybywały tłumy. Ale że tym razem do zachodniej części miasta miał zawitać lider pierwszej ligi, hasło powinno brzmieć raczej: „bilety do czwartku”.

Generalnie kto się zawahał, temu albo zostały ochłapy z pierwszych rzędów, albo nie zdążył w ogóle. Wariackie tempo, skoro sprzedaż ruszyła we wtorek o 12, a kilkanaście minut później zeszło 400 biletów. Cały sektor VIP zszedł ponoć w 20 minut. Jeśli komuś się nudziło, mógł usiąść przed kompem, odświeżać stronę co parę sekund, a licznik tykał bez przerwy. Aż w końcu w czwartek po 14…

 

 

 

Wiadomo, wystarczy około 5 000 osób, aby wypełnić trybunę, więc nie jest to wynik aż tak imponujący, jak mógłby być, gdyby obiekt składał się z więcej niż jednej części. A i tak bywało, że ŁKS miał na przykład 5. lub 7. najlepszą frekwencję w całym kraju. W skali makro – wstyd jak cholera, wszak mówimy o kraju posiadającym 38 milionów mieszkańców. W skali mikro – wyczyn, ponieważ pokazuje mobilizację fanów wokół klubu. A skoro tak, to argumenty stojące za przyśpiewkami typu  „chcemy stadionu dla dumy tego regionu” w kierunku prezydent miasta, Hanny Zdanowskiej, nabierają mnóstwo mocy.

***

Z trzeciej strony nie ma się co dziwić, że w zaistniałej sytuacji szybciej niż stadion rośnie... strefa kibica tuż pod nim. Gdy wystartowała kilka spotkań temu, składała się z kilku wagonów z żarełkiem i piwem, paru ławek pod parasolami i tyle. Wczoraj postanowiliśmy się tam wybrać, by sprawdzić, jak bardzo została powiększona, ponieważ zapowiadano to parę dni przed meczem. No i naprawdę można być pod wrażeniem:

Nieźle, tym bardziej skoro aura wcale nie sprzyjała. 13 stopni, chmury, prognozowano przelotne opady deszczu. No nie jest to pogoda, przy której człowiek myśli „nie ma się co kisić, lepiej posiedzieć na powietrzu przy browarku”.

A jednak siedzieli, chociaż jeden ze starszych fanów zauważył celnie: – Dobrze by było, gdyby w którymś miejscu nowej trybuny powstał pub. Teraz jest w porządku, ale późną jesienią czy zimą byłyby pustki. Za to w lokalu na pewno zawsze byłby duży ruch – mówił. Trudno mu nie przyznać racji. Jak fajnie potrafią się bawić ludzie tuż przed spotkaniami swoich drużyn doskonale pokazuje Anglia. Jasne, nigdy nie przeszczepimy ich mentalności w skali 1 do 1, lecz i w tym aspekcie istnieje pewien potencjał do wykorzystania.

Ale żeby nie było – nie tylko piwosze oraz miłośnicy grilla mieli zapewnione atrakcje. W sektorze utworzonym nieopodal przez bukmachera sponsorującego ŁKS szalały dzieciaki. Nic tak nie nakręca młodych jak konkursy, więc była i konkurencja rodem z turbokozaka, by trafić piłką w odsłonięty okrąg, i zawody w żonglerce, i możliwość pogrania w piłkarzyki czy fifę razem z Arturem Boguszem oraz Rafałem Kujawą, którzy akurat nie mogli wystąpić w spotkaniu z Rakowem. Chociaż ten drugi chyba musiał w pewnym momencie zepsuć niezłą akcję, skoro jeden z chłopaczków w pewnej chwili bezceremonialnie odgonił go od stołu.

W ogóle nie zdziwilibyśmy się, gdyby napastnik ŁKS-u zakończył dziś dzień bardziej styrany, niż po rozegraniu meczu. Facet był po prostu rozchwytywany przez całe 1,5 godziny. Co chwilę trzeba było dać autograf, zrobić przybić sobie z kimś piątkę, zrobić fotkę, pogadać z dzieciakami.

To jednak najlepiej świadczy o tym, że aktualnie ludzie różnych pokoleń identyfikują się już nie tylko z samym klubem, ale i poszczególnymi członkami zespołu. Co warto podkreślić, ponieważ wcześniej nie było to w ŁKS-ie takie oczywiste.

Co pół roku wymieniano większość kadry. Nie zdążyłeś spamiętać wszystkich nazwisk, a już ktoś zdążył odejść. Teraz natomiast ŁKS-owi zdarzało się wyjść na mecz z pięcioma ludźmi w składzie, którzy wychowali się na okolicznych osiedlach. Tych samych, gdzie żyją ich dzisiejsi fani. Zawodnicy patrzą na trybuny i widzą na nich znajome twarze. Identyfikowanie się z takim zespołem przychodzi naturalnie – mówi Jakub Olkiewicz, redaktor naczelny Weszło, a prywatnie wielki fan klubu z al. Unii.

O tę samą kwestię podpytujemy też Łukasza Adamskiego, wychowanka, dawnego piłkarza ŁKS-u, a dziś felietonistę „Nasza eŁKSa” i po prostu kibica Rycerzy Wiosny.

– Co sprawia, że z tym ŁKS-em można się tak łatwo utożsamiać?
– Po pierwsze gra nie tylko efektywnie, ale i atrakcyjnie. Chcesz obejrzeć w Polsce dobrą piłkę, to przyjedź na al. Unii 2. Po drugie, najważniejsze, trzon zespołu tworzą zawodnicy pochodzący z tego miasta lub okolic. Autentycznie jestem dumny, że klub w ten sposób prowadzi politykę kadrową. Mamy przykłady Michała Kołby, Janka Sobocińskiego... Albo Rafał Kujawa – mój kolega z drużyny, z którym na początku przygody z piłką graliśmy jeszcze w czwartoligowych rezerwach. Piękny powrót po wielu wojażach w całej Polsce, ale gdzie mu będzie lepiej niż przy al. Unii? Ach, łzy człowiekowi napływają do oczu, tak jestem z nich dumny. Każdy kto kiedyś trenował piłkę, albo jak robią to teraz dzieci w akademii, marzy aby stać się częścią takiej historii.

W rozmowach kibice posługują się określeniem „nasi” i robią to w możliwie najczystszym, najdokładniejszym tego słowa znaczeniu. Takie rzeczy jak wyżej wspomniane przez naszych rozmówców bez wątpienia napędzają koniunkturę wokół klubu.

MB: Można powiedzieć, że w Łodzi wróciła moda na ŁKS?
JO:
Wydaje mi się, iż nigdy nie było takiego momentu bez mody na ŁKS. Nie da się natomiast ukryć, że część kibiców była jakby uśpiona. Dawniej zniechęcały chociażby warunki infrastrukturalna, wieczne kłopoty z zamykaniem sektorów, to trwało latami. Generalnie jednak licząc od drugiego sezonu spędzonego w III lidze raczej nie ma na co narzekać. Nie zaszła jakaś wielce drastyczna zmiana. Komplety nie pojawiły się nagle, wszak jeszcze w III lidze ludzie stawiali się licznie na trybunie. Na pewno jednak ŁKS jest teraz klubem, który bardziej przyciąga fanów ogólnie piłki nożnej. Dochodzą do mnie głosy z innych miast typu "Tę drużynę naprawdę chce się oglądać!"

ŁA: Mam nadzieję, że to nie jest moda, nie chciałbym tego tak nazywać. Z definicji moda to w końcu coś, co przemija. Zdaję sobie jednak sprawę, iż możemy tak kategoryzować. Idealna sytuacja? Gdyby moda przerodziła się w codzienność. Dzisiaj trudno jest przyciągnąć kogoś nowego na mecz, bo też człowiek ma mnóstwo rozrywek do wyboru.

Oczywiście i takie przypadki się zdarzają. Marcin zaczął chodzić na mecze od niedawna, więc postanowiliśmy zapytać go wprost – dlaczego?

– W zasadzie od małego byłem ciekaw fenomenu ŁKS-u. To zostało podyktowane faktem, że wychowałem się na osiedlu mocno związanym z tym klubem. Natomiast nikt z rodziny nie interesował się piłką, więc jakoś nie było okazji, aby przesiąknąć kibicowsko i regularnie odwiedzać stadion. Śledziło się wyniki, lecz bez większej wczutki. Aż do niedawna, gdy za namową znajomych postanowiłem wreszcie nadrobić zaległości z młodości.

– Okej, wiemy już czemu trafiłeś na al. Unii 2, ale powiedz jeszcze czemu zostałeś?
– Pomimo niekompletnego stadionu ogromne wrażenie wywarła na mnie atmosfera i pogłos jaki niesie się, gdy 5 tysięcy fanów potrafi ryknąć wspólnie, by dopingować drużynę. Poczucie przynależność do tak ogromnej i entuzjastycznej wspólnoty sprawiło, że postanowiłem wpadać na mecze częściej. No i cóż, sama gra ŁKS-u jest na tyle ładna, że człowiek nie męczy oczu.

– Gdybyś teraz to ty miał namówić kogoś, żeby zaczął chodzić na mecze ŁKS-u, to jak byś to zrobił?
– Powiedziałbym, że możesz na 2 godziny wyłączyć się ze świata i przeżywać tylko to, co dzieje się na murawie i trybunach. Jeśli masz ochotę się wykrzyczeć w dopingu, rozładować stres w fajny sposób, to wbijaj na stadion. Dobrego spektaklu na boisku nie brakuje, więc zastrzyk endorfin jest mocny.

***

W sumie jest to całkiem świeże spojrzenie w dobie tego, gdy większość fanów ŁKS-u wspominałaby raczej o wartościach takich jak wierność wobec klubu, czy kontynuacja rodzinnych tradycji jako coś, co przyciąga ich na mecze. Natomiast trzeba przyznać, że faktycznie Rycerze Wiosny swoją postawą w ostatnich tygodniach potrafili zrobić niezłe show. Show, które przyciąga uwagę nawet w detalach. Sami o tym kiedyś pisaliśmy: „Weźmy pod lupę trzeciego gola z Garbarnią – rozpoczął się od wrzutu z autu, lecz nie a’la Rory Delap. Piłkę rozegrano krótko, podano ją 8 razy, zanim trafiła pod nogi Rafała Kujawy i zaraz potem do siatki. Taka kultura jest rzadko widywana nawet w Ekstraklasie”.

W porządku, macie rację, Garbarnia to nie jest przeciwnik typu ostatni boss w grze i to w ultratrudnym trybie gry. No ale potem przecież w czapkę dostawali:

1.    Stal Mielec (1:0)
2.    Warta Poznań (3:0)
3.    Podbeskidzie (3:0)
4.    Bytovia (2:0)
5.    GKS Tychy (2:0)
6.    Sandecja (2:0)

W międzyczasie trafiły się jeszcze przegrana z Puszczą (0:1) oraz remis z Wigrami (1:1), ale to nadal daje nam bilans 7-1-1 i rezultat bramkowy 17-2. Jeśli jednak ktoś z Was, drodzy Czytelnicy, nie jest wrażliwy na piękno matematyki, wspomnieć należy w jaki sposób padały niektóre bramki. Pamiętacie podanie Daniego Ramireza do Bryły i jego obieg wokół bramkarza Podbeskidzia? Rogaliki Kujawy i Kalinkowskiego z tą samą drużyną? Petardę odpaloną przez Bielaka z Wartą? Albo szaleńczy pressing Bryły, dzięki któremu  gole puszczały GKS Tychy i Sandecja? Można długo tak wymieniać.

Mając to wszystko w pamięci byliśmy ciekawi jak właściwie podchodzą kibice do meczu z Rakowem. Co prawda częstochowianie już w poprzedniej kolejce zaklepali sobie awans do Ekstraklasy, ale mimo tego Marek Papszun postanowił wystawić możliwy najmocniejszy skład, więc w teorii jakiekolwiek odpuszczenie nie wchodziło w grę. – Jedziemy do Łodzi, by wygrać. Jak na liderów przystało – deklarował Tomas Petrasek, kapitan Rakowa. Liderów z 9-punktową przewagą, przynajmniej na tamten moment.

Łapiemy zatem kolejnego kibica. – Gdyby oni stracili punkty w poprzednim meczu, a ten z ŁKS-em miałby definitywnie decydować o ich promocji do Ekstraklasy, to pewnie czułbym większy niepokój. Teraz za to nie powinniśmy mieć problemy, żeby ich sobie podporządkować. Nie chcę niczego przesądzać, ale raczej nie będę dziś obgryzał paznokci z nerwów.

Szacunek za awans, ale to nie znaczy, że musimy się ich bać. Daj spokój, nie wciskajmy sobie żadnych kompleksów – stwierdził inny. A nasi wcześniejsi eksperci?

ŁA: Im bardziej analitycznie spojrzy się na grę drużyny Kazimierza Moskala, tym większa jest pewność. Muszę się przyznać, że po kilku meczach w rudzie wiosennej rzuciłem do kumpli: "Panowie, róbcie screeny, ale ŁKS nie przegra do końca tego sezonu". Ironia losu jest jednak wredna, bo tydzień później przyjechała do nas Puszcza Niepołomice i moja teza została obalona (śmiech). Ale tak jak mówił trener, to porażka to nie był jakiś wielki babol. ŁKS grał swoje, lecz zawsze brakowało dokładności w różnych detalach. Więcej w tym było pecha niż braku jakości. Że nie ma mowy o żadnym kryzysie pokazały z kolei wyniki kolejnych meczów z Tychami i Sandecją. Reasumując zatem – owszem, jako kibic ŁKS-u czuję się pewnie w kontekście jego wyników. Nie boję się żadnego przeciwnika. Patrz, nawet remis z Wigrami rozpatrywałbym pozytywnie, skoro udało się doprowadzić do niego w samej końcówce, goniąc wynik.

JO: Ja zawsze byłem pesymistą jeśli chodzi o wyniki. Zresztą, nazywam to doświadczeniem, a nie pesymizmem (śmiech). Ale tak, coś się zmienia, skoro nawet ja, na ogół nieprzejednany krytyk i człowiek, który w najbardziej dogodnej sytuacji doszukuje się negatywów, w końcu uwierzyłem w awans. Jeśli ta drużyna we mnie zdołała obudzić optymizm, to co dopiero w ludziach, którzy na co dzień nie są takimi pesymistami?

W końcu udało nam się wyszarpać także chwilę na pogawędkę z Rafałem Kujawą, którego zapytaliśmy o podejście samej drużyny do starcia z Rakowem.

MB: Jak zareagowaliście na te mecze z Puszczą i z Wigrami? Jaka była atmosfera w szatni tuż po nich?
RK:
Nie panikowaliśmy. Każdy zgodnie stwierdził, że wydarzył nam się wypadek przy pracy. Jednorazowy przypadek, po którym i tak mieliśmy pewność, że zaraz wrócimy na właściwe tory i będziemy znowu wygrywać mecze jak z Tychami i Sandecją.

MB: Takie zimne prysznice bywają przydatne?
RK:
Jak najbardziej pozwalają zachować wyższą koncentrację do końca sezonu. Takie jednorazowe strzały sprowadzają cię na ziemię. Budzisz się i wiesz, że nie jesteś nietykalny. Musisz zachować czujność i dalej pracujesz na pełnych obrotach. Raz na jakiś czas to na pewno jest dobre.

MB: Ty dzisiaj co prawda wystąpić nie możesz, ale powiedz czy fakt, iż Raków już zapewnił sobie awans wpłynęło jakoś na wasze przygotowanie do meczu z nim?
RK:
Nie, zdecydowanie nie. Nie traktujemy ich też jakoś specjalnie. Byliśmy skoncentrowani na zajęciach, by wykonać kolejny krok w walce o awans, chcąc wygrać ten mecz. Nasze podejście jest takie, że zawsze chcemy dominować nad rywalem, narzucić mu nasz rytm i styl. Najlepiej, gdy przeciwnik w ogóle nie jest w stanie jakkolwiek się rozpędzi. Gdy pozwolisz rywalowi na zbyt dużo, to złapie wiatr w żagle i może cię zaskoczyć w jakiś sposób. A tak to od samego początku jesteś w stanie panować nad scenariuszem meczu, a do tego cieszyć się piłką, grać kombinacyjnie, co zresztą nam nieźle wychodzi.

MB: To dlaczego ŁKS wygra z Rakowem?
RK:
Bo jest lepszy!

***

Jedno na pewno Rafałowi trzeba oddać – nie kłamał w kwestii koncentracji. W czwartek, w kontekście meczu z Rakowem, chcieliśmy zagaić do Kazimierza Moskala, aczkolwiek trener odmówił rozmówki. – Proszę wybaczyć, ale nie chciałbym się udzielać w mediach przed tym spotkaniem. Liczy się pełne skupienie na meczu – stwierdził.

No i faktycznie, łodzianie mocno przyszpilili drużynę gości. Szczególnie w pierwszej połowie, gdy co jakiś czas rzucali się na rywali ze wściekłym pressingiem, co zresztą przynosiło wymierne korzyści. Gdyby skuteczność nie zaszwankowała, pewnie już w pierwszej połowie byłoby ze 4:0. A dodajmy jeszcze akcję, w której Kasperkiewicz wybił piłkę z linii bramkowej…

Pod względem intensywności ŁKS był na zdecydowanie wyższym levelu. W końcu dwa dość szybko strzelone gole też znacznie ostudziły zapędy podopiecznych Papszuna. Najpierw Bryła z lewej idealnie podał do czekającego tuż przed bramką Sekulskiego, a potem to napastnik rozprowadził kontrę, w której defensywę Rakowa z dziecinną łatwością rozmontowani Dani Ramirez i Łukasz Piątek. Dwa mocne gongi i prawie nokaut.

 

 

 

Przede wszystkim jednak to zwycięstwo ma wymiar symboliczny. Z delikatną poprawką na wywalczony już awans częstochowian, ale i tak nie położyli się przed ŁKS-em. Za to Rycerze Wiosny zyskali jeszcze jeden dowód, że powinni być w stanie rywalizować jak równy z równym z większością ekstraklasowiczów, zwłaszcza jeśli zespół zostanie jeszcze dodatkowo wzmocniony. Ponoć już teraz Krzysztof Przytuła ma wyselekcjonowaną listę około 10 zawodników, którzy mogliby dodać ŁKS-owi jeszcze więcej siły przebicia i pasują do koncepcji Kazimierza Moskala.

Po drugie – utarto nos Arkadiuszowi Kasperkiewiczowi. To, że kiedyś grał w Widzewie jeszcze wszyscy by przeboleli, ale stoper zapadł w pamięć i łodzianom, i kibicom obu ekip ze względu na cieszynkę, jaką popisał się w jesiennym meczu tych drużyn. Po strzeleniu gola ułożył palce w literkę „W” na cześć RTS-u właśnie, za co spłynęła na niego Niagara krytyki. Było to wybitnie prowokacyjne wobec ówczesnych fanów gości. Najbardziej zabawne w tej sytuacji jest jednak to, że kiedy fani ŁKS-u zarzucili wczoraj klasyczne „kto nie skacze ten z Widzewa” hulał też cały sektor Rakowa. Z kolei sam Kasperkiewicz przyjął na siebie niesamowitą porcję gwizdów i flugów. To ciśnienie bez wątpienia miało wpływ na jego boiskową postawę, bo zdarzało mu się gubić koncentrację w prostych sytuacjach. No i przede wszystkim to on zawalił przy obu golach – najpierw nie przypilnował Sekulskiego, a potem krył na radar Łukasza Piątka.

W końcu na boisku pojawił się Jewhen Radionow, bez wątpienia legendarny już napastnik łódzkiej ekipy. Były to dla niego pierwsze minuty od 23. kolejki, ale jakże zasłużone. Oto na murawie, w meczu z liderem pierwszej ligi, gdy ŁKS postawił diabelnie ważny krok w drodze po awans do Ekstraklasy, pojawił się piłkarz, który wcześniej na własnych plecach wyniósł klub z piłkarskich peryferii. Gdyby nie Żenia, nie byłoby Rycerzy Wiosny najpierw w II, a potem w I lidze. Dziś już jego wkład w wyniki jest minimalny, ale i tak facet zasługuje na dozgonne uznanie. Musiało mu się zrobić ciepło na serduszku, gdy 5000 ludzi ryknęło na jego cześć „Żenia, Żenia, Żenia goooooool!!!”

Bez wątpienia kibice mocno dali radę. Jedyne momenty, kiedy można było na chwilę spocząć na krzesełku? Przed pierwszym gwizdkiem i w przerwie. Poza tym jazda na całe gardło przez 90 minut, nie było przebacz. Gdyby endorfiny podawano wczoraj w porcjach na talerzach, te zdecydowanie byłyby w rozmiarze XXXL.

***

Chcąc jednak czy nie, wszystko prędzej czy później sprowadza się do kwestii tego cholernego stadionu. Fajnie jest teraz, jasne, aczkolwiek ani wszyscy chętni na razie się nie mieszczą, ani widok na dworzec i część Starego Polesia nie jest zbyt imponujący. To jest coś, co powraca niczym bumerang. W tej kwestii jeszcze raz oddajmy głos kibicom.

MB: Jak bardzo martwi was przeciągająca się kwestia budowy reszty obiektu? To dość mocna rysa na wizerunku klubu.
Olkiewicz:
Na pewno tak. Spójrzmy na to w jeszcze szerszym kontekście, czyli na potencjalnych sponsorów i inwestorów, którzy nie wejdą do klubu, dopóki nie będzie on posiadał kompletnego obiektu. Co można więcej zrobić, niż przeczekać ten okres? Wiadomo, to nie jest przyjemne, kiedy ludzie wokół wypominają tę jedną trybunę, ale i to można obrócić na korzyść klubu. W tym sensie, że obecna frekwencja i rezultaty sportowe są przekonujące dla miasta, że inwestycja jest potrzebna. Także wizerunkowo, by nie wstydzić się na całą Polskę za obecny obiekt. Mnie na pewno cieszy fakt, że projekt, który ma być realizowany zakłada duże przestrzenie komercyjne, bo wiemy, iż większość polskich stadionów nie jest rentowna i jeszcze długo nie będzie. A tutaj będziemy mieli takie centrum sportowe, jest obok jedna hala, druga, basen w pobliżu, park, dworzec... Przydałoby się jeszcze, aby w tym rejonie pojawił się jakiś pub, jakieś restauracje. Brakuje tego. Sam wielokrotnie miałem ochotę wrzucić coś na ruszt po wizycie na "Fali" (basen), ale nie było gdzie. Liczę więc, że powstanie pełnego stadionu z tak zagospodarowaną przestrzenią pozwoli zaspokoić nawet tak prozaiczne potrzeby ludzi oraz kibiców.

Inny z fanów nie kryje natomiast oburzenia: – Jestem zbulwersowany rozwojem sytuacji. Postawmy się w sytuacji prezesa Salskiego. Facet wykonuje kawał dobrej roboty, powinien być bogiem dla każdego ełkaesiaka za to jak odbudował klub. Ale sam pewnych rzeczy nie przeskoczy. Dlaczego wszystkie łódzkie sekcje sportowe mogą liczyć na dobrą infrastrukturę, tylko nie ŁKS w piłce? Żużlowcy na Orle, piłkarze Widzewa mogliby u siebie spokojnie grać w europejskich pucharach, taki mają obiekt. Siatkarki z kolei posiadają świetną halę. A my? Czekamy w nieskończoność na łaskę rady miasta. Pani prezydent Zdanowska mówiła ostatnio "zwykłam dotrzymywać obietnic", ale warto pamiętać, że pierwotnie stadion miał powstać mniej więcej pod koniec 2019 roku, a nie 3 lata później. Nie wiadomo gdzie my znowu będziemy za te kilka lat. Może wpadniemy w marazm? Teraz był najlepszy moment na oddanie całego obiektu, gdy równolegle pierwszy raz wracamy do Ekstraklasy. Stracimy cały "efekt wow".

JO: Wydaje mi się jednak, że w ŁKS-ie zachowano dobrą chronologię rozrostu, to znaczy najpierw powstała baza treningowa, stworzono niezły skauting, zbudowano dobrą akademię. Teraz zaś wychowuje się piłkarzy, którzy będą godni grać na dużym stadionie, a dopiero wtedy zbudujemy stadion. Moim zdaniem brzmi to sensownie.

Adamski: Za chwilę klub znajdzie się w Ekstraklasie, wszyscy go wezmą na tapet, ale zamiast zachwytów nad odbudową ŁKS-u od IV ligi, ludzie i media skupią się na wyśmiewaniu infrastruktury. Najwięksi prześmiewcy będą pisać rzeczy typu "dokąd zmierza polska piłka, skoro w najwyższej lidze gra klub z jedną trybuną?" .

Wiele osób zastanawia się jednak, czy w biało-czerwono-białej części miasta rzeczywiście jest taki potencjał ludzki, który pozwoliłby regularnie wypełniać już pełny obiekt. Jak to widzą sami kibice? Pytamy jednego z nich:

Daniel: Potencjał kibicowski jest tak duży, że kiedy już stadion powstanie, na luzie go zapełnimy. Obecnie przychodzenie na mecze ŁKS-u jest modne i przyjemne. Już teraz nie mieścimy się jednej trybunie a należy pamiętać że obecnie mamy utrudnione przyciąganie kibiców na stadion, wszak na jednej trybunie muszą pomieścić się wszystkie typy fanów: ultrasi, ci z sektora VIP, SkyBoxy, zgredzi, sektor rodzinny/dziecięcy. Przy pełnym stadionie klub będzie miał łatwiej z marketingiem na odpowiednie trybuny/sektory. W Łodzi jest bardzo wielu kibiców, trzeba ich tylko wyciągnąć. Pamiętajmy, że dawniej w Ekstraklasie na nasze mecze, mimo starego stadionu i problemów organizacyjnych, potrafiło przychodzić na mecz po 12-14 tysięcy osób.

Jeszcze raz Łukasz Adamski: Na szczęście pod dzisiejszy ŁKS podłożono bardzo mocne fundamenty, najmocniejsze w XXI wieku. Przez 30 lat wiele widziałem w ŁKS-ie pod każdym względem – czy to codziennych warunków, czy realizacji jakiejś dłuższej wizji – i teraz jest najlepiej. Świetnym miernikiem tego jest akademia. Jak ja sobie przypomnę co przeżywałem trenując w ŁKS-ie jako junior, jakie mieliśmy warunki, to jest jakaś kosmiczna różnica. Jedyne czego teraz potrzebują dzieciaki do dobrego rozwoju, to chęci i silna wola. Daj im boże dużo zdrowia i równie wiele zapału, bo warunki już mają. I świetnych trenerów. Paweł Drechlser i reszta to są tacy zajawkowicze, że inne kluby mogą ich nam tylko zazdrościć.

 

 

 

Faktycznie, zaplecze jakie już teraz zbudował sobie ŁKS i które wciąż rozwija robi wrażenie, zwłaszcza gdy pamięta się, jak to było przed laty. – Jedna, mała hala, w której przeciekał dach, szatnie z działającym jednym prysznicem, zajęcia dwóch roczników na jednej połowie boiska... A w końcówce juniorów, jak była już tylko stara Minerska, trenowanie na łące za boiskiem głównym, gdzie jedynym oświetleniem wieczorem była latarnia przy pobliskiej ulicy – opowiada nam Oskar Szumer, który w latach 2009-2016 reprezentował juniorskie sekcje ŁKS-u.

Dziś o niczym takim nie ma już mowy, a więc nasuwa się jeszcze jedno pytanie.

MB: Czy przez cały ten czas rozmawiamy o najbardziej stabilnym ŁKS-ie w XXI wieku?
JO:
Jeśli miałbym wskazywać jakiś taki przełomowy moment dla wzmocnienia tej ełkaesiackiej mentalności, to był ten prawie niedoszły awans do drugiej ligi. Pamiętam ówczesne reakcje - ja i większość moich znajomych czuliśmy się naprawdę załamani tą porażką z Ursusem. Zdawało nam się, iż właśnie nadszedł koniec świata i nie wiadomo co stanie się dalej. A ludzie w klubie? Zero paniki i to tyczy się zarówno zespołu, pionu sportowego, członków zarządu... Stwierdzili wtedy: "ok, jeśli nie teraz, to za rok". Bo budowa i rozwój klubu nie może zostać uzależniona wyłącznie od wyniku osiągniętego w jednym konkretnym sezonie. Potrzeba szerszej perspektywy. Prezes Salski powiedział wtedy coś w stylu, że nawet jeśli tamten sezon nie zakończył się sportowym awansem, to i tak trzeba się cieszyć, bo równocześnie klub poczynił duży postęp w kwestiach organizacyjnych ze sporym wzrostem frekwencji. Nawet na wyjazdach. Pamiętam, że do Nowego Miasta pojechało około 750 osób. Od tamtego czasu przybyło osób pracujących w dziale marketingu, w dziale sprzedaży, zaczęły wyrastać SkyBoxy, obecnie już w pełni wykończone. Wynik wówczas pozostawiał zatem wiele do życzenia, lecz wzmocniono fundamenty. Myślę, że taka cierpliwość i spokój potem udzieliła się również kibicom, którzy nauczyli się tych cech od ludzi kierujących klubem. widzę jak wygląda chociażby struktura akademii, wiem jak odpowiedzialnie przebiega selekcja trenerów do akademii, jak szczegółowy skauting się prowadzi, także ten względem młodzieżowców i szkoleniowców, co w skali całej Polski wciąż nie jest zbyt popularne. Patrzysz sobie potem jak się rozwija Janek Sobociński, Piotrek Pyrdoł, Adam Ratajczyk... Jak wygląda współpraca ze szkołą Marcina Gortata. Długo można by wymieniać. O ile więc same wyniki pierwszej drużyny są bardzo dobrymi powodami do radości, o tyle według mnie jeszcze ważniejsze jest to, iż ludzie zarządzający klubem nie robią wszystkiego "na hura". Nie szarżują finansowo, na przykład tworząc kadrę w oparciu o przepłaconych zawodników. Pewnym miernikiem w tej kwestii jest porównanie rezultatu sportowego (2.) z miejsce w Pro Junior System (2.). Chyba nikt nie sądził, że to da się pogodzić, a tu proszę! Pozostaje tylko się cieszyć.

Entuzjazmu nie kryje także Adamski: To jest ŁKS moich marzeń. Za mojego życia nie pamiętam czegoś takiego, ponieważ ten klub zawsze drżał o swój byt. Nie przelewało się. Zawsze było sporo zmartwień. Przebudowa kadry co pół roku, chaos, kiepsko z pieniędzmi, słaba infrastrutkura... Jak to mówił Kononowicz – nie było niczego. Jedna wielka improwizacja. Teraz każdy szczegół jest dopinany na ostatni guzik. Żaden kibic czy dziennikarz nie powinien narzekać na to jak prowadzony jest ŁKS pod względem marketingowym. Jest mnóstwo materiałów promocyjnych – magazyn, artykuły, zajawki przedmeczowe, zajawki filmowe, kulisy pomeczowe, materiały z życia akademii, do tego klarowna komunikacja z kibicami. Jest taka dostępność, taki natłok informacji... Naprawdę trzeba być dużą marudą, aby czepiać się czegoś w tych kwestiach.

Z kolei w bardziej sportowych sprawach typu stabilność kadry też trudno szukać jakichś mankamentów. Fragment naszego starego tekstu, wciąż jednak aktualny: „Z ważniejszych zawodników zaledwie Bielakowi, Kołbie i Kujawie kończą się kontrakty w czerwcu 2019, przy czym raczej nie powinni się martwić. Moskal ceni wszystkich, a do tego dwaj Polacy są emocjonalnie związani z łódzkim klubem, co ułatwi negocjacje. Poza tym? Praktycznie każdy kto zachowuje spore szanse na wyjściowy skład ma umowę na minimum dwa lata. Mowa tu o Boguszu, Grzesiku, Klimczaku, Rozwandowiczu, Sobocińskim, Łuczaku, Piątku, Pyrdole, Wolskim, Sekulskim i Ramirezie. Podobnie rzecz ma się z kontraktem obecnego szkoleniowca drużyny, a niedawno współpracę aż do 2024 roku zadeklarował Krzysztof Przytuła, jednoosobowy kręgosłup klubu”. Ostatnio przedłużono – do czerwca 2022 –  także umowy z trenerem Moskalem i całym jego sztabem szkoleniowym.

***

Jak sami widzicie nie ma szans, aby cokolwiek zaskoczyło ŁKS pod względem organizacyjnym. To jest wysoka półka w skali całego kraju.

Ba, można zatem wysnuć tezę, że życia kibica ŁKS-u jest dzisiaj wręcz niebywale spokojne. Posłuchajmy wrażeń kibiców jeszcze raz.

Obecnie kibic martwi się jedynie o to, czy aby to co się dzieje w jego klubie to nie sen (śmiech). Nawet zdobywając mistrzostwo Polski ŁKS nie miał takich widoków na przyszłość jak teraz. A tak bardziej przyziemnie, musi się martwić jeszcze o to, czy uda mu się dostać bilet na nadchodzący mecz. Ewentualnie, czy mecz lub wyjazd piłkarzy nie koliduje z meczem naszych wspaniałych siatkarek, które pewnie zmierzają po mistrzostwo Polski – twierdzi Mateusz.

Zmartwieniem może być też to, jak długo jeszcze będziemy mogli oglądać popisy Daniego Ramireza. To jest piłkarz wybitny, przerastający I ligę, gotów do podboju Ekstraklasy. Stał się odkryciem tego sezonu, co tylko pokazuje jak dobrze swoją prace wykonuje pion sportowy ŁKS-u na czele z Krzysztofem Przytułą – dodaje Daniel.

Klub znajduje się w rękach człowieka, który niczym Midas, czego się nie dotknie zamienia w złoto. Świetnie zna się na zarządzaniu, równie dobrze na piłce, a do tego otoczył się fachowcami, którzy na tej piłce znają się jeszcze lepiej. Efektem jest ekipa grająca efektywnie i efektownie. O ilu klubach w Polsce można tak powiedzieć? Zapamiętajcie nazwisko „Tomasz Salski”, bo niedługo będzie o nim mówić cała piłkarska Polska. Spójrzcie na tabelę wiosny, na dorobek beniaminka, który spłacił już jesienne frycowe, sprawdźcie bilans i przebieg meczów z Rakowem, frekwencję na trybunie i projekt rozbudowy stadionu, poznajcie akademię i związane z nią plany, spróbujcie unikalnego klubowego rzemieślniczego piwa. Zachowujemy pokorę, bo przez lata niepewności, biedy i chaosu mamy jej aż nadto, ale podskórnie każdy z nas czuje, że nadchodzi lepsze jutro – argumentuje Mateusz.

Ważne jest też to, że dzisiaj kibic ŁKS-u ma głos. Uważam że obecnie jak nigdy wcześniej mamy wpływ na funkcjonowanie i rozwój klubu. Jego przedstawiciele wsłuchują się w głos fanów. Ostatnio poprzez przeprowadzenie ankiety i wprowadzenie bardzo szybko szeregu zmian takich jak Strefa Fana przed stadionem, gazetka meczowa "Nasza eŁKSa" czy materiały wideo w postaci kulis obozu zimowego piłkarzy, meczowych, wywiadów z piłkarzami. Czujemy również, że nasza obecność na trybunach pomaga drużynie oraz klubowi, ponieważ zapewnia bezpieczny budżet i jest argumentem za koniecznością dobudowania reszty stadionu – kończy Daniel.

***

Im dłużej tak sobie rozmawialiśmy, tym mniejsze robiły się nasze wątpliwości co do obecnej sytuacji ŁKSu dosłownie w każdym względzie. Mimo iż prezes Tomasz Salski zakładał, że powrót na najwyższy szczebel rozgrywkowy zajmie nieco więcej czasu – o jakieś 2-3 lata – to i tak nie możemy mówić, iż awans do Ekstraklasy został wykręcony „ponad stan”. Ponad plan? Owszem, chociaż zarząd, sztab i dział skautingu już przygotowują się, by nic ich nie zaskoczyło w przyszłym sezonie.

Tak, ŁKS jest już gotowy na Ekstraklasę. A czy Ekstraklasa jest gotowa na ŁKS?

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się