var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: UEFA.com

Valencia kontra Emery, czyli starcie o więcej niż finał. Nietoperze żądni zemsty

Autor: Krystian Porębski
2019-05-02 17:30:19

Potyczka Valencii z Arsenalem w Lidze Europy ma wiele smaczków. W obu ekipach grają piłkarze, którzy występowali w barwach tych dwóch zespołów, a na dodatek obecny trener Kanonierów dość długo był szkoleniowcem również na Mestalla. Przez fanów jednak nie jest uwielbiany, a starcie z drużyną prowadzoną przez Baska przywołuje gorzkie wspomnienia.

Zarówno dla Arsenalu jak i Valencii półfinał Ligi Europy to duża szansa na uratowanie sezonu. Zespoły są w podobnej sytuacji. Ekipa z Londynu zajmuje 5. miejsce w Premier League i do upragnionej Ligi Mistrzów traci 2 punkty. Nietoperze natomiast w La Liga są na pozycji 6. i do czwartego Getafe tracą 3 punkty. Niewątpliwie celem i jednych, i drugich jest gra w najbardziej prestiżowych europejskich rozgrywkach, a idealną szansą na wywalczenie tego miejsca będzie zwyczajnie wygranie Ligi Europy. Aby to osiągnąć, pozostały jeszcze trzy mecze...

Tabele La Liga i Premier Leage (Flashscore)

A ten dzisiejszy jest wielkim znakiem zapytania. Bo zarówno Valencia jak i Arsenal to zespoły nieprzewidywalne, po których nie wiemy czego mamy się spodziewać. Oczywiście, faworytem powinien być tu uznany Arsenal, który dysponuje nieco większym budżetem i przede wszystkim, większą siłą ognia. Po stronie gości będzie natomiast motywacja. Dla Blanquinegros to spotkanie to coś więcej niż starcie o półfinał.

Bo w obu zespołach są postaci, które grały i w Valencii i w Arsenalu. Ekipę z Anglii reprezentuje Shkodran Mustafi, tymczasem na Mestalla występują Gabriel i Coquelin. Najważniejszym elementem wspólnym jest jednak Unai Emery.

Płacz i zgrzytanie zębów

1 maja 2014 roku, Sevilla przybywa na Mestalla aby zmierzyć się w rewanżowym starciu półfinałowym z Valencią. Pierwszy mecz podopieczni Pizziego przegrali 0:2. Kibice i zawodnicy jednak wierzą, a sam klub rozkręca akcję o nazwie „ReAmuntada es posible” - czyli powrót jest możliwy. Gra słowna polegała tu na połączeniu słów „remontada”, czyli odwrócenie niekorzystnego wyniku i „Amunt”, czyli okrzyku zagrzewającego do boju zawodników ze stolicy Lewantu. I choć rywal był wysokiej klasy, to jak się okazało, nie był wcale nie do ruszenia.

Już w 14. minucie meczu piłkę do siatki wpakował Feghouli. Skrzydłowy nie patyczkował się w polu karnym, nie bawił się w mijanie wszystkich defensorów czy techniczne strzały. Huknął ile miał sił, a strzeżący bramki Sevilli Beto nie miał żadnych szans. Dwanaście minut później stan rywalizacji był już wyrównany. Głową uderzył Jonas, piłka odbiła się od poprzeczki, a portero Rojiblancos wbił piłkę do bramki... plecami. ReAmuntada nie okazała się pustym hasłem.

W drugiej połowie Valencia – tak się wtedy wydawało – postawiła kropkę nad „i”. Po dośrodkowaniu w pole karne z rzutu rożnego, Mathieu wpakował piłkę do bramki. Fatalny sezon w lidze miał iść w zapomnienie. Drużyna pod wodzą argentyńskiego szkoleniowca była bliska ogromnego sukcesu... tymczasem na jej drodze stanął M'Bia. Ostatnia akcja meczu. Sevilla wie, że absolutnie nie ma już czasu. Fazio wyrzuca piłkę z autu, ta po odbiciu od głowy jednego z zawodników trafia do Kameruńczyka, który okazuje się katem Nietoperzy.

Rywale wpadają w euforię, a z radością nie kryję się również trener, szalejący ze szczęścia na murawie.Tego wspomnienia kibice Valencii z pamięci wymazać nie mogą, bo przez dzielną grę Nietoperzy i kontrowersyjne decyzje sędziów, po meczu pozostał ogromny niedosyt... Goście płakali ze szczęścia, gospodarze przez niewykorzystaną szansę. Ta porażka miała jednak zbudować nową, silniejszą Valencię... na którą musieliśmy jednak jeszcze trochę poczekać.

Unai Emery, czyli dobry trener, który podejmuje złe decyzje

Zanim jednak Emery trafił do Sevilli, długie lata spędził w Valencii. Delikatnie rzecz biorąc to był toksyczny związek, z obu stron. Co nieco o nim przeczytacie TUTAJ.

Bo Emery dokonywał wielu fatalnych wyborów. Często w momencie, kiedy trzeba było ratować wynik, wprowadzał zawodników defensywnych w miejsce ofensywnych. Jego decyzje wydawały się totalnie niezrozumiałe, a jednym z symboli jego „kadencji” stało się wpuszczanie defensywnie usposobionego Maduro w momentach, kiedy trzeba było strzelać. Jak możecie się domyślać, ten złoty plan nie sprawdzał się w rzeczywistości. To właśnie przez Emery'ego Isco poszedł realizować się w Maladzie i nie dane było mu sprawdzić się na dłużej w pierwszym składzie Valencii. Nawet mimo corocznej wyprzedaży, miał do dyspozycji świetnych zawodników, a i tak nie zdołał osiągnąć żadnego większego sukcesu. A na doatek, zawodnicy po prostu się z niego nabijali. Powtórzymy się w stosunku do wyżej wymienionego tekstu – ale tego video nie sposób tu nie załączyć.

Mimo to tych kilku lat pod wodzą Baska nie można oceniać bezwarunkowo źle. Bo jednak był to trener, który cały czas utrzymywał Valencię na pewnym poziomie. W walenckim środowisku Emery'ego zwykło się nazywać „Gwarantem”, a to dlatego, że zawsze zapewniał klubowi 3. miejsce w tabeli. Za czasów Baska na Mestalla nie było to jednak uznawane za wielki suckes, a rezultat, który klubowi się po prostu należał. Przez pryzmat takiej oceny, jego kontrakt był przedłużany z roku na rok. Tak naprawdę nigdy nie dostał większego kredytu zaufania, mimo tego, że to właśnie na Mestalla trenował najdłużej. Emery był szkoleniowcem Valencii w latach 2008-2012.

Druga strona barykady i przemiana, która dobiega końca

W temacie Arsenalu wypowiedział się natomiast nasz redakcyjny kolega, Sebastian Czarnecki:

"Tegoroczny sezon Arsenalu jest bardzo trudny do oceny. Jeśli na początku sezonu ktoś powiedziałby, że Kanonierzy będą do samego końca walczyć o miejsce w Top 4 i dotrą aż do półfinału Ligi Europy, to kibice braliby taki scenariusz w ciemno. Apetyt jednak rośnie w miarę jedzenia i kiedy po serii świetnych wyników przyszedł nagły spadek formy, to zaczęło się kwestionowanie niektórych decyzji Unaia Emery'ego

Na całą sytuację nie można jednak patrzeć zerojedynkowo. Owszem, Arsenal obecnie znalazł się w dołku, ale nie należy zapominać, że wcześniej spisywał się powyżej wszelkich oczekiwań. Poza Liverpoolem i Manchesterem City był najlepiej grającym zespołem na własnym sezonie i na Emirates Stadium potrafił ograć Chelsea, Manchester United, Tottenham czy zremisować z Liverpoolem."

Od momentu rozstania i pamiętnego półfinału, zarówno Valencia jak i Emery przeszli ogromne przemiany. W ekipie Blanquinegros co prawda nadal gra Dani Parejo i przesiadujący wtedy na ławce Gaya, ale to jedyny znak tamtych czasów. Dziś Nietoperze to zespół zgoła inny. Bez takiej pasji i ognia w ataku, jednak z o wiele większą organizacją w defensywie. Tego również Emery nie potrafił wypracować w Valencii i zawsze zarzucano mu, że rzucając wszystko do ataku, robi więcej szkód zespołowi. Taki paradoks w stosunku do wcześniej wspomnianego wątku zmian.

Zmienił się również sam Unai, o którym wiele pisaliśmy od momentu jego zatrudnienia w Arsenalu. Emery jest chwalony za to co robi z drużyną z Londynu. Pisaliśmy o tym choćby TUTAJ. Dzisiaj to facet z kilkoma sukcesami na koncie, który ciągle stara się walczyć z demonami przeszłości. W Sevilli radził sobie świetnie i trudno mu cokolwiek zarzucić. W PSG choć momentami wykonywał świetną robotę, to ogólnie trzeba powiedzieć, że nie dźwignął presji. W Arsenalu wydaje się, że wreszcie ma trochę więcej swobody, a w klubie bardziej wierzą w jego umiejętności. Czy to poskutkuje? Starcie z Valencią będzie na pewno ważną odpowiedzią dla wyjaśnienia tej kwestii.

"Czy można więc mówić, że Arsenal rozgrywa zły sezon, a Unai Emery źle wykonuje swoją pracę? Zdecydowanie nie. Hiszpan potrzebuje więcej czasu i rewolucji kadrowej, ponieważ nie wszyscy gracze pierwszego zespołu zasługują na grę w tym zespole. Dzisiejszy mecz z Valencią będzie idealną okazją, żeby udowodnić coś kibicom i pokazać, że Kanonierzy wciąż liczą się w grze o trofea. Jako że miejsce w Top 4 zaczęło się oddalać, wygranie Ligi Europy może być jedyną okazją do tego, żeby wywalczyć sobie awans do następnej edycji Ligi Mistrzów" - powiedział Sebastian Czarnecki.

Wobec tego zarówno dla Valencii, jak i dla Arsenalu to spotkanie o więcej niż tylko finał Ligi Europy. Dla Nietoperzy to jednak coś jeszcze istotniejszego. To starcie o honor i utraconą nadzieję, niepowtarzalną szansę, którą odebrał im były trener. Czy historia się powtórzy, a może tym razem Valencia sprawi Emery'emu psikusa? Bez względu na rezultat, to będzie niesamowicie ciekawa rywalizacja, jesteśmy o tym przekonani.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się