var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Mateusz Czarnecki

Reportaż 2x45 z finału Pucharu Polski: Lechia pisze nową historię w cieniu organizacyjnej klapy

Autor: Maciej Golec
2019-05-03 13:05:17

Widowisko pompowane od kilku tygodni. Dwie, zdawać by się mogło, atrakcyjne pod względem sportowym drużyny. Jedna czekała na zdobycie Pucharu Polski 9 lat, druga cztery razy dłużej. Wielka mobilizacja kibiców, oczekiwanie na coroczne święto polskiego futbolu. W czwartkowe popołudnie to wszystko, razem z historycznym sukcesem Lechii, zeszło na drugi plan przez organizacyjną żenadę, jaką zaserwował nam PZPN.

Kiedy ostatni raz w finale Pucharu Polski nie grała ani Legia Warszawa ani Lech Poznań, Polska była na 72. miejscu w rankingu FIFA za zawsze groźnym Sierra Leone i nieobliczalnym Salwadorem. Najwięcej asyst na koncie w ówczesnym sezonie Ekstraklasy miał Tomasz Brzyski, a najlepszym piłkarzem sezonu uznano Miroslava Radovicia. Co więcej, Śląsk Wrocław wyeliminował z el. LE Club Brugge. Dzisiaj brzmi to jak abstrakcja, coś niewyobrażalnie absurdalnego. A od tego czasu minęło jedynie pół dekady.

2 maja 2014 roku. Zawisza Bydgoszcz podejmował Zagłębie Lubin. Właśnie wtedy miała miejsce najniższa (choć, jak na okoliczności i występujące zespoły - wcale nie dramatyczna) frekwencja w historii finału Pucharu Polski rozgrywanego na Stadionie Narodowym. Przyszło nieco ponad 37 tys. osób mimo protestu najbardziej zagorzałych kibiców obu stron. Atmosfera była iście piknikowa, zresztą jak na majówkę przystało.

2 maja 2019 roku. Ten dzień był jednym z ważniejszych, o ile nie najważniejszym w ostatnich latach dla kibiców obu ekip mierzących się w finale Pucharu Polski. Widać to było już pod koniec kwietnia, kiedy rozpoczęła się sprzedaż biletów na mecz. 45 minut wystarczyło, by kibice Lechii Gdańsk wykupili całą pulę przysługujących im wejściówek – 10 tysięcy. Umówmy się, na ligowe mecze w Gdańsku średnio przychodzi niewiele więcej ludzi, więc jak na dłoni widać było ogromne zainteresowanie. Zresztą, podobnie sytuacja się miała w obozie rywala. Jak tylko rozpoczęła się otwarta sprzedaż, po wcześniejszym pierwszeństwie przysługującym karnetowiczom Jagiellonia również sprzedała wszystkie wejściówki.

Jednak mam wrażenie, że chętnych na bilety znalazłoby się co najmniej drugie tyle. Przecież ludzie nieprzypadkowo widząc jakąś blaszkę zawieszoną na szyi pytali się mnie w pobliżu stadionu, czy mam do sprzedania jeszcze jakieś wejściówki.

Obie drużyny były wygłodniałe sukcesu. Biało-zieloni pierwszy raz od 36 lat mogli wygrać jakiekolwiek trofeum i wreszcie strącić do czyśćca przewałkowane wspomnienia o ogromnej niespodziance z 1983 roku. Jagiellonia natomiast stanęła przed szansą, by nawiązać do jedynego w historii triumfu z 2010 roku, o czym zresztą mówili mi kibice żółto-czerwonych już w Warszawie.

Wicemistrzostwo Polski to przepiękna sprawa, jednak to Puchar Polski ma w sobie coś szczególnego. Ta atmosfera… No i oczywiście trofeum – namacalny dowód sukcesu. Coś, o czym każdy w Białymstoku marzy. Młodsi kibice nie pamiętają już 2010 roku. Dobrze by było, żeby poznali ten smak – powiedział przed meczem Dawid, kibic Jagiellonii.

Szykowała się zatem nie lada atmosfera na trybunach. Tu mobilizacja, tam mobilizacja. Wszyscy głodni, ale tylko jedni się nasycą.

W Warszawie Wschodniej zameldowałem się o 9:00. Spokój, cisza. Gdyby nie kilkanaście radiowozów policyjnych zaparkowanych przy dworcu, mógłbym nie wiedzieć, że w Warszawie rozegra się tego dnia jakiś mecz, skądinąd dość ważny. Rankiem na mieście nie lada wyczynem było spotkać kibiców ubranych w barwy. Wiadomo, wczesna pora. A kto normalny wchodzi na stadion na 5-6 godzin przed spotkaniem?

Kibiców brakowało, więc w ich poszukiwaniu postanowiłem skorzystać z warszawskiej komunikacji miejskiej. Bezskutecznie. Jedynymi ludźmi, którzy przyciągnęli moją uwagę, byli Cyganie. Po wejściu do tramwaju zostałem okrążony przez dzieci próbujące umilić mi podróż grą na akordeonie i jednocześnie błagające o jakikolwiek dodatek pieniężny. Widząc, że pasażerowie nie doceniają ich muzycznego kunsztu, postanowili zmienić otoczenie. Dziewczynka – na oko 12-letnia - wyjęła najnowszego Samsunga i wpatrzona w niego podążyła w kierunku drzwi. Specjalnie zaskoczony nie byłem. Zniesmaczony - a i owszem.

Pierwszy pociąg specjalny z kibicami Jagiellonii przyjechał do Warszawy około godz. 11:00. W eskorcie policjantów udali się oni do specjalnie podstawionych autobusów ZTM, skąd ruszyli już prosto na PGE Narodowy. Atmosfera piłkarskiego święta zaczęła udzielać się coraz bardziej. Hektolitry alkoholu i wspólne przyśpiewki, jak na takie wydarzenie przystało, były powszechnie zauważalne. Jednak trzeba też zwrócić uwagę na fakt, że wśród kibiców obu drużyn nie było wrogiego nastawienia. Do żadnych konfliktów nie dochodziło, a przechadzaniem się w koszulkach czy szalikach klubowych w żadnym wypadku nie ryzykowałeś utraty zębów. Również na trybunach w sektorach neutralnych panowała pełna kultura.

Wszystko wskazywało na to, że spokojnie będzie przez cały dzień. W końcu w tym roku postanowiono wyciągnąć wnioski z finałów z poprzednich lat i nie dopuścić do rzucania rac na płytę boiska. O rakietnicach czy fajerwerkach nawet nie wspominając. W tym celu zamontowano specjalne siatki za bramkami, a kontrole przed wejściem na stadion były (albo przynajmniej miały być) bardziej rygorystyczne niż kiedykolwiek wcześniej.

Pojawiły się również one, jedyne w swoim rodzaju:

I choć pamiątek po sobie nie zostawiły, to smród i tak pozostał.

Gdy odbierałem akredytację (oczywiście bez uprzedniego potwierdzenia tożsamości, bo po co?) i udałem się w stronę centrum prasowego, zawołała mnie pani ochroniarz. I to już samo w sobie zapowiadało zmianę na lepsze. Rzadko kiedy bowiem dziennikarze są sprawdzani przy wejściu na stadion. Gdyby chcieli w plecaku wnieść granat i C4, to w 99% przypadków z łatwością by to zrobili.

- Podejdzie pan tu – krzyknęła. – Muszę sprawdzić co ma pan w plecaku. Takie wymogi.
- Nie ma problemu – odpowiedziałem.

Otworzyłem największą kieszeń z przekonaniem graniczącym z pewnością, że czeka mnie konkretne przetrzepanie. W sumie to nawet się cieszyłem, że wreszcie ktoś zainteresował się takimi sprawami. W końcu idzie tu o bezpieczeństwo ponad 50 tysięcy ludzi. Wyjąłem więc kurtkę. Nie zdążyłem nawet wyprostować pleców, gdy usłyszałem:
- Dziękuję, może pan iść.

W porządku. Pani zobaczyła laptopa i uznała, że nie ma powodu, by mi nie ufać i sprawdzać pozostałe trzy kieszenie. To gdzie teraz z tym C4?

***

Generalnie w promieniu pół kilometra od stadionu trudno było już dostrzec samochody z rejestracją warszawską. Dominowały – wiadomo – BI i GD. Dużych utrudnień nie było, policjanci przekierowywali kibiców na przeznaczone dla nich parkingi, z których ci szli na stadion pod bramę stadionu. O ile fani z Białegostoku wchodzili na sektor w miarę sprawnie (część i tak się spóźniła na mecz), o tyle biało-zieloni mieli z tym spore problemy.

Jeszcze o 12:30 wyglądało to tak, a więc dość niepozornie. Luźno:

Trudności z wejściem na trybuny pojawiły się około godz. 14:30, a gdy do meczu pozostawały już tylko minuty - tysiące kibiców nadal znajdowało się poza bramkami obiektu. Policja przepuszczała gdańszczan jedynie w małych grupach przez bramę zwężoną do minimum. Obecni tam relacjonowali, że ścisk był tak ogromny, że ludzie mdleli. Po kilka godzin bez ruchu czekali aż policjanci zmienią zdanie, a kolejka ruszy. W pewnym momencie bramka została zamknięta, a zdenerwowany tłum fanów zaczął napierać na wejście. Funkcjonariusze atakowali kibiców pałkami i gazem. Spanikowani ludzie o mało co nie zaczęli się tratować. Poszkodowane były również kobiety i dzieci. Cud, że nie doszło do tragedii.

Ci, którym udało się wcześniej zająć miejsca, zaprotestowali, nie prowadząc dopingu przez całą pierwszą połowę. Od czasu do czasu „pozdrawiali” jedynie policję i PZPN, do czego chętnie dołączali się też kibice Jagiellonii. Taki tam nasz kibicowski zwyczaj.

Jak na tę kuriozalną sytuację zareagował PZPN? „Bramki były otwarte od 9:30!” Czyli rozumiemy, że kibice mieli wstać o 3:00 i zarezerwować pociągi na 4:00 tylko po to, żeby na stadion wejść 6 godzin przed meczem, bo tak organizatorowi było wygodnie? Wolne żarty. Skoro już kolejny rok z rzędu udźwignięcie takiej odpowiedzialności jest zbyt ciężkim balastem, to może przenieśmy finał Pucharu Polski na Stadion Śląski albo gdziekolwiek indziej? Albo, jeśli to aż takie wyzwanie dla służb porządkowych, może niech następnym razem związek zorganizuje kibicom nocleg i szwedzki stół na terenie PGE Narodowego, by uniknąć takich problemów?

Wiemy, że wśród tych kilkunastu tysięcy kibiców mogła znaleźć się grupka idiotów, która nie ułatwiała zadania służbom. Ale z jakiej racji utrudniano, a przez długi czas też uniemożliwiano, wejście na sektor? Takie zachowanie było policzkiem dla każdego, kto poświęcił swoje pieniądze, wolny czas, czy specjalnie wziął urlop w pracy. I nie ma tu znaczenia, że ostatecznie problem unicestwiono po pierwszej połowie. On w ogóle nie powinien mieć miejsca.

 

 

 

A to dopiero początek. Co jeszcze bardziej zdumiewające – w sektorach neutralnych bynajmniej nie było lepiej. Na kilkanaście minut przed meczem w kolejce stały tysiące ludzi. Ktoś spyta – może to przez nadzwyczajne środki bezpieczeństwa? Skąd. No to może za późno otwarto bramki? Nic z tych rzeczy. Były otwarte tak, jak wszystkie, od 9:30. Sęk w tym, że były ich tylko DWIE. A gdyby nie to, że na kilka minut przed rozpoczęciem finału tempo znacznie przyspieszyło, niektórzy mogliby poprzestać jedynie na oglądaniu meczu na telefonie.

A w drugiej połowie, gdy udało się już zażegnać ten harmider, system bezpieczeństwa i tak nie spełnił swojej roli. Nawet tak szczegółowe przeszukiwania i kontrole nie powstrzymały kibiców od wniesienia rac na trybuny i zaprezentowania chociaż chwilowego widowiska znudzonym kibicom, którzy męczyli się oglądając ten wyrób meczopodobny.

Poziom tego spotkania, o ile użycie takiego sformułowania nie jest zniewagą, był tak żenujący, że kawa wydawana w przerwie dla każdego, kto miał zamiar dotrwać do końca, to i tak by było mało. Na domiar złego dla postronnego kibica anulowany gol Flavio Paixao zapowiadał kolejne 30 minut męczarni.

Jednak to, co przeżyli kibice Lechii Gdańsk pod koniec spotkania, warte było czekania nawet tych kilku godzin przed stadionem. Eksplozja radości po bramce Artura Sobiecha i pierwsze zdobyte trofeum dla Gdańska po 36 latach są symboliczną zmianą warty. Już nie będzie nostalgicznego, ale też powoli przejedzonego, przywoływania Pucharu Polski z 1983 roku. Jego bohaterowie są już nim zmęczeni, a historia jest już znana przez wszystkich gdańszczan na pamięć.

Teraz została napisana nowa, nadająca drużynie blask. Dająca to, o czym marzył Piotr Stokowiec – nieśmiertelność.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się