var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: @LFC

Liverpool przed niemożliwym zadaniem, do odrobienia trzybramkowa strata z Barceloną

Autor: Sebastian Czarnecki
2019-05-07 16:30:47

Już za kilka godzin poznamy pierwszego finalistę Ligi Mistrzów. Barcelona po przekonującej wygranej na Camp Nou nie może sobie teraz pozwolić na moment dekoncentracji, ponieważ Liverpool jest zespołem, który stać na odrobienie straty. I choć przystąpi do rewanżu bez dwóch kluczowych zawodników, to motywacja będzie większa niż kiedykolwiek.

Fenomenalny sezon, ale czy z trofeum na koniec?

Podopieczni Jürgena Kloppa po prostu nie mogą sobie pozwolić, by kolejny sezon zakończyć bez żadnego trofeum na swoim koncie. „The Reds” świadomie wyeliminowali się z dwóch krajowych pucharów, żeby w stu procentach skupić się na Premier League i Lidze Mistrzów, a wszystko wskazuje na to, że kibice zespołu z miasta Beatlesów kolejny raz przeżyją ogromne rozczarowanie. I w tym momencie trudno winić samych piłkarzy, bo ci dają z siebie absolutnie wszystko i rozgrywają absolutnie najlepszy sezon w historii klubu jeśli chodzi o zdobyte punkty.

I oczywiście, choć czasy wtedy były zupełnie inne, to Liverpool tylko raz w całej historii swojego istnienia dobił do liczby 90 punktów. Miało to miejsce w sezonie 1987/1988, a „The Reds” zostali wówczas mistrzami Anglii. W tym roku jesteśmy świadkami absolutnego rekordu, a i tak może to nie wystarczyć do zdobycia tytułu. Liverpool już w tym momencie ma na swoim koncie 94 punkty, może śmiało dobić do 97, a jeżeli Manchester City pokona w ostatniej kolejce Brighton, to i tak zabraknie jednego punktu do mistrzostwa.

Wygrana w Lidze Mistrzów byłaby więc świetną alternatywą, zwłaszcza że tutaj wszystko jest – a raczej było – w ich rękach. Tutaj nie musieli liczyć na potknięcie Manchesteru City, a jedynie na własne umiejętności. I tego właśnie zabrakło w pierwszym meczu na Camp Nou.

Nie takie comebacki już widziano

Co jest w tym wszystkim najciekawsze, to Liverpool w pierwszym meczu wcale nie był dużo gorszy od Barcelony. Ba, było sporo momentów, w których prezentował się o wiele lepiej od „Dumy Katalonii”, a i tak nie potrafił przełożyć tego na końcowy rezultat. Zadecydował przede wszystkim geniusz Lionela Messiego. Podczas gdy „The Reds” marnowali swoje sytuacje, Barcelona była po prostu kliniczna. Najpierw do bramki trafił Luis Suarez, do którego jeszcze później wrócę, a następnie oglądaliśmy już tylko koncert Argentyńczyka.

Gdyby Liverpool osiągnął ciut lepszy wynik, to awans do finału wcale nie byłby taki niemożliwy. Skoro podopieczni Jürgena Kloppa potrafili zagrać jak równy z równym z Barceloną na Camp Nou, to tym bardziej stać ich było na rozegranie świetnego spotkania na własnym stadionie, przy dopingu swoich kibiców. 3:0 może się jednak okazać zbyt wysokim wynikiem do odrobienia, chociaż kto wie… Przecież już nie takie comebacki miały miejsce w poprzednich edycjach Ligi Mistrzów.

A co ciekawe, w dwóch z nich brała udział właśnie Barcelona. W sezonie 2016/2017 „Katalończycy” musieli wygrać aż pięcioma bramkami, żeby odrobić straty z Paryża, gdzie PSG wygrało aż 4:0. Wydawało się to niemożliwe, ale podopieczni Luisa Enrique wspięli się na wyżyny swoich umiejętności i rzutem na taśmę wywalczyli sobie awans. Bohaterem został Sergo Roberto, który w piątej minucie doliczonego czasu gry strzelił gola na 6:1.

Rok później Barcelona brała udział w kolejnym comebacku, ale tym razem to ona wypuściła z rąk awans. I to do półfinału. Wydawało się, ze po wygranej 4:1 z Romą na Camp Nou nic już złego się nie wydarzy, a tymczasem rzymianie zaskakująco zwyciężyli 3:0 i to oni zmierzyli się z Liverpoolem w półfinale. Tam już nie mieli tyle szczęścia.

Rozgrywki Ligi Mistrzów pamiętają tylko trzy takie przypadki, kiedy drużyna odrobiła trzy bramki straty z pierwszego spotkania i zdołała awansować w dwumeczu. Pierwszy raz taka sytuacja miała miejsce w sezonie 2003/2004, kiedy Deportivo La Coruna po porażce 1:4 z Milanem na San Siro wygrało w rewanżu 4:0. Stawką był awans do półfinału.

Nic więc nie stoi na przeszkodzie, żeby i Liverpool rozegrał dzisiaj mecz życia i wywalczył sobie awans do półfinału. Mógłby zostać pierwszą drużyną, która odrobiła tak dużą stratę właśnie w półfinale – jeszcze żaden z comebacków nie miał miejsca w meczu o tak dużą stawkę.

Problemy kadrowe, Brewster z szansą na debiut

No właśnie, ale czy Liverpool będzie miał wystarczająco dużo sił, żeby rozegrać kolejne spotkanie na pełnych obrotach? Mówimy przecież o perfekcyjnym meczu, w którym nie można popełnić żadnego błędu. Jürgen Klopp będzie miał twardy orzech do zgryzienia, ponieważ z powodu kontuzji wypadli Mohamed Salah i Roberto Firmino, czyli dwóch z trzech zawodników, wokół których opierała się cała ofensywa „The Reds”.

Oczywiście w dalszym ciągu do dyspozycji Niemca pozostaje Sadio Mane, ale trudno jest się spodziewać, że w pojedynkę pociągnie zespół do ataku. Na jego środku prawdopodobnie zagra ktoś z dwójki Origi-Sturridge, jednak żaden z nich nie daje drużynie tak dużo w ataku pozycyjnym jak Roberto Firmino. Dlatego właśnie Klopp zasugerował, że szansę na debiut może otrzymać Rhian Brewster.

19-letni napastnik większość tego sezonu opuścił z powodu kontuzji, a ostatni miesiąc przepracował w drużynie rezerw, gdzie doszedł do pełnej sprawności.

 

 

- Tak, jest na to bardzo duża szansa – powiedział menedżer Liverpoolu, kiedy został zapytany o możliwy występ Brewstera z Barceloną. – Jest gotowy. Rhian dołączył do nas po ciężkiej kontuzji, ale z dnia na dzień coraz ciężej pracował i stawał się coraz lepszy. W ostatnich trzech-czterech tygodniach był w świetnej formie fizycznej. W następnym sezonie na 100% będzie otrzymywał szanse, już mu to powiedziałem.

I choć nie wiadomo jeszcze czy Brewster otrzyma szansę w wyjściowej jedenastce, czy może wejdzie na boisko z ławki rezerwowych, to z pewnością będzie to dla niego wielki moment. Debiut w seniorskiej drużynie Liverpoolu i to w półfinale Ligi Mistrzów przeciwko Barcelonie, chyba nie ma lepszych okoliczności na zademonstrowanie światu swoich umiejętności. Liverpool nie ma już nic do stracenia, jeżeli chce wygrać ten dwumecz, to musi zaryzykować.

Suarez nie powinien się cieszyć z bramki? Nie popadajmy w paranoję

Wróćmy teraz do tematu Luisa Suareza. Kibice Liverpoolu byli wręcz oburzeni, kiedy Urugwajczyk cieszył się z bramki strzelonej na 1:0. Ale… dlaczego miałby tego nie robić? Zastanówmy się. W barwach Barcelony gra już o wiele dłużej niż grał w Liverpoolu, a poza tym nie jest wychowankiem drużyny z Anfield, żeby mieć z nią jakąś wielką emocjonalną więź. 

Oczywiście, nikt tutaj nie mówi o nieokazywaniu szacunku, ale szacunek można okazać w inny sposób, chociażby poprzez zachowanie przed i po spotkaniu. To wręcz byłoby dziwne, gdyby piłkarz grający w Barcelonie od pięciu sezonów nie okazał radości po strzeleniu bramki na 1:0 w półfinale Ligi Mistrzów. Okazywanie radości po strzelonym golu nie oznacza przecież braku szacunku.

Luis Suarez zadeklarował przed rewanżem, że jeżeli strzeli bramkę na Anfield, to nie okaże radości. I fantastycznie do tej sytuacji odniósł się Petr Čech, z którym zgodziło się bardzo dużo osób.

 

 

Tak, futbol to gra, której radość i emocje są nierozerwalną częścią. Jeżeli strzelasz gola na wagę ewentualnego finału Ligi Mistrzów, to masz prawo okazać radość. Wręcz byłoby dziwne i nienaturalne gdybyś tego nie zrobił, nawet jeżeli strzelasz przeciwko swojej byłej drużynie. Najważniejsze jest w tym wszystkim, żeby zachować umiar i nie robić tego ostentacyjnie, jak to zrobił chociażby Adebayor w barwach Manchesteru City, kiedy przebiegł całe boisko tylko po to, żeby paść na kolana przed trybuną buczących na niego fanów Arsenalu. Sama radość nie jest niczym złym, nie popadajmy w paranoję. I o ile faktycznie mógłbym to zrozumieć, gdyby Suarez by wychowankiem Liverpoolu i spędził w nim kilkanaście lat. Faktem jest jednak, że grał w nim krócej, niż obecnie gra w Barcelonie. Czy więc brak radości po golu nie byłby równoznaczny z brakiem szacunku wobec swojego pracodawcy?

Niemożliwe zadanie

Dla Liverpoolu jest to mecz o wszystko. Czy będzie więc w stanie odrobić straty z pierwszego meczu i awansować do finału? Szansa jest na to bardzo niewielka, ale nikt nikomu nie zabronił jeszcze marzyć i wierzyć. Jeżeli kibice Liverpoolu, zawodnicy i trener wierzą, że uda im się wygrać wystarczająco wysoko, żeby wygrać dwumecz, to niech dadzą z siebie wszystko i przynajmniej spróbują. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się