var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: @LFC

Niemożliwe stało się możliwe, Liverpool dokonuje jednego z największych comebacków w historii i pokonuje Barcelonę 4:0 (video)

Autor: Sebastian Czarnecki
2019-05-07 23:20:35

To jest po prostu nieprawdopodobne! Właśnie byliśmy świadkami rzeczy niewiarygodnej i spektakularnej. Nikt o zdrowych zmysłach nie przypuszczałby, że Liverpool zdoła odrobić stratę trzech bramek bez Salaha i Firmino, a tymczasem to podopieczni Jürgena Kloppa zagrają w finale w Madrycie.

A pierwsza połowa w ogóle na to nie wskazywała. Owszem, Divock Origi już w siódmej minucie wyprowadził „The Reds” na prowadzenie, ale od tego momentu mecz się wyrównał i gospodarze wcale nie stwarzali sobie wielu okazji na strzelenie bramki. Ba, z minuty na minutę to właśnie Barcelona zaczynała się coraz bardzie rozkręcać i coraz śmielej atakować na bramkę Alissona. Podopieczni Ernesto Valverde potrzebowali tylko jednego gola, żeby zamknąć ten dwumecz, ale… no właśnie.

Barcelonie zabrakło przede wszystkim tego, co zabrakło Liverpoolowi na Camp Nou, czyli skuteczności. Co z tego, że obie drużyny do pewnego momentu grały jak równy z równym, skoro końcowy wynik kolejny raz tego nie odzwierciedlał. Od drugiej połowy mecz jednak przestał być wyrównany, a zmieniło to wejście Giniego Wijnalduma. Holender całkowicie odwrócił losy spotkania i zaczął prowadzić Liverpool do wygranej.

Co najciekawsze, Wijnaldum strzelił dwie bramki w 54. i 56. minucie – w tych samych, w których Gerrard i Smicer strzelali w pamiętnym finale Ligi Mistrzów z Milanem, gdzie „The Reds” odrobili trzybramkową stratę z pierwszej połowy i wygrali całe rozgrywki po serii rzutów karnych. Można więc powiedzieć, że historia zatoczyła koło.

Prawdziwy szok nastąpił jednak w 79. minucie, kiedy Divock Origi strzelił bramkę na 4:0, która dała Liverpoolowi awans. Nie chodzi jednak o samego gola, a o to, co zrobił tutaj Trent Alexander-Arnold. Młody Anglik odchodził od narożnika boiska i chciał zostawić piłkę Shaqiriemu, ale spojrzał jeszcze na ustawienie obrońców Barcelony, szybko cofnął się do piłki i posłał perfekcyjne podanie do Belga. Defensywa Katalończyków była w całkowitej rozsypce i zawodnicy mogli mieć pretensje jedynie do samych siebie.

 

 

Postawa Katalończyków w ogóle była skandaliczna. Od bramki na 2:0 posypała się cała gra drużyny gości. Nie potrafili wymienić kilku celnych podań, nie mieli żadnego pomysłu na przeprowadzenie składnej akcji i nie mieli żadnych okazji, by w jakikolwiek sposób zagrozić bramce strzeżonej przez Alissona. Barcelona w drugiej połowie nie wykazała w ogóle chęci, żeby strzelić tego jednego gola, który miał ustawić dwumecz. Nawet przy wyniku 4:0 ta jedyna bramka dalej premiowałaby właśnie Barcelonę.

Tak się jednak nie stało, a Liverpool zasłużenie awansował do finału. Był po prostu lepszy, bardziej zdeterminowany i też wykazał więcej chęci, żeby ten mecz wygrać. Udało się to nawet mimo braku Mohameda Salaha i Roberto Firmino i z Divockiem Origim na szpicy, który ostatecznie okazał się bohaterem spotkania. Jest to pierwszy taki comeback w półfinale Ligi Mistrzów, a czwarty w historii tych rozgrywek, gdzie została odrobiona strata trzech bramek z pierwszego meczu.

Liverpool FC – FC Barcelona 4:0 (3:0)

1:0 – Origi 7’

2:0 – Wijnaldum 54’

3:0 – Wijnaldum 56’

4:0 – Origi 79’

Liverpool FC: Alisson – Alexander-Arnold, Matip, Van Dijk, Robertson (46’ Wijnaldum) – Fabinho, Henderson, Milner – Shaqiri (90’ Sturridge), Origi (85’ Gomez), Mane

FC Barcelona: Ter Stegen – Roberto, Pique, Lenglet, Alba – Vidal (75’ Arthur), Busquets, Rakitić (80’ Malcom) – Messi, Suarez, Coutinho (60’ Semedo)

Żółte kartki: Fabinho, Matip – Busquets, Rakitić, Semedo

Sędzia: Cuneyt Cakir (Turcja)

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się