var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: ajax.nl

Jak niedoszły hodowca kurczaków został gwiazdą Ajaksu - historia Donny'ego van de Beeka

Autor: Maciej Kanczak
2019-05-08 14:30:31

W kolejce po sławę i chwałę musiał się trochę nastać, ale i on w końcu, po rewanżowym meczu ¼ finału z Juventusem i pierwszym spotkaniu ½ finału Ligi Mistrzów z Tottenhamem, usłyszał kilka ciepłych słów od kibiców i ekspertów. Poznajcie historię Donny'ego van de Beeka!

- W futbol gra się głową. Trzeba być w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Nie za wcześnie i nie za późno - mawiał ojciec chrzestny Ajaksu Amsterdam, Johan Cruyff. I chociaż „Pitagoras futbolu” nie żyje od trzech lat, jego nauki w Amsterdamie wciąż są żywe. Zachowanie Donny'ego van de Beeka w akcji, w której zdobył zwycięską bramkę w rywalizacji z „Kogutami”, to bowiem modelowy przykład zastosowania teorii „Boskiego Johana” w praktyce. 22-latek najpierw przyjął piłkę w środku pola, błyskawicznie odegrał ją do Hakima Ziyecha i od razu popędził w pole karne rywali. Doświadczony Marokańczyk także bez zastanowienia przetransportował futbolówkę na prawą stronę do Dusana Tadicia, który zagrał mu ją tuż przed „szesnastką”. W tym samym czasie van de Beek szukał w polu karnym idealnego miejsca do oddania strzału, a gdy ponownie otrzymał piłkę od Ziyecha, już doskonale wiedział co ma zrobić i jak ma się zachować. Nie tylko uważnie przyglądał się wymianie podań swoich kolegów, ale też cały czas kątem oka śledził poczynania obrońców „Spurs”, tak by w ostatniej chwili nie dać złapać się w pułapkę ofsajdową. Udało mu się uprzedzić Jana Vertonghena i Danny Rose`a i pewnym strzałem pokonać Hugo Llorisa. Nad Tottenham Hotspur Stadium unosił się duch Johana Cruyffa, a na van de Beeka w końcu spadł deszcz zasłużonych pochwał.

Zwłaszcza, że we wtorkowy wieczór zaliczył niemal perfekcyjny występ (statystyki za squawka.com):

- 55 kontaktów z piłką

- 23 dokładne podania

- 3 strzały

- 2 stworzone sytuacje partnerom

- 2 wygrane główkowe pojedynki

- 2 przechwyty

I przede wszystkim gol, którego nie tylko kibice Ajaksu długo nie zapomną. 

Trochę dziwne, że dopiero teraz wokół blondwłosego zawodnika zrobił się taki szum, skoro od początku sezonu 2018/2019 jest w wybornej formie. W 54 (!) meczach bieżących rozgrywek zdobył już 16 bramek i zaliczył 11 asyst, a przecież nie jest napastnikiem, tylko ofensywnym pomocnikiem. Inna sprawa, że do niedawna w tych najbardziej spektakularnych spotkaniach do siatki trafiali jego koledzy, zatem w tym zachwycie nie było miejsca dla graczy wyróżniających się, ale swojej klasy niepotwierdzających golami czy asystami. W starciach fazy grupowej Ligi Mistrzów, van de Beek na listę strzelców wpisał się w wygranym meczu z AEK Ateny (3:0). Później dołożył jeszcze asystę w rywalizacji z Bayernem Monachium, kończącą potyczki w grupie E. Z sześciu goli, które w 1/8 finału Ajax wbił Realowi Madryt, żaden nie był jego (choć zaliczył decydujące podanie przy trafieniu na 3:0 Dusana Tadicia). Dopiero w rewanżowym boju ćwierćfinałowym z „Bianconerich” na Juventus Stadium sześć minut po golu Cristiano Ronaldo, swoją bramką włączył prysznic z zimną wodą na rozgrzane do czerwoności głowy turyńskich tifosich. Byli oni pewni, że „Stara Dama” zleje u siebie Holendrów, tak jak uczyniła to rundę wcześniej z Atletico Madryt. Jak powiedziałby klasyk: otóż nie tym razem.

 

 

Gdy zatem van de Beek ponownie błysnął, tym razem w rywalizacji z Tottenhamem, stając się przy okazji, trzecim najmłodszym graczem 33-krotnych mistrzów Holandii, który zdobył bramkę w ½ finału LM (po Nordinie Wooterze - 19 lat i 237 dni i Marco Melchiocie - 20 lat i 170 dni), oraz pierwszym zawodnikiem w historii Champions League, który w fazie pucharowej wpisał się na listę strzelców w dwóch wyjazdowych meczach z rzędu, i on trafił na czołówki gazet. Gdy o Frankim de Jongu, Matthijsie de Lightcie, Andre Onanie czy Davidzie Neresie powiedziano i napisano już wszystko, przyszedł czas na mniej oklepane i ograne nazwiska. De Beek dwoma ważnymi trafieniami z Juve i Tottenhamem do roli nowego bohatera „de Godenzonen” nadawał się zatem idealnie. Zwłaszcza, że jego droga na top w wielu miejscach zbiega się również ze żmudną trasą Ajaksu, by ponownie znaleźć się na szczycie europejskiego futbolu. 

Nie było w ostatnich latach w Lidze Mistrzów bardziej niefrasobliwego klubu spośród triumfatorów Pucharu Mistrzów, aniżeli Ajax. Od pamiętnego sezonu 2002/2003, kiedy to podopieczni Ronalda Koemana w dramatycznych okolicznościach przegrali w końcówce meczu ¼ finału z AC Milan (0:0 u siebie i 2:3 na wyjeździe), w kolejnych ośmiu edycjach, „de Amsterdammers” zaledwie raz awansowali do fazy pucharowej (w kampanii 2005/2006, gdzie jednak w 1/8 finału okazali się gorsi od…Interu). Poza tym aż pięciokrotnie przepadali w eliminacjach do najbardziej prestiżowych rozgrywek w Europie i to bynajmniej nie z klasowymi rywalami (FC Kopenhaga, Slavia Praga, Rapid Wiedeń, FC Rostow, OGC Nice). Gdy z kolei wydawało się, że amsterdamczycy w końcu dołączyli do europejskiej śmietanki, w sezonie 2016/2017 dochodząc do finału Ligi Europy, już w kolejnej edycji tych rozgrywek odpadli w IV rundzie eliminacyjnej. Nigdzie indziej piękna historia, tak brutalnie nie zderzała się z szarą rzeczywistością.

Od 2008 r. Donny widział większość tych klęsk na żywo. Najpierw jako członek szkółki Ajaksu, później piłkarz Jong Ajaksu, a od 2015 r. pełnoprawny zawodnik pierwszej drużyny czerwono-białych.

Wdrapywanie się szczebel po szczebelku w hierarchii amsterdamskiego klubu również było dla van de Beeka trudne i pełne wyrzeczeń, podobnie jak żmudne próby Ajaksu, by znów w Europie znaczyć tyle co w latach 90-tych. Piłkarz jednak wiedział, że tak musi być, bo zbyt wiele w swoim młodym życiu widział przypadków osób, które chciały osiągnąć sukces, idąc na skróty albo nie poświęcając się futbolowi w 100%. Jego ojciec Andre, był napastnikiem w amatorskim klubie IJsselmeervogels, ale granie w piłkę łączył z hodowlą kurczaków. W końcu postanowił w 100% poświęcić się firmie drobiowej, a piłkarskie korki rzucił na jakiś czas w kąt. Gdy jednak po kilku latach ponownie je ubrał, to mimo solidnych wymiarów brzuszka, zdołał w jednym sezonie strzelić aż 25 goli dla lokalnego Veensche Boys, gdzie również van de Beek stawiał pierwsze futbolowe kroki. Drugim przykładem ku przestrodze dla gracza Ajaksu był jego klubowy kolega z Veensche,  Yannick Bouw. W zespole z Geldrii o głowę przerastał resztę dzieciaków, w tym również i van de Beeka. Zbyt duża wiara w to, że na szczyt dojdzie się dzięki samemu talentowi sprawiła, że dziś Bouw kopie w rozgrywkach Derde Divsie (IV liga) w barwach VV Eemdijk. 

Piłka nożna zatem, dzięki ojcu, towarzyszyła van de Beekowi od najmłodszych lat, ale długo nie potrafił określić, czy gdy dorośnie chce zostać piłkarzem. Gdy w szkole dzieci były pytane przez nauczycielkę o plany na przyszłość, mały Donny wciąż się wahał. - Będę profesjonalnym piłkarzem, albo hodowcą kurczaków - odpowiedział na pytanie o plany zawodowe. Nie można napisać, że w domu państwa Van de Beek panowała patriarchat i ojciec nie wyobrażał sobie, aby dorosły syn nie pomagał mu w prowadzeniu interesu. Donny od najmłodszych lat był bowiem mocno związany ze swoim miejscem zamieszkania, a więc Nijkerkerveen, liczącym sobie ok. 1,5 tys. mieszkańców. A w tym miasteczku, leżącym w prowincji Geldrii, właśnie tak większość ludzi zarabiała na życie.

Traf jednak chciał, że w klubie Veensche Boys trafił na znakomitych trenerów (na czele z Ronaldem Attemą), którzy gdy tylko zauważyli jak wielkim talentem dysponuje, przekonali go, żeby postawił na futbol. - Był mały i nieśmiały. W grupie zawsze gdzieś z tyłu, nigdy nie na pierwszym planie. Wszystko zmieniało się jednak, kiedy wychodził na boisko. Pozwalał wówczas mówić stopom - wspomina Attema. Jego nieprzeciętne umiejętności dostrzegli szperacze Ajaksu Amsterdam, ale zmuszeni byli szybko działać, bo zakusy na młodego van de Beeka czyniło również SBV Vitesse. W 2008 r. nastolatek odbył kilka treningów z trampkarzami „Geel en Zwart”, gdy jego ojciec pewnego dnia dostał telefon od jednego ze skautów „de Joden”. - Nic nie róbcie już w temacie Vitessee, niedługo odezwie się do was Ajax - miał usłyszeć od Dicka Goossensa, Andre Van de Beek. I choćby jego synowi na GelreDrome obiecywano złote góry, jasnym było, że amsterdamczycy mają pierwszeństwo. 

Trochę czasu jednak minęło, nim Donny zaaklimatyzował się w Amsterdamie. Pierwotnie bowiem nie mieszkał w stolicy Holandii, tylko codziennie dojeżdżał tam na treningi (50 km w jedną stronę). Pomagali rodzice, dziadkowie, czasem również trener Dick Vaneveld. Najczęściej plan dnia młodego van de Beeka wyglądał następująco: rano zajęcia w szkole w Nijkerkerveen do południa, później zwolnienie z reszty lekcji i pędzenie autostradą A1 z którymś z opiekunów by zdążyć na popołudniowy trening w Sportpark de Tekomst, a zaraz po skończeniu zajęć, powrót nocą do domu. I tak przez kilka lat, nim de Beek dorósł psychicznie, aby na stałe zamieszkać w Amsterdamie. Dziś zresztą też każdą wolną chwilę poświęca na powrót w rodzinne strony. Już dzień po meczu z Tottenhamem, grał ze znajomymi w lotki i oglądał w jednym z pubów drugi półfinał Ligi Mistrzów. Rodzinny klub wspiera zaś w różnych formach: obecnością  na meczach, finansowo, organizacyjnie. Gdy Johan Cruyff Arena przechodziła gruntowną modernizację, van de Beek załatwił stamtąd ok. 600 siedzeń, które zamontowano na Sportpark Nijkerkerveen. - Serce Donny’ego jest oczywiście czerwono-białe, ale nie mam wątpliwości, że krew płynąca w jego żyłach ma niebieskie barwy Veensche Boys - powiedział niedawno Jan van Leuveren, opowiadający w tym klubie za szkolenie młodzieży.

Ale wracamy ponownie do Amsterdamu. To co powstrzymywało van de Beeka przed przeprowadzką do stolicy, był fakt, że wielkomiejskie życie go przerażało, a w szatni amsterdamskich zespołów juniorskich i młodzieżowych, zamiast serdecznych i zażyłych relacji jakie znał z Nijkerkerveen, trwał zażarty wyścig szczurów. W tych okolicznościach Donny nie mógł się długo odnaleźć. Z kolei gdy już zaczynał czuć się coraz pewniej wśród pozostałych kandydatów na piłkarzy, zewsząd spadać zaczęły na niego liczne ciosy. Najpierw zmarł niezwykle życzliwy mu trener Dick Vaneveld. Następnie okazało się, że guza pleców ma jego brat Rody. W końcu, podczas treningów w Austrii, po upadku zapadł w śpiączkę jego najlepszy przyjaciel z zespołu „de Joden”, Abdelhak Nouri. - Wiele przeżył w tak młodym wieku, ale nie mam wątpliwości, że te wszystkie traumatyczne przeżycia tylko go wzmocniły - stwierdził Dick Gossens. 

Zwłaszcza, że wkrótce wiele lat wyrzeczeń przyniosły efekt w postaci debiutu w pierwszym zespole. - Jest silny na boisku, ale też co ważniejsze, w końcu przestał być nieśmiały. Staje się powoli znakiem rozpoznawczym naszej szkółki - jeszcze przed premierowym występem chwalił go trener Jong Ajax, Dennis Bergkamp. Wkrótce pod tymi słowami podpisał się również były kolega Dennisa z Ajaksu i reprezentacji Holandii, Frank de Boer, który widząc jak de Beek poczyna sobie w zespole młodzieżowym, posłał go w bój w rywalizacji z Celtikiem Glasgow w fazie grupowej Ligi Europy. Holendrzy wygrali 2:1, żółtodzioba nie zżarła trema, zatem już od lutego 2016 r. został członkiem dorosłej drużyny Ajaksu, sezon po sezonie, wyrabiając sobie w ekipie „I Lancieri” coraz mocniejszą pozycję. W debiutanckiej kampanii 2015/2016, po meczu z „The Bhoys” zdążył jeszcze we wszystkich rozgrywkach rozegrać dziewięć spotkań. W sezonie 2016/2017, kiedy z ławki amsterdamskim klubem dowodził już Peter Bosz, wystąpił z kolei w 32 meczach. W dalszym ciągu jednak szwankowała w jego przypadku skuteczność, bo dla czerwono-białych przez pierwsze dwa lata gier zanotował tylko jedno trafienie. Dopiero w sezonie 2017/2018 regularnie zaczął wpisywać się na listę strzelców (łącznie 13 trafień w 39 meczach). Pomogło z pewnością odejście gwiazdora „de Joden”, Davy Klaassena, który przeniósł się do Evertonu, a van de Beek w jego buty wszedł bez większych problemów. A gdy Ajax przejął w grudniu Erik ten Hag i powierzył młodzianowi rolę lidera drugiej linii, ten był już gotowy, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, by poradzić sobie z tą nominacją. 

Nie podpalał się również, gdy latem na klubowy fax co i rusz przychodziły kuszące oferty z najsilniejszych europejskich lig. Najmocniej kusiła AS Roma, która swoimi wdziękami zauroczyła np. Justina Kluiverta. Van de Beek na zaloty rzymian pozostał jednak niewzruszony. - W chwili obecnej najlepsza dla mojego rozwoju jest gra w Ajaksie - powiedział. I lepszej decyzji, aniżeli pozostanie na Johan Cruyff Arena, nie mógł podjąć. Gdy Kluivert junior na Stadio Olimpico w Serie A rozegrał do tej pory 26 spotkań i tylko raz wpisał się na listę strzelców, zaś z rozgrywkami Champions League pożegnał się już na etapie 1/8 finału, jego niedawni koledzy wciąż są w grze o uszaty puchar. De Beek zaś należy do największych „stachanowców” w amsterdamskim zespole. W bieżącym sezonie rozegrał już 54 spotkania, łącznie na boisku przebywając 3858 minut. Daje to blondwłosemu pomocnikowi siódme miejsce wśród najczęściej wykorzystywanych podopiecznych ten Haga.

Latem już nie tak łatwo będzie mu opędzić się od potencjalnych kontrahentów, zwłaszcza, że już mówi się o zainteresowaniu Bayernu Monachium, PSG czy Realu Madryt. „Królewscy”  ogłosili wszem i wobec, że jeśli nie uda im się ściągnąć Paula Pogby z Manchester United, zrobią co mogą, aby zamiast niego sprowadzić właśnie van de Beeka. Holender byłby tańszy zarówno w kwestii kwoty odstępnego (ok. 65 mln euro), jak i koszt utrzymania. Agent pomocnika, Rob Witschge, w przeszłości 31-krotny reprezentant Holandii oraz były gracz m.in. Ajaksu, Saint-Etinne czy Feyenoordu stwierdził tuż po meczu z Tottenhamem: - Na razie mój klient skupia się na końcówce sezonu. Po zakończeniu rozgrywek usiądziemy i wybierzmy co dla niego będzie najlepsze

Van de Beek zaś zaraz po końcowym gwizdku arbitra nie świętował kolejnego triumfu w LM, tylko sprawdził co słychać na grupie jego znajomych na WhatsApp. Bo taki już jest.

Jak napisał o nim niedawno dziennik „AD”: „Chociaż cały świat zna już Donny`ego van de Beeka, ten pozostaje tym samym łagodnym chłopcem, który nie odważy się zdjąć rybki z haczyka. Który po zamknięciu samochodu sprawdza dziesięć razy, czy wszystkie okna i drzwi są naprawdę zamknięte. Donny to tylko Donny. Niedbały chłopak z Nijkerkerveen”.

Nic dodać, nic ująć.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się