var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: teamtalk.com

Twoja wina, twoja wina, twoja bardzo wielka wina, Ernesto! 5 grzechów Valverde z Liverpoolem

Autor: Mariusz Bielski
2019-05-09 13:05:50

W całej historii Ligi Mistrzów zaledwie dwa razy zdarzyło się, by do finału nie awansowała ekipa, która w pierwszym meczu ½ zwyciężyła przewagą 3 goli – Crvena Zvezda w 1971 oraz IFK Goteborg w 1986 roku. Do przedwczoraj, gdy tego niezbyt zacnego grona dołączyła także Barcelona.

Ludzie będą książki pisać o tym, co we wtorek odpierdzieliła Duma Katalonii. Nie wiadomo tylko, czy poszczególnym zawodnikom zadedykowane zostaną osobne rozdziały, czy też nie. Jest natomiast jeden facet, który zasłużył na wyjątkowo skrupulatną, obszerną i krytyczną, rzecz jasna, analizę – Ernesto Valverde.

Porażka 0:4 zmienia perspektywę na wszystko, także na feralny dwumecz z Romą sprzed roku. Wtedy mówiono o wypadku przy pracy, ale skoro historia powtórzyła się w kolejnym sezonie, przypadkowość obu historii należy wykluczyć. A szczególnie tej wtorkowej, bo w dużej mierze to właśnie El Txingurri doprowadził do katastrofy.

Oto jego pięć największych błędów w pojedynku z Liverpoolem:

1. Nie wiedział co chce grać w rewanżu

Zastanawiająca jest ta część wyjściowego składu: „Busquets, Vidal, Rakitić – Coutinho...” Oznaczała mniej więcej tyle, co szukanie półśrodków przez Valverde. Jakby nie mógł się zdecydować, co wybrać – spróbować kontrolować przebieg spotkania czy jednak przygotować się na bardziej bezpośrednią walkę, także pod względem fizycznym.

W pierwszym wariancie jednak powinien był wystawić drużynę w 4-3-3 ze środkiem: „Busquets, Rakitić, ARTHUR – Coutinho”. W drugim zaś 4-4-2: „SEMEDO – SERGI ROBERTO, Rakitić, Busquets, Vidal” gdzie Semedo grałby na prawej obronie, a przed nim albo Roberto, albo Rakitić (i wtedy Sergi na przeciwnej flance). A tak zobaczyliśmy rozwiązanie wypośrodkowane, asekuranckie, które w pewnym stopniu także mogło spowodować niepewność u samych wykonawców taktyki.

Ta ostatecznie obrana strategia po prostu nie miała szans się sprawdzić, skoro jej niektóre jej elementy oraz zadania wyznaczone poszczególnym zawodnikom sobie zaprzeczały. Ofensywne zestawienie personalne w połączeniu z nakazem ostrożnej, lub nawet minimalistycznej  gry musiało się zemścić. Albo jeszcze inaczej można napisać, że trener poniekąd wymagał od swoich podopiecznych rzeczy, których nie potrafią robić. Ani Coutinho nie nadaje się do organizacji gry, zwłaszcza na skrzydle, ani Vidal do jej uspokajania. Wręcz przeciwnie. I nie wiadomo co gorsze – wprowadzenie tych elementów chaosu świadomie, czy jednak nie?

***

2. Wystawił Coutinho na Anfield

Trudno o lepszą definicję sabotażu niż wrzucenie Brazylijczyka do wyjściowej jedenastki na spotkanie o takim ciężarze gatunkowym, także dla niego samego pod względem prywatnym. Wystarczy nawet wziąć pod uwagę fakt w jakich okolicznościach pomocnik odchodził z Liverpoolu – udawana kontuzja, komentarze narzucające presję… Duży brak szacunku do The Reds oraz ich kibiców. Przy jednoczesnej świadomości Valverde co do tego jak wątłą psychikę ma Philippe, było wręcz oczywiste, że facet się spali. Gorąca atmosfera na Anfield (nie mylić z nienawistną) jest w stanie zburzyć pewność siebie u każdego zawodnika. Wiedzą coś o tym w Borussii Dortmund, przeczytajcie w biografii Jurgena Kloppa. Z Coutinho po prostu nie mogło wyjść inaczej.

Niezrozumiały jest upór szkoleniowca Blaugrany wobec tego zawodnika. Od dawien dawna gra piach, miewa zaledwie momenty przebłysków, a i tak często dostaje szanse w meczach, w których przytłacza go sama ich stawka. Nieważne, że jednocześnie na ławce/trybunach wiecznie przesiaduje Malcom, który nawet po bardzo dobrych występach zawsze tam wraca. Idiotyczna sprawa, pokazująca iż w zespole Dumy Katalonii istnieją równi oraz równiejsi, chociaż rzeczywistość pokazuje, że nie ma ku temu racjonalnych argumentów. Można dawać milion oczojebnych sygnałów ostrzegawczych co do własnej dyspozycji jak Coutinho i nadal grać. Albo można starać się, harować, przyczyniać się do ratowania wyników (1:1 z Realem, 2:0 z Espanyolem, 4:4 z Villarrealem, 1:1 z Interem), pracować w defensywie i ciągle być niedocenianym jak Malcom.

Przy czym zauważmy jednak, że nie o samego ex-zawodnika Bordeaux tu się sprawa rozchodzi, bo przecież kosztem Coutinho mógłby zagrać na przykład także Semedo czy Arthur, co wiązałoby się z bardziej logiczną zmianą ustawienia i strategii. Mimo wszystko jednak Valverde w najważniejszym spotkaniu w sezonie wolał postawić na zawodnika, który wiecznie zawodzi. I na rozwiązanie, które wielokrotnie nie dawało właściwych rezultatów. Widzicie w tym jakąś logikę? My nie.

***

3. Fatalnie reagował na wydarzenia boiskowe

W ostatnim czasie Mundo Deportivo opublikowało tekst z wyliczeniem meczów, w których zmiany Ernesto Valverde pozytywnie wpływały na ich przebieg, a Barcelona dzięki nim odnosiła zwycięstwa. Wspominano o El Clasico (5:1), remontadzie z Sevillą (1:2 → 4:2), ponadto starcia z Betisem, Rayo i Lyonem.

Tym bardziej więc dziwi fakt jak irracjonalnie trener Blaugrany podszedł do roszad w rewanżu z Liverpoolem. W pierwszym punkcie wspominaliśmy o fatalnie obranej strategii, więc pytanie nasuwa się samo – czyżby bał się przyznać do błędu? Jeśli tak, to wyjątkowo małostkowe. Jeśli nie, to… Dlaczego, widząc kompletnie utraconą kontrolę po pierwszej połowie, Semedo nie wszedł na ryglowanko od razu po przerwie, gdy wciąż było 0:1? Jaki sens miała defensywna zmiana Nelsona za Cou, w chwili, kiedy Duma Katalonii przegrywała już 0:3? Przecież bronienie tego dawało dogrywkę, głupota.

Analogicznie sprawa ma się z Arthurem – czemu nie pojawił się na murawie w 46. minucie, gdy przejęcie inicjatywy w środku pola pomogłoby gościom bronić się z piłką przy nodze? Po co wszedł na kwadrans przed końcem, skoro wówczas zamiast uspokajania gry potrzeba było rzucić się szturmem na bramkę Alissona? Dlaczego zszedł najbardziej waleczny tego wieczoru Vidal, a nie kompletnie bezużyteczny Rakitić lub Busquets, który nie nadążał za tempem meczu? Zdjęcie akurat Chilijczyka szkoleniowiec uzasadniał zmęczeniem. Ale skoro tak, to dlaczego dał mu grać przez pół godziny z Celtą, kompletnie nieważnym meczu?

Valverde zachowywał się w kwestiach zmian jakby myślał za niego Internet Explorer.

***

4. Nie potrafił natchnąć drużyny

Największa, najważniejsza różnica pomiędzy El Txingurrim a Kloppem? Bez cienia wątpliwości umiejętność zainspirowania swoich podopiecznych. Niemiec powiedziałby ci: „spierdalaj”, a oszalałbyś ze szczęścia na myśl o nadchodzącej wycieczce. Ernesto zdaje się nie mieć w sobie za grosz takiej charyzmy.

Co prawda piłkarze Barcy dotychczas mówili co innego, lecz trudno tego nie podważać, będąc na świeżo po wtorkowym blamażu. Jak musiała wyglądać odprawa przedmeczowa, skoro goście wyszli na Anfield przestraszeni bardziej niż przedszkolaki na widok Buki z Muminków? Pospekulowalibyśmy, ale trudno to sobie nawet wyobrazić. Natomiast jeszcze gorzej o Valverde świadczy chyba fakt, iż po przerwie w podejściu Barcy nie zmieniło się zupełnie nic.

„Panowie, oby tak dalej” - przy 0:1 i obronie Częstochowy brzmiałoby żenująco.
„Jesteście lepsi, musicie w siebie uwierzyć” - albo inne takie coachingowe pudrowanie co najwyżej groteskowo.
„Cholera, ale nas cisną, co z tym zrobić?!” - nieeee, no dajcie spokój, mimo wszystko.

Żaden schemat tu nie pasuje. W sumie z perspektywy boiska mogło to wyglądać podobnie. Realizator wielokrotnie pokazywał Ernesto stojącego przy linii bocznej, zaledwie stojącego sztywno, obserwującego co się właśnie dzieje. I tyle. Żadnej gestykulacji, żadnych krzyków, podpowiedzi dla zawodników, nic. Ktoś mógł spojrzeć na trenera w poszukiwaniu pomocy, a dostrzegł zaledwie kandydata na kolejną głowę rodem z Wyspy Wielkanocnej. Trudno o koncentrację, kiedy twój przywódca wygląda jak ten pies przed komputerem z obrazka: „nie mam zielonego pojęcia co ja tutaj robię”. I potem zdarzają się kwiatki typu gol na 0:4… W nieukojonym przez El Txingurriego strachu należy szukać przyczyn fatalnych błędów indywidualnych, taktycznych oraz rażącej niedokładności w większości aspektów gry.

***

5. Nic się nie nauczył po Romie

To wszystko zaś prowadzi do jednego, ogólnego, lecz najbardziej dobitnego wniosku – szkoleniowiec Barcy w zasadzie praktycznie wcale nie wyciągnął wniosku z ubiegłorocznej tragedii, gdy po zwycięstwie 4:1 z Romą Katalończycy oberwali 0:3 i odpadli z rozgrywek. Później, praktycznie przez cały rok, czytaliśmy wypowiedzi zawodników, jakoby przeanalizowali każdy detal tamtej katastrofy. Że znają dogłębnie przyczyny tamtej porażki i wiedzą doskonale co muszą zrobić, aby uniknąć powtórki z rozrywki.

Jednakże we wtorek otrzymaliśmy dowód na to, iż słynne „wyciągniemy wnioski i wrócimy silniejsi” to frazes godny nie tylko Ekstraklasy. Trudno to inaczej postrzegać. O nauce na własnych błędach zawsze najłatwiej się gada. – Doświadczenie musi się na coś przydać (…) Widzieliśmy ich grę i tempo, jakie utrzymują w swoich meczach. Nie wolno nam mieć zbyt dużego zaufania [do siebie i uzyskanej przewagi]. Dwumecz pozostaje otwarty i jeszcze nie awansowaliśmy – co prawda mówił Valverde na przedmeczowej konferencji, choć finalnie okazało się to pustosłowiem.

A scenariusz rewanżów z Romą i LFC był niemal bliźniaczy:

  • Dżeko na 1:0 w 6. minucie i Origi na 1:0 w 7.
  • De Rossi na 2:0 w 58. minucie, Wijnaldum x2 w 54. i 56.
  • Decydujący go Manolasa na 3:0 w 82. minucie, Origi na 4:0 w 79.
  • Szalenie intensywny pressing Liverpoolu, z którym zbyt wolno reagująca Blaugrana kompletnie sobie nie radziła, podobnie jak rok temu z Romą
  • The Reds z wysoko ustawioną linią obrony, dzięki czemu miejsca w środku pola było bardzo mało, co ułatwiło pressing zespołowi Kloppa i uniemożliwiło gościom swobodne rozgrywanie. Rzymianie uczynili tak samo
  • Bardziej niż zabieranie Messiemu piłki liczyło się odcięcie go od podań i w zasadzie ta taktyka w obu przypadkach zdała egzamin
  • Argentyńczyk zarówno wtedy jak i we wtorek nie miał praktycznie żadnego sensownego wsparcia w kolegach z ofensywy. Zagrożenie pod bramką Alissona wynikało głównie z jego inicjatywy
  • W Rzymie i w Liverpoolu Valverde robił podobnie asekuranckie zmiany, choć przedwczoraj dodatkowo były one absurdalnie spóźnione
  • The Reds zmiażdżyli Dumę Katalonii fizycznie, zarówno taką zwyczajną siłą przebicia, jak i kondycyjnie, skoro przebiegli o 7km więcej w przeciągu 90 minut. Roma też „zabiegała” na własną korzyść tamten rewanż
  • Coutinho był równie bezproduktywny jak wówczas Iniesta
  • Dla zagubionego Suareza nie istniała alternatywa, podobnie co w rewanżu z Romą. W ogóle ostatniego wyjazdowego gola w Lidze Mistrzów Urugwajczyk strzelił w 2015 roku. Brzmi jak żart, a jednak jest prawdziwe
  • Podobnie jak rok temu Valverde nie potrafił jakkolwiek natchnąć, zainspirować swoich podopiecznych, o czym pisaliśmy wcześniej

Podobieństwa można wymieniać i wymieniać, a to tylko gorzej świadczy o przygotowaniu samego El Txingurriego do meczu. Na tak wysokim poziomie, w tak dalekiej fazie najważniejszych rozgrywek na świecie popełnić dosłownie identyczne błędy? Ignoranctwo wysokich lotów. Wydaje się, że to może być już zbyt wiele. Nie zdziwilibyśmy się, gdyby Ernesto właśnie przeżywał swoje ostatnie chwile w roli trenera Barcelony. W chwili, gdy kończymy ten tekst, Sport podał info: „To są jego ostatnie godziny...”.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się