var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: Youtube / screen

Dramat poprzedzony euforią? Czyli poczekajmy na finał Ligi Mistrzów

Autor: Adrian Kowalczyk
2019-05-09 14:34:21

Kto nie oglądał, niech żałuje. To, co uczynili we wtorek piłkarze Liverpoolu w starciu rewanżowym półfinału Ligi Mistrzów z Barceloną, było czymś, za co miliony ludzi na całym świecie kochają futbol – nieprawdopodobnym zwrotem akcji. Dziś wszyscy patrzą więc z zazdrością i podziwem w kierunku graczy i kibiców „The Reds”, ale czy stan ten nie ulegnie zmianie 1 czerwca? Dramat wciąż może nastąpić.

Moglibyśmy napisać, że w odwiecznym sporze wierzących z ateistami, we wtorek to ci pierwsi zyskali argument przemawiający na korzyść ich racji w postaci cudu, który miał miejsce na Anfield. Tylko, czy rzeczywiście był to cud? Jeśli rzeczywiście Bóg istnieje i maczał w zwycięstwie Liverpoolu z Barceloną swój wszechmocny palec, nie można wszystkiego przypisywać skuteczności modlitw wygłaszanych przez fanów „The Reds”.

W końcu gdyby nie genialny trener Klopp, świetnie interweniujący Alisson, zupełnie odmieniony po pierwszym meczu na Camp Nou van Dijk, skuteczni do bólu Wijnaldum i Origi, sprytny Alexander-Arnold i FENOMENALNI kibice LFC, możliwe, że tym mitycznym kamieniem, którego nie byłyby w stanie unieść ponad głowę Wszechmogący byłoby właśnie odrobienie trzybramkowej straty przez Liverpool i jego awans do finału Ligi Mistrzów nawet bez konieczności rozegrania dogrywki. Nie mieszajmy zatem Boga w losy wtorkowego spotkania, lecz skupmy się na zwycięzcach.

Patrząc na postawę graczy „The Reds”, osłabionych brakiem Firmino i Salaha, można było zazdrościć wszystkim ich fanom tych niesamowitych emocji. Wszyscy pamiętamy, jak w 2005 r. dokonali nie-możliwego, odwracając losy finału Champions League w Stambule, przegrywając do przerwy 0:3, by w serii rzutów karnych to Jerzy Dudek wyszedł z nich obronną… rękawicą. Były jeszcze inne tego typu spotkania, choć zapewne mniej medialne, bo dotyczące innych rozgrywek.

We wtorek zaś wydarzyło się TO! Dawid ponownie przybrał czerwone barwy, by pokonać Goliata. Znów zahaczymy o religię, ale czasami jednak rzeczywiście trudno nie przypisać piłkarzom klubu z czerwonej części Liverpoolu mocy nadprzyrodzonych.

Z jednej strony bardzo zazdrościliśmy fanom LFC możliwości dumnego kroczenia z głowami podnie-sionymi na maksymalną wysokość chwilę po tym, jak Origi trafił na 4:0 po świetnie rozegranym kor-nerze. Chcielibyśmy poczuć dokładnie to, co kibice „The Reds”. Z drugiej strony jednak... za żadne pieniądze nie zamienilibyśmy się z nimi miejscami, jeśli okaże się, że nie wygrają tegorocznej Ligi Mi-strzów.

A może przecież tak być… Na drodze stanie im Tottenham, dojdzie do angielskiego finału. Liverpool zdecydowanie nie może być pewien wygranej, choć dziś wszystkim jego miłośnikom oraz samym zawodnikom wydaje się to zapewne niemożliwe. A jednak! Wystarczy, że stracą przypadkową bramkę, a przeciwnik następnie szczelnie zamuruje dostęp do swojej, by znakomity w wydaniu LFC sezon zakończył się wielkim smutkiem w postaci pozostania bez żadnego trofeum. 

W poniedziałek ostateczny chyba („chyba”, bo po tym, co zaprezentował Liverpool w rewanżu z Bar-celoną, niczego już nie można być pewnym) cios w walce o tytuł mistrza Anglii zadał Manchester City, a właściwie to Vincent Kompany, zdobywając cudownego gola na wagę zwycięstwa w spotkaniu z Leicester. Trudno przypuszczać, by „Obywatele” przegrali w ostatniej kolejce z Brighton & Hove Albion (17. klub w tabeli nie gra już o nic, ponieważ jest pewny utrzymania w Premier League), więc nawet najwyższe zwycięstwo Liverpoolu z Wolverhampton sprawi, że na mecie rozgrywek o zaledwie jeden punkt i tak (najprawdopodobniej) będzie musiał on zadowolić się drugim miejscem i liczyć, że wreszcie sezon 2019/2020 przyniesie wreszcie wyczekiwane od 1990 r. mistrzostwo kraju. Szansa zdobycia Pucharu Europy jest więc ostatnią na uratowanie znakomitego w wykonaniu „The Reds” sezonu. Jeśli jednak nie zostanie wykorzystana… Strach pomyśleć, co będzie się dziać w głowach wszystkich osób w mniejszym lub większym stopniu związanym z klubem.

Podobno to porażki, zwłaszcza te najbardziej dotkliwe, napędzają do działania i sprawiają, że pokonani powracają po pewnym czasie do walki, by kolejny raz spróbować sięgnąć po zwycięstwo. Czy jednak możliwe jest mentalne podniesienie się po zakończeniu sezonu, w którym przegrywasz (najpewniej) mistrzostwo kraju zaledwie o jeden punkt, mając ich na koncie prawie 100, i schodzisz pokonany z murawy Wanda Metropolitano (na tym stadionie odbędzie się finał Champions League) z opuszczoną głową, choć po rewanżu z Barceloną niemożliwe wydawało Ci się nie istnieć? Chyba nie…

W razie porażki ze „Spurs” w głowach piłkarzy Liverpoolu będzie ona już tkwić do końca życia. Kto wie, czy nawet mistrz motywacji Klopp nie będzie już nigdy tym samym Kloppem, co teraz. Czy Salah nie odejdzie z Anfield, a za nim po pewnym czasie również kilku innych kluczowych graczy, czując, że skoro nie udało się teraz, to już nigdy z LFC nie wygrają Premier League lub Ligi Mistrzów? Całkiem prawdopodobne.

Być dziś kibicem LFC to duma i honor. Ale 1 czerwca w godzinach wieczornych może okazać się, że nieprawdopodobny powrót w dwumeczu z „Barcą” był jedynie wisienką na torcie, który, choć po wierzchu został polany najsłodszą czekoladą, w środku będzie miał znacznie bardziej gorzki smak. Bo finał LM to, niestety, nie faza play-off Championship, w której do Premier League awansować może drużyna przegrywająca w pierwszym meczu 0:8 i pokonująca rywala w rewanżu 1:0 (śmiech w nawia-sie).

A zatem chwila dekoncentracji, jeden błąd, przypadkowy gol i wówczas nawet święty Boże nie pomoże. Czy Liverpool wygra Ligę Mistrzów? Szanujemy Tottenham, ale we wtorek „The Reds” pokazali, że w lepsze ręce w tym roku uszate trofeum wpaść nie może. Zdecydowanie.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się