var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: własne

cOUTinho

Autor: Mariusz Bielski
2019-05-09 17:31:14

Nie będę uderzał w jakieś patetyczne tony. Nie ma po co. Nie przy roztrwonieniu 0:3 z pierwszego meczu. No jesteśmy dziadami. Zapytajcie ter Stegena, zapytajcie Albę, zapytajcie innych kurwa chłopaków, co kurwa zrobili.

Ale przede wszystkim zapytajcie jednego gościa – Coutinho.

Zanim zasiadłem do tego tekstu naczytałem się o winowajcach. O Messim, który niby znów zawiódł w kluczowym momencie, aczkolwiek pamiętajmy, że jedyne zagrożenie pod bramką Alissona wynikało akurat z aktywności Argentyńczyka. O Vidalu, który jest tyleż waleczny, co chaotyczny. Idzie się z tym zgodzić, aczkolwiek sądzę jednocześnie, że bez niego Barca wyglądałaby przedwczoraj jeszcze gorzej. O Albie, który rozegrał najgorsze spotkanie od lat, z czym nie sposób dyskutować. O tym, co by było, gdyby Dembele skutecznie wykończył kontrę z końcówki pierwszego meczu, chociaż gdybologia nie ma sensu. O absurdalnym braku koncentracji przy 4. trafieniu dla Liverpoolu, czego zresztą racjonalnie wytłumaczyć się nie da.

Każdy jakoś przysłużył się do tego blamażu, aczkolwiek moim zdaniem wtorkowa kompromitacja ma twarz Coutinho. Jego obecność na boisku sprawiła, że Barca grała praktycznie w 10. Brazylijczyk był na boisku tylko ciałem. Myślami na pewno chciał uciec jak najdalej od Anfield.

Początkowo chciałem napisać, iż pomocnik „zawiódł”, choć to nie do końca dobre słowo. Jeszcze przed dwumeczem spodziewałem się, iż raczej nie będzie można na niego liczyć w tej rywalizacji. Według mnie aktualnie w Dumie Katalonii nie ma piłkarza bardziej kruchego psychicznie od Philippe. Kiedy Bóg rozdawał cojones, Cou stał w kolejce po umiejętności techniczne. Później jednak zapomniał się upomnieć także o odpowiedni charakter, który umożliwiłby mu regularne pokazywanie ich na najwyższym poziomie. Jakkolwiek spojrzeć, mówimy bowiem o zawodniku potrafiącym wyczyniać cuda z piłką przy nodze, aczkolwiek tak bardzo pozbawionym pewności siebie, aż nieumiejącym kompletnie wykorzystać własnego potencjału. Bez tego drugiego pierwsze nie ma prawa satysfakcjonująco funkcjonować.

Dwumecz z LFC obnażył to brutalnie. Zwłaszcza we wtorek odnosiłem wrażenie, iż pomocnik biega po murawie o 30 kilo cięższy, bo chwilę wcześniej, w tunelu, tak obficie narobił ze strachu w spodenki. Z ciekawości zerknąłem sobie w liczby i oczywiście one to potwierdzają:

  • W rewanżu z The Reds przez godzinę zanotował zaledwie 37 kontaktów z piłką, mniej mieli tylko Lenglet (31) i w sumie odcięty od gry Suarez (27)
  • Zaliczył 2 próby dryblingu, obie nieudane
  • Nie wykonał ani 1 kluczowego podania
  • Oddał na bramkę Alissona 1 strzał – w tak dobrej sytuacji, że powinien zakończyć się golem. Wyszło raczej coś w rodzaju podania i to wprost w jego rodaka
  • Ani razu nie został sfaulowany
  • Zanotował za to 2 straty

 

 

 

Krótko rzecz ujmując – facet przeszedł obok meczu. Nowe, nie znałem!

Można byłoby mu wybaczyć, jeśli taka historia zdarzyłaby mu się pierwszy razy. Albo inaczej – gdyby z 10 spotkań notował 2 kiepskie, lecz proporcje są odwrotne. Beznadziejnie jak na gościa, który według Guardiana kosztował 120+40 baniek. Nie sądzicie?

Proporcje ceny do dawanej przez Brazylijczyka jakości są zatrważające. Do tego stopnia, iż zastanawiam się, czy Philippe nie powinien zostać uznany za większą wpadkę transferową od takiego Andre Gomesa. Z prostego powodu – za Portugalczyka zapłacono ponad 100 milionów mniej, a i oczekiwania wobec niego nie były tak wysokie. Tymczasem ja, oglądając kolejny kiepski występ w wykonaniu naszego Canarinho, wyobrażam sobie Josepa Bartomeu, prezydenta Barcy, wrzucającego łopatą do pieca wielką górę forsy. Chociaż jednocześnie chciałbym zaznaczyć, że to nie jest jakiś wielki przytyk w kierunku zarządu Blaugrany, wszak patrząc z perspektywy momentu, w którym ściągano naszego bohatera na Camp Nou, jego transfer wydawał się racjonalny pod wieloma względami.

Dziś jednak marzy mi się, aby ktoś go z Camp Nou wyciągnął. Wczoraj zresztą przez mój timeline na twitterze śmignęło info, jakoby sama Barca również straciła cierpliwość do Coutinho. W najbliższych dniach dyrektorzy mieliby się spotkać na zebraniu kryzysowym, gdzie jednym z głównych tematów byłoby rozstrzygnięcie przyszłości pomocnika w Barcelonie. Wiecie co z nim zrobić, jak to kiedyś stwierdził Rychu Peja.

Oczywiście w całej tej sprawie jest sporo winy samego Ernesto Valverde, bo to on zdecydował, iż Brazylijczyk wybiegnie w wyjściowej jedenastce. Pierwszy mecz to jeszcze jak cię mogę, ale w rewanżu? Na Anfield, z którym żegnał się w sposób pozbawiony taktu oraz szacunku wobec klubu i jego kibiców? Przecież to było oczywiste, że cała otoczka siądzie mu mocno na bani. Nie wmówicie mi zatem, iż tej tragedii w wykonaniu pomocnika nie dało się przewidzieć. Moim zdaniem była oczywista niczym opady śniegu w styczniu.

W ogóle patrzę sobie na przedwczorajszy wyjściowy skład Barcy i zastanawia mnie ta część: „Busquets, Vidal, Rakitić – Coutinho...” Według mnie oznaczało to mniej więcej tyle, co szukanie półśrodków przez Valverde. Jakby nie mógł się zdecydować, co wybrać – spróbować kontrolować przebieg spotkania czy jednak przygotować się na bardziej bezpośrednią walkę, także pod względem fizycznym.

W pierwszym wariancie jednak powinien był wystawić drużynę w 4-3-3 ze środkiem: „Busquets, Rakitić, ARTHUR – Coutinho”. W drugim zaś 4-4-2: „SEMEDO – SERGI ROBERTO, Rakitić, Busquets, Vidal” gdzie Semedo grałby na prawej obronie, a przed nim albo Roberto, albo Rakitić (i wtedy Sergi na przeciwnej flance). A tak zobaczyliśmy rozwiązanie wypośrodkowane, asekuranckie, które w pewnym stopniu także mogło spowodować niepewność u samych wykonawców taktyki, z Coutinho na czele.

Nie wiem czy dzisiaj da się jakkolwiek bronić pomocnika w kontekście jego przyszłości w Barcelonie. Można jedynie wałkować non stop argument o jego potencjale, ale – do jasnej cholery – przecież nie mówimy o 20-letnim wychowanku, lecz o w pełni ukształtowanym piłkarzu, z 27 wiosnami na karku, którego ściągano by zastąpić Iniestę/Neymara, który miał być jedną z gwiazd drużyny, za którego wyłożono – jeszcze raz podkreślam – 120+40 milionów.

Poza tym 1,5 roku to zdecydowanie wystarczający czas, aby pokazać ile jest się w stanie dać drużynie, a Cou oferuje bardzo mało. Do tego stopnia, iż swój najlepszy mecz w barwach Blaugrany rozegrał z Levante, gdy zaliczył hattricka. Przy czym warto pamiętać, że było to spotkanie o worek gruszek. W przedostatniej kolejce mistrzostwo dla podopiecznych Valverde było już klepnięte, a sama Duma Katalonii przegrała wówczas 4:5. Jedyna stawka jaką posiadało tamto spotkanie dotyczyła tego, aby nie zepsuć kuponów kibiców. Wymowne, prawda?

No nie ma czym bronić Brazylijczyka, argumenty po prostu nie istnieją. A skoro tak, to proponuję Barsie wystawić go na sprzedaż, a tego kto złoży najwyższą sensowną ofertę jeszcze pocałować w rączkę w ramach podziękowań.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się