var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: dreamteam.fc

Nie tylko Ajax. Kto jeszcze w XXI wieku triumfował w Lidze Mistrzów Serc Kibiców?

Autor: Maciej Kanczak
2019-05-09 19:05:30

Fenomenalną postawą w meczach z Bayernem Monachium, Realem Madryt czy Juventusem piłkarze Ajaksu Amsterdam rozkochali w sobie pół Europy. Sęk w tym, że za wrażenia artystyczne nikt nie otrzymał jeszcze Pucharu Mistrzów.

Nawet najtwardszy kibic piłkarski, widząc wczoraj leżących na murawie załamanych piłkarzy „de Joden” po końcowym gwizdku rywalizacji z Tottenhamem uronił pewnie niejedną łzę. Podopieczni Erika ten Haga prezentowali bowiem niemal przez cały sezon w Lidze Mistrzów futbol nieziemski, by pewny awans do finału dać sobie wydrzeć w ostatniej chwili. Na pocieszenie dla Frenkiego de Jonga i spółki, nie tylko oni w XXI wieku podbili serca fanów na całym świecie, nie wygrywając jednak Champions League.

***

Valencia CF - sezon 1999/2000 i 2000/2001

Mimo że przez cała lata 90-te „Nietoperze” były w czołówce Primera Division, dopiero w sezonie 1999/2000 zadebiutowały w Lidze Mistrzów. Na salony weszły (a w zasadzie wleciały) jednak z prawdziwą pompą, dwa razy z rzędu dochodząc do decydującego spotkania.

O tym, że coś wisi w powietrzu kibice mogli przekonać się jesienią, kiedy to „Els Taronges” wygrali grupę F, wyprzedzając m.in. Bayern Monachium (w I rundzie fazy grupowej zremisowali w obu starciach z „Bawarczykami”). Piękny sen mógł się jednak skończyć wraz z nadejściem wiosny, bo w II rundzie fazy grupowej piłkarze z Estadio Mestalla nie byli już tak skuteczni. W grupie B najlepszy okazał się Manchester United, a Valencia do ostatnich sekund toczyła korespondencyjny bój o 2. miejsce z AC Fiorentina. Przed szóstą kolejką oba zespoły dzieliły dwa punkty. „Los Murcielagos” zremisowali bezbramkowo u siebie z „Czerwonymi Diabłami”. Gdyby w tym samym czasie „Viola” pokonała Girondins Bordeaux to Włosi znaleźliby się w ¼ finału. Spotkanie na Stadio Artemio Franchi także zakończyło się remisem (3:3), a awans Gabrielowi Batistucie i spółce w 93. minucie zabrał pomocnik „Żyrondystów”, Laurent Battles.

Nikt jednak w „Los Ches” nie upatrywał kandydatów do sprawienia niespodzianki w fazie pucharowej, a oni właśnie wtedy wznieśli się na wyżyny swoich umiejętności. W ¼ finału rozbili u siebie SS Lazio 5:2, by w rewanżu przegrać nieznacznie 0:1. W półfinale okrutnie obeszli się z FC Barcelona, którą pokonali 4:1. Wygrana „Dumy Katalonii” na Camp Nou 2:1 dla losów awansu do finału w Paryżu nie miała już żadnego znaczenia. W decydującym starciu na Stade de France już czekał Real Madryt, który po roku przerwy znów chciał wrócić na tron. Był to zresztą historyczny mecz, bo po raz pierwszy w finale Champions League zmierzyły się dwa zespoły z tego samego kraju. O ile w poprzednich meczach ze strony „Nietoperzy” można było oglądać pokaz spektakularnych fajerwerków, o tyle w podparyskim St. Denis gracze Valencii odpalili co najwyższej ognie rzymskie, które trochę tylko poświeciły, nie wydając jednak żadnego huku. Był to jeden z najbardziej jednostronnych finałów Ligi Mistrzów w historii, który „Królewscy” wygrali bez zbędnego wysiłku 3:0.

Mimo finałowej klęski nie można się było nie zachwycać Valencia CF. Hector Raul Cuper, który ze skromną RCD Mallorca rok wcześniej doszedł do finału Pucharu Zdobywców Pucharów, tym razem powtórzył to osiągnięcie z VCF. W jego zespole mieszały się ze sobą trzy grupy zawodników: piłkarze niedoceniani i niespełnieni w wielkich klubach - Santiago Canizares (Real Madryt), Gerard Lopez, Mauricio Pellegrino (FC Barcelona), gracze którzy na koniec kariery chcieli jeszcze sprawdzić się w innych ambitnych miejscach (Jocelyn Angloma - ex zawodnik m.in. Olympique Marsylia czy PSG czy długoletni defensor Deportivo La Coruna, Miroslav Djukić) oraz zawodnicy w najlepszym dla swoich karier wieku, ale wciąż szerszej publiczności stosunkowo nieznani (Killy Gonzalez, Claudio Lopez, Gaizka Mendieta, Angulo). Udało się z tych zawodników będących na zupełnie różnych etapach swojej futbolowej drogi stworzyć argentyńskiemu szkoleniowcowi team, zarówno efektowny, jak i efektywny. A jego płucami, mózgiem i sercem był wówczas Mendieta, który grę w środku pola wyniósł do rangi sztuki.

Nic dziwnego, że po tak znakomitym sezonie do drzwi Estadio Mestalla latem 2000 zapukało wielu znakomitych zawodników. Od sezonu 2000/2001 biało-pomarańczowo-czarne barwy Valencia CF zaczęli zakładać tacy gracze jak Roberto Ayala (AC Milan), Didier Deschamps (Chelsea) i Zlatko Zahović (Olympiakos). W 100% sprawdził się jednak tylko ten pierwszy, który ze swoim rodakiem Pellegrinim stworzył niezapomniany duet środkowych obrońców. Nową jakość do zespołu dostarczyli za to piłkarze młodzi i szerzej nieznani jak Pablo Aimar, Ruben Baraja czy John Carew, wspierani oczywiście przez dotychczasowe gwiazdy.

Mimo że reszta stawki na niespodziewanych finalistów z poprzedniego sezonu zwracała już baczniejszą uwagę, ci znów dotarli do meczu decydującego o trofeum. Mecze wygrywali tym razem jednak rutyną i spokojem, a nie fantazją jak w rozgrywkach 1999/2000. W finale z Bayernem Monachium znów byli jednak bezradni, tym razem przegrywając w rzutach karnych (podopieczni Cupera nie wykorzystali wówczas trzech jedenastek, a każdy z pechowców na bramkę Olivera Kahna uderzał lewą nogą - Zahović, Amadeo Carboni, Pellegrino). Może udałoby się Hiszpanom wywalczyć Puchar Mistrzów, gdyby na San Siro w Mediolanie mierzyli się z którymś przedstawicieli Premiership? Wszak w drodze do Włoch rywalizowali w grupie z Manchesterem United (0:0 i 1:1), a następnie w fazie pucharowej z Arsenalem (1:2 i 1:0) oraz Leeds United (0:0 i 3:0).

***

Leeds United - sezon 2000/2001

W sezonie 1999/2000 zespół z Elland Road doszedł do półfinału Pucharu UEFA, gdzie lepszy okazał się późniejszy triumfator tych rozgrywek, a więc Galatasaray Stambuł. Mimo porażki, była to naprawdę udana kampania w wykonaniu „The Whites United”, którzy przecież także w Premiership znaleźli się na najniższym stopniu podium.

Sukcesów w Lidze Mistrzów nikt jednak drużynie Davida O`Leary`ego nie wróżył. Biało-niebiesko-żółci zagrali jednak na nosie futbolowym ekspertom i po wybiegach Champions League przechadzali się dumnie jak pawie.

Zwłaszcza że pozostałe kluby z ligi angielskiej w tamtym sezonie sromotnie przegrały. W ¼ finału Arsenal w dwumeczu był gorszy od Valencia CF (2:1 i 0:1), zaś mający ambicje ponownie wygrać LM Manchester United nie miał żadnych szans z Bayernem Monachium (0:1 i 1:2). Gracze z hrabstwa West Yorkshire w tym samym czasie z kolei najpierw odprawili z kwitkiem Deportivo La Coruna (3:0 i 0:2), i dopiero w półfinale lepsza okazała się od nich Valencia CF (0:0 i 0:3).

Nie był to oczywiście sezon naznaczony samymi triumfami, bo i „The Peacoks” zdarzały się wówczas wpadki (w I rundzie fazy grupowej klęska 0:4 z FC Barcelona, zaś w II rundzie dwie porażki z Realem Madryt 0:2 i 2:3). Grunt jednak w tym, że w ostatecznym rozrachunku minusy nie przysłoniły plusów.

Siłą teamu O`Leary`ego był fakt, że zespół nie posiadał jednej gwiazdy, wokół której wszystko się kręciło. Oczywiście najczęściej do siatki rywali trafiali Alan Smith i Mark Viduka, ale równie wielki wkład w grę Leeds mieli wówczas również młody i perspektywiczny Rio Ferdinand, znakomicie wykonujący stałe fragmenty gry Ian Harte, bezwzględny i bezkompromisowy w środku pola Lee Bowyer czy przebojowy skrzydłowy Harry Kewell.

***

Bayer Leverkusen - sezon 2001/2002

„Aptekarze” do historii europejskiego futbolu mogli przejść jako pierwszy niemiecki zespół, który zdobył potrójną koronę. W annałach piłki nożnej zapisali się jednak jako „Neverkusen”, gdyż na finiszu przegrali wszystkie rozgrywki, w których brali udział. W Bundeslidze o punkt lepsza okazała się Borussia Dortmund, w Pucharze Niemiec ostatecznie zwyciężyło Schalke 04 Gelsenkirchen, zaś Puchar Mistrzów piłkarzom z Leverkusen sprzed nosa sprzątnął Real Madryt.

Nim jednak Raul i Zinedine Zidane w finale na Hampden Park w Glasgow pokonali Hansa-Joerga Butta, podopieczni Klausa Topmollera niejednego faworyta odprawili z kwitkiem. W I rundzie fazy grupowej byli lepsi od Olympique Lyon, pokonali również u siebie FC Barcelona. W wielkim stylu wygrali również II rundę grupową, triumfując w starciach z Deportivo La Coruna 4:2 i Juventusem 3:1, (choć gwoli prawdy trzeba przyznać, że zdarzały im się również poważne wpadki takie jak 0:4 z Juve czy 1:4 z Arsenalem). Grunt, że „Aptekarze” z tych nielicznych potknięć (zwłaszcza z „Kanonierami” których u siebie także nie potrafili pokonać), wyciągnęli wnioski i w fazie pucharowej nie mieli już litości dla pozostałych angielskich klubów.

W ćwierćfinale, po szalonym dwumeczu (0:1 na wyjeździe i 4:2 u siebie), pokonali Liverpool FC z Jerzym Dudkiem w bramce, natomiast w półfinale, dzięki korzystniejszemu bilansowi bramek zdobytych na wyjeździe, wyeliminowali Manchester United. W finale jednak brytyjska ziemia nie była już dla graczy z BayArena reymontowską „ziemią obiecaną”. „Królewscy” tamtego majowego wieczoru jak najbardziej byli do pokonania. Mecz życia rozgrywał jednak wówczas wprowadzony w drugiej połowie za kontuzjowanego Cesara, Iker Casillas, który w końcówce spotkania w fenomenalny sposób obronił strzały Michaela Ballacka, Dimitara Berbatowa i Carstena Ramelowa.

W ekipie „Den Apothekern” wszystko w głównej mierze zależało od osoby Michaela Ballacka, który był wówczas bez wątpienia jednym z najlepszych piłkarzy świata. Urodzony w Goerlitz pomocnik nie tylko był reżyserem i kreatorem gry swojego zespołu, ale też znakomicie radził sobie w roli egzekutora (16 meczów i sześć goli w tamtej edycji Champions League). Nie róbmy jednak z tamtego Bayeru drużyny uzależnionej wyłącznie od jego zawodnika, bo architektów tamtego sukcesu było zdecydowanie więcej. W bramce pewnym punktem był Butt, za spokój w defensywie odpowiadał przede wszystkim Lucio (który także znakomicie czuł się w polu karnym przeciwnika, strzelając gole Liverpool FC i Realowi), w pomocy Ballackowi dzielnie sekundowali znakomicie wyszkoleni technicznie Yildiray Basturk i Ze Roberto oraz bardziej skupiający się na grze w destrukcji Carsten Ramelow i Bernd Schneider. W ataku zaś błyszczał Oliver Neuville.

Mimo faktu, że ta bajka nie skończyła się szczęśliwie, w kraju związkowym Nadrenia-Północna Westfalia sezon 2001/2002 po dziś dzień wspomina się z wielkim sentymentem. Uli Hesse w książce „Tor! Historia niemieckiej piłki nożnej” tak wspominał tamte rozgrywki w wykonaniu „Die Werkself”: „W rzeczywistości jednak ta kampania była olbrzymim osiągnięciem, a w klubie byli i wciąż są z tamtego sezonu dumni. Dla porównania Borussia Dortmund może i przez chwilę wyglądała jak wspaniały zwycięzca, ponura prawda jednakże była taka, iż mania wielkości wciągnęła ich w zaklęty krąg: zaciągali coraz większe długi, by móc pozwolić sobie na kupno gwiazd, które zapewniłyby sukces, a pieniądze z Ligi Mistrzów potrzebne były do spłacenia innych długów”.

***

AS Monaco - sezon 2003/2004

Mający wielkie umiejętności, ale nie przedstawiający dla Realu Madryt żadnych wartości marketingowych Fernando Morientes, niedoceniany w ojczyźnie Flavio Roma oraz dobijający do 30-stki Dado Prso, w Księstwie grający już piąty sezon, ale wciąż nie mogący się dorobić statusu wielkiej gwiazdy. Trójka weteranów plus piłkarze młodzi albo bardzo młodzi, koniecznie chcący się wybić z przeciętności, a więc Patrice Evra, Ludovic Giuly, Hugo Ibarra, Jarolav Plasil czy Jerome Rothen. Z ławki zaś tą mieszanką rutyny z młodością dowodził stawiający pierwsze kroki w trenerskim fachu Didier Deschamps. Ta mieszanka długo bulgotała w tym piłkarskim kociołku, ale gdy wybuchła, jej huk usłyszał cały Stary Kontynent.

O ASM pierwszy raz zrobiło się głośno, kiedy w meczu fazy grupowej rozgromiło etatowego uczestnika Ligi Mistrzów, Deportivo La Coruna 8:3. Wspomniany wcześniej Prso strzelił wówczas cztery gole, ale ani nikt nie przypuszczał wówczas, że Chorwat będzie jedną z największych gwiazd tamtej edycji CL, ani że wraz z kolegami dotrze aż do wielkiego finału w Gelsenkirchen. Tym bardziej, że po zwycięstwie grupy C, w fazie pucharowej awans „Les Rouge et Blanc” za każdym razem wisiał na włosku. W 1/8 finału piłkarze z Księstwa przegrali w Moskwie z Lokomotiwem 1:2, by u siebie wygrać skromnie 1:0. W ¼ finału polegli na Santiago Bernabeu z Realem Madryt 2:4, ale na wyżyny umiejętności wznieśli się w domowym rewanżu, a wygrana 3:1 wystarczyła do sensacyjnego awansu. Po zwycięstwie w pierwszym meczu z Chelsea 3:1, wydawało się, że miejsce w finale gracze DD mają już zagwarantowane. A gdzie tam! „The Blues” po 44. minutach prowadzili 2:0, co jednak nie załamało przedstawicieli Ligue 1, którzy w ciągu kwadransa wyrównali stan rywalizacji.

Deschamps w sezonie 2003/2004 stworzył prawdziwą bestię. W dwunastu meczach poprzedzających finał, jego piłkarze strzelili 46 goli. Tylko w grupowym starciu z AEK Ateny nie potrafili znaleźć drogi do bramki rywali. Siłą Monaco byli ultraofensywnie grający boczni obrońcy (Patrice Evra i Hugo Ibarra) oraz kreatywni i znakomicie wyszkoleni technicznie pomocnicy (na czele z Giulym i Rothenem). Duet napastników Morientes-Prso rozumiał się niemal bez słów, zaś w odwodzie przyszły selekcjoner reprezentacji Francji miał młodych, zdolnych i głodnych gry Emmanuela Adebayora i Shabaniego Nondę.

Wszystkie te atuty okazały się jednak nie wystarczające w finałowej rozgrywce z FC Porto. „Smoki” dowodzone przez Jose Mourinho nie grały tak porywającego futbolu, jak ich rywale z Francji, ale w obliczu próby doskonałą organizacją taktyczną zdecydowanie przewyższały graczy Monaco, pewnie zwyciężając 3:0. - Jestem bardzo rozczarowany. Rozegraliśmy wspaniały sezon, a kończymy go z niczym - nie mógł odżałować zmarnowanej szansy swojego zespołu Deschamps po końcowym gwizdku arbitra.

***

Borussia Dortmund - sezon 2012/2013

Nie ma co ukrywać, jeśli drużynie Jurgena Kloppa nie kibicowała cała Polska, to przynajmniej znaczna jej część. To chyba wówczas ostatecznie pozbyliśmy się ostatnich wątpliwości czy Robert Lewandowski faktycznie jest czołowym napastnikiem świata, Łukasza Piszczka zaczęliśmy umieszczać w gronie najlepszych prawych obrońców Starego Kontynentu, zaś o Jakubie Błaszczykowskim przestaliśmy myśleć tylko jako o pomocniku solidnym. Prawda jest też taka, że całą naszą patologiczną miłość do klubów znad Wisły i reprezentacji przerzuciliśmy na BVB. To była dla nas namiastka kadry, która w eliminacjach MŚ 2014 z każdym meczem oddalała się od wyjazdu do Brazylii. Była dla nas jak ukochany zespół, który w końcu zakwalifikował się do Champions League.

Długo jednak trwało, zanim na Signal-Iduna Park kibice uwierzyli w sukces. W poprzednich dwóch latach bowiem czarno-żółci swoją przygodę z europejskimi pucharami kończyli bowiem już po fazie grupowej. Gdy los zesłał ich do grupy śmierci z Realem Madryt, Manchesterem City i Ajaksem Amsterdam, nie brakowało w Westfalii pesymistów, że scenariusz może się powtórzyć. Tymczasem BVB grupę D wygrała w cuglach, nie ponosząc ani jednej porażki. Najcenniejszymi z rezultatów były zwycięstwo i remis z „Królewskimi”. Piłkarze ze stolicy Hiszpanii okazję do rewanżu otrzymali już parę miesięcy później, ale nim to się stało, przed graczami Kloppa były jeszcze pierwsze dwie rundy fazy pucharowej.

I teraz najistotniejsza kwestia - tandem Szachtar Donieck i Malaga CF, z którym dortmundczycy mierzyli się kolejno w 1/8 i ¼ finału to nie był może najgorszy z możliwych zestawów rywali. Jednakże ani Ukraińcy, ani Hiszpanie nie zamierzali przed Niemcami rozłożyć czerwonego dywanu wraz z drogowskazami jak szybko można dostać się do Londynu, gdzie w 2013 r. odbywał się finał. „Górnicy” mieli przecież nieporównywalnie większe doświadczenie w rywalizacji w LM aniżeli ich rywale, niemniej tylko na Donbas Arenie wysoko zawiesili poprzeczkę graczom Kloppa, remisując 2:2. W rewanżu w Dortmundzie byli już bezradni przegrywając 0:3. Z kolei „Boquerones” przeżywali swój najlepszy okres w  71-letniej historii, w składzie mając takich graczy jak Martin Demichelis, Jeremy Toulalan, Isco, Joaquin czy Roque Santa Cruz. Spotkanie na Estadio La Rosaleda zakończyło się bezbramkowym remisem. W rewanżu na Signal-Iduna Park podopieczni Manuelle Pellegriniego jeszcze do 90. minuty prowadzili 2:1, by w doliczonym czasie stracić dwa gole, ale przede wszystkim szanse na awans do półfinału.

No i w końcu dochodzimy do starcia z „Królewskimi”. Kto w BVB nie wierzył, po tym pamiętnym środowym wieczorze 24 kwietnia uwierzył. A kto jej nie kochał, pokochał całym kibicowskim sercem. Bezradni gracze Realu tylko patrzyli, jak Robert Lewandowski ładował im kolejne gole, a potem pokazywał ręką, ile ich ma już na koncie. Skończyło się na czterech. Ani przedtem, ani potem, nikomu na tym etapie rozgrywek Champions League się to nie udało. „Koszmar Realu ma tylko jedno imię - Lewandowski. To wystarczy za cały komentarz. Od środy nikt w Hiszpanii nie zapomni jego nazwiska” - pisał po meczu dziennik „Der Westen”. W rewanżu „Los Merengues” robili co mogli, ale wygrali tylko 2:0. Do awansu do finału, pierwszego od 11 lat, zabrakło im jednej bramki.

Na Wembley dortmundzka bajka się skończyła. Choć w przeciągu 90 minut Borussia nie była gorsza od Bayernu Monachium, to w kulminacyjnym momencie finału o sukcesie „Bawarczyków” zadecydował błysk geniuszu Arjena Robbena.

***

Atletico Madryt - sezon 2013/2014 i 2015/2016

W porównaniu z pozostałymi drużynami z tego zestawienia, „Los Rojiblancos” w dalszym ciągu poza sympatią kibiców mogą jeszcze wygrać Ligę Mistrzów (choć oczywiście nie w tym sezonie). Architektów wspaniałych występów z 2014 i 2016 r. co prawda z każdym rokiem ubywa (niedawno dołączył do nich Diego Godin), niemniej obecnie czerwono-biało-niebieskie barwy Atletico wciąż przywdziewa trzynastu piłkarzy, którzy w finale LM wystąpili przynajmniej raz. Jest to też historia inna niż pozostałe, gdyż awansując do finału Champions League w Lizbonie „Los Colchoneros” nie byli typowym zespołem jednego sezonu.

Udział w decydującym starciu o uszaty puchar na Estadio da Luz był bowiem konsekwencją ciężkiej pracy, jaką od początku 2012 r. na Vicente Calderon wykonywał Diego Simeone. Atletico stopniowo pięło się w górę hierarchii, zarówno hiszpańskiego futbolu, jak i europejskiego futbolu. W sezonie 2011/2012 w wielkim stylu wygrało Ligę Europy (3:0 z Athletic Club) i Superpuchar Europy (4:1 z Chelsea). W kolejnych rozgrywkach zdobyło Puchar Hiszpanii, w finale wygrywając z Realem Madryt 2:1. Było to ich pierwsze zwycięstwo nad „Królewskimi” od 1999 r. Samo siebie „Atleti” jednak przeszło rok później. W Primera Divsion przełamało po raz pierwszy od sezonu 2003/2004 duopol barcelońsko-madrycki. W Lidze Mistrzów zaś doszło do samego finału.

W tym awansie nie było absolutnie nic z przypadku. Grupę H Atletico wygrało bowiem z aż 10-punktową przewagą nad Zenitem Sankt Petersburg. W fazie pucharowej z kolei co rundę trafiało na przedstawicieli obecnej albo niedawnej śmietanki europejskiej piłki. Z każdym jednak sobie poradziło (1/8 finału - AC Milan 1:0 i 4:1, ¼ finału  - FC Barcelona 1:1 i 1:0, ½ finału - Chelsea Londyn 0:0 i 3:1). Po zwycięstwie z „The Blues” rozemocjonowany Simeone mówił na konferencji prasowej: - Dziękuję matkom moich piłkarzy, że wydały na świat facetów z takimi jajami.

„Cholo” nie musiał być jednak tak skromny, gdyż awans do wielkiego finału to nie tylko zasługa rodzicielek jego podopiecznych. To Argentyńczyk bowiem wpoił wszystkim zawodnikom, że nie są absolutnie gorsi od żadnego rywala. Wyposażył ich nie tylko w stalową psychikę, ale również i w serce do gry, które w ekstremalnie trudnych momentach było w stanie zatuszować chwilową niedyspozycję. To pod wodzą Argentyńczyka tacy gracze jak Thibaut Courtois, Miranda, Filipe Luis, Juanfran, Koke czy Diego Costa wznieśli się na wyżyny swoich umiejętności, na stałe dołączając do grona najlepszych piłkarzy świata.

Dwa lata później Atletico może nie grało już tak porywającej piłki, ale potrafiło odwracać losy spotkań dzięki niemałemu już doświadczeniu na tym poziomie rozgrywek. W 1/8 finału po rzutach karnych pokonało PSV Eindhoven, w ¼ finału wyeliminowało FC Barcelona, mimo że pierwszy mecz przegrało 1:2 (w rewanżu zwyciężyło 1:0), w półfinale z kolei w pierwszym spotkaniu minimalnie pokonało Bayern Monachium 1:0, w by w drugim starciu spokojnie kontrolować przebieg rywalizacji (1:2). Simeone dysponował już tylko połową graczy, którzy w 2014 r. wystąpili w finale w stolicy Portugalii. Wprowadzenie do zespołu nowych twarzy takich jak Jan Oblak, Stefan Savić, Augusto Fernandez, Saul Niguez, Antoine Greizmann czy nowych-starych jak Fernando Torres odbyło się jednak bezkolizyjnie.

W jedną tylko rzecz Simeone ani swoich piłkarzy nie był w stanie zaopatrzyć, ani również nauczyć ich tego na treningach. Chodzi o szczęście. A w zasadzie jego brak. Atletico dwukrotnie walczyło o Puchar Mistrzów w bratobójczym starciu z Realem Madryt i za każdym razem górą byli „Królewscy”. Owszem, w latach 2000-2013 „Los Colchoneros” w aż 23 meczach z rzędu nie potrafili pokonać lokalnego rywala. Gdy w finale Copa del Rey w 2013 r. ta sztuka im się w końcu udała, to „Los Merengues” przez kolejnych dziewięć spotkań nie mogli wygrać z Atleti. A jednak bez względu na wszystko i tak w LM zwyciężała ekipa „Los Galacticos”.

W 2014 r. „Los Indios” po bramce Diego Godina prowadzili 1:0 do 90. minuty. Gdy jednak w ostatniej minucie doliczonego czasu gry wyrównał Sergio Ramos, w grze czerwono-biało-niebieskich wszystko się posypało, a bramki w dogrywce zdobywali już tylko ich bali przeciwnicy (Gareth Bale, Marcelo, Cristiano Ronaldo).

W 2016 r. w Mediolanie z kolei to Atletico wystąpiło w roli goniącego wynik (od 15. minuty przegrywało po trafieniu, a jakże, Ramosa) i swój cel dopięło na 11 minut przed końcem spotkania (bramka Yannicka Ferreiry Carrasco). W dogrywce wynik nie uległ zmianie i o wszystkim decydowały rzuty karne. W nich więcej zimnej krwi zachowali triumfatorzy LM z sezonu 2013/2014, którzy pewnie wykorzystali wszystkie jedenastki, w drużynie Simeone pomylił się Juanfran i to jego pudło przesądziło o kolejnej porażce „Atleti”. A przecież ten mecz mógł potoczyć się zupełnie inaczej, gdyby Griezmann w 46. minucie wykorzystał rzut karny. Francuz z jedenastu metrów trafił jednak w poprzeczkę.

„El Cholo” nie poddaje się jednak i mimo ofert ze znacznie bogatszych klubów, w dalszym ciągu nie traci entuzjazmu do pracy w San Blas. W grudniu minie siedem lat, od kiedy wziął pod swoją obronę zespół 10-krotnych mistrzów Hiszpanii, co czyni go najdłużej pracującym szkoleniowcem w czołowych drużynach Starego Kontynentu.

***

AS Monaco - sezon 2016/2017

Mówią, że nic dwa razy się nie zdarza. Ale porównując ASM z sezonu 2003/2004 i ich młodszych następców z rozgrywek 2016/2017 aż chce się zakrzyknąć - to nieprawda! Futbol efektowny i kombinacyjny, duża grupa piłkarzy młodych, którzy koniecznie chcieli pokazać, że właśnie do nich świat należy (Tiemue Bakayoko, Fabinho, Kylian Mbappe, Benjamin Mendy) wspierana doświadczeniem przez starszych kolegów (Radamel Falaco, Kamil Glik, Joao Moutinho), a z ławki dowodzona przez trenera wciąż bez większych sukcesów na koncie, czyli Leonardo Jardima.

Parę różnic też się oczywiście znajdzie - np. dwa lata temu gracze z Księstwa potrafili umiejętnie połączyć grę w Lidze Mistrzów, z grą w Ligue 1, zdobywająco mistrzostwo Francji. Ich starsi koledzy z kolei nie potrafili utrzymać dwóch srok za ogon, i na finiszu rozgrywek ligi francuskiej spadli na najniższy stopień podium. Z drugiej strony Ludovic Giuly i spółka potrafili awansować do wielkiego finału, podczas gdy przygoda graczy Jardima z Champions League skończyła się na półfinale. Nie zmienia to oczywiście faktu, że tamtemu Monaco nie można było nie kibicować.

O mały włos jednak, a ta piękna historia nigdy by się nie wydarzyła. Walka o awans do 1/8 finału w grupie E była wyjątkowo zacięta. ASM ostatecznie ją wygrało, ale z ledwie punktem przewagi nad Bayerem Leverkusen i czterema nad Tottenhamem. Zresztą w ostatniej kolejce „Les Monegasques” polegli na wyjeździe z „Aptekarzami” 0:3, co nakazywało daleko posuniętą ostrożność w ocenie ich szans w fazie pucharowej. W niej jednak dali prawdziwy popis siły i mocy.

W 1/8 finału po zaciętym boju pokonali faworyzowany Manchester City, mimo porażki w pierwszym meczu 3:5. W ¼ finału wykorzystali fakt, że po nieudanym ataku na autokar Borussii Dortmund piłkarze z Signal-Iduna Park byli myślami daleko od sportowej rywalizacji (3:2 i 2:0). Drzwi do wielkiego finału w Cardiff zablokował im dopiero Juventus, który w dwumeczu wygrał 4:1. Zatem i tu mamy kolejne podobieństwo do Monaco DD, które również próbując wejść na szczyt potknęło się i boleśnie się poturbowało.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się