var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: fussball.de

Ta ostatnia kolejka - kto w ostatnich 20 latach tracił mistrzostwo kraju na finiszu rozgrywek?

Autor: Maciej Kanczak
2019-05-12 11:30:14

Już dziś wielki finał sezonu w Premier League. Tylko cud mógłby odebrać tytuł Manchester City, który w ostatniej kolejce zmierzy się z pewnym utrzymania w lidze angielskiej Brighton Hove&Albion FC. Wydarzenia z ostatnich 20 lat, jakich kibice byli świadkami na finiszu rozgrywek w Bundeslidze oraz Serie A pokazują jednak, że i na tym etapie rywalizacji cuda czasem się zdarzają.

Tam też wówczas wydawało się, że wszystko jest przesądzone. Liderzy swój los mieli w swoich rękach, na pucharach grawerowano już ich nazwy, zaś organizatorzy dopinali wszystkie szczegóły związane z mistrzowską fetą. Zamiast niej była jednak wielkie stypa, a hurtowe ilości szampana należało zwrócić do hurtowni i w trybie pilnym zamienić na wódkę.

Piwko i kiełbaski z Bayernem

W bieżącej dekadzie Bayern Monachium kompletnie zmonopolizował rozgrywki Bundesligi, wygrywając aż sześć edycji, zwykle tytuł mistrza Niemiec zapewniając sobie na długo przed zakończeniem sezonu. Na przełomie wieków „Bawarczycy” jednak nie potrafili umiejętnie łączyć występów w lidze niemieckiej z grą w Lidze Mistrzów. Tak było w rozgrywkach 1999/2000, kiedy przez znaczną część kampanii FCB zmuszony był oglądać plecy Bayeru Leverkusen. Na kolejkę przed zakończeniem zmagań, „Aptekarze” mieli trzy punkty przewagi nad Bayernem i na wyjeździe mierzyli się z SpVgg Unterhaching, które już wcześniej zapewniło sobie utrzymanie. „Die Werkself” do pierwszego w historii mistrzostwa Niemiec wystarczał punkt w rywalizacji na Generali Sportpark. Biorąc pod uwagę jak znakomicie w tamtym czasie byli dysponowani podopieczni Christopha Dauma (nie przegrali 14 poprzednich meczów, mieli również na koncie najwięcej bramek z całej stawki), wydawało się, że nic im już nie może zabrać upragnionego tytułu. - Jesteśmy zaprogramowani na zwycięstwo, ponieważ nic nas nie zatrzymuje - stwierdził przed rywalizacją z Haching, Daum.

W obozie Bayernu z kolei nikt nie zamierzał zadowalać się drugim miejscem. Co prawda tylko cud mógł sprawić, że „Gwiazda Południa” odzyskałaby mistrzostwo Niemiec, ale… - W piłce nożnej cuda przecież się zdarzają - stwierdził opiekun monachijczyków, Ottmar Hizfeld. Szwajcarski trener zachowywał jeszcze pełną dyplomację, ale już Uli Hoeness czy Stefan Effenberg nie szczypali się w język. Menedżer FCB stwierdził, że Daum przed ostatnią kolejką Bundesligi ma…pełne gacie. „Effe” z kolei powiedział: - Unterhaching gra obecnie najlepszy futbol w Niemczech. Trener lidera ligi niemieckiej, słysząc te słowa wychodził wprost z siebie, mówiąc: - Nie rozumiem czemu tyle miejsca w Monachium poświęcają drużynie SpVgg, przecież oni grają z Werderem Brema!

Trudno powiedzieć jaki wpływ na postawę Bayeru w Bawarii miała gra psychologiczna sąsiadów Unterhaching, ale faktem jest, że z czerwono-niebieskimi „Aptekarze” zanotowali najgorszy występ w sezonie 1999/2000. Podczas gdy Bayern pewnie pokonał u siebie Werder 3:1, 17,5 km od Monachium ich rywalom do mistrzowskiej patery nerwy i stresy kompletnie spętały nogi. Gospodarze na prowadzenie wyszli już w 20. minucie, kiedy to Michael Ballack próbując zablokować uderzenie Danny Schwarza, uczynił to tak niefortunnie, że pokonał Adama Matyska. W 72. minucie bramkę na 2:0 zdobył Markus Oberleitner i na Generali Sportpark rozpoczął się festiwal kpin i szyderstw. „Nigdy nie będzie mistrzami Niemiec” - śpiewali chóralnie miejscowi fani, zaś dyrektor sportowy klubu z Leverkusen, Rudi Voeller co chwila nerwowo spoglądał na zegar, sprawdzając ile czasu jego gracze mają jeszcze na wyrównanie, które dałoby im wymarzone mistrzostwo. Mimo 18 minut zawodnicy Dauma nie potrafili choćby raz pokonać Gerharda Tremmela i rzutem na taśmę Bundesligę wygrał Bayern.

- Czuję się jakbym stracił duszę - mówił po meczu zapłakany Ballack, co chwila pocieszany przez kolejnych kolegów. - Zrzucanie winy tylko na Michaela to absolutny nonsens. Wszyscy przegraliśmy ten tytuł - stwierdził z kolei Carsten Ramelow. Fason, mimo klęski, starał się do końca zachować Daum. - W naszej szatni panuje nastrój jak na cmentarzu centralnym w Chicago. Upadliśmy, ale nie mamy innego wyjścia, jak podnieść się i w kolejnym sezonie znów walczyć o końcowy triumf - powiedział. Dla Bayeru był to trzecie wicemistrzostwo Niemiec w ostatnich czterech latach. Media nad Renem ochrzciły zatem „Aptekarzy” mianem „vicekusen” i po dziś dzień mistrzowska patera za triumf w Bundeslidze nie zagościła jeszcze w klubowych gablotach przy Bismarckstrasse 122-124.

W tym samym czasie, gdy gracze Bayeru z trudem zbierali się z murawy, na Olimpia Stadion rozpoczęło się wielkie świętowanie. Bayern wywalczył bowiem 16. w historii mistrzostwo Niemiec. - To mój najcenniejszy tytuł w karierze - przyznał Oliver Kahn. Hoeness z kolei w dalszym ciągu nie miał litości dla Dauma. - Żal mi go w tej chwili. Naprawdę - stwierdził. Do mistrzowskiej fety „Bawarczyków” miało również przystąpić paru podopiecznych Lorezna-Gunthera Kostnera, którym władze Bayernu miały zagwarantować możliwość świętowania wraz z monachijczykami, w razie korzystnego dla nich rezultatu z Bayerem. Jeden z nich, strzelec gola numer dwa, Oberleitner tak dla „11 Feunde” po latach wspominał tamto starcie z czerwono-biało-czerwonymi: - Widać było, że są pod olbrzymią presją. A czasem jak człowiek jest pod presją, na boisku dzieją się dziwne rzeczy i tak też było wtedy.

Ludzie leżeli i płakali

W kolejnym sezonie sytuacja znów się powtórzyła i ponownie dopiero w ostatniej kolejce miało się okazać, gdzie trafi mistrzostwa patera. Tym razem głównym rywalem „Bawarczyków” w walce o mistrzostwo Niemiec było Schalke 04 Gelsenkirchen. Przed finiszem rozgrywek, liderem byli „Die Roten”, którzy nad „Die Konigsblauen” mieli trzy punkty przewagi. S04 miało jednak lepszy bilans bramek, zatem sytuacja była jasna - jeżeli piłkarze z Zagłębia Ruhry pokonają SpVGG Unterhaching, zaś Bayern przegra z Hamburger SV, przy równej liczbie punktów, Bundesligę wygra zespół Tomaszów Hajty i Wałdocha.

Podobnie jak w kampanii 1999/2000 znów dużo zależało od piłkarzy „Haching”, którym tym razem jednak nie udało się zachować ligowego bytu. Nie oznaczało to jednak, że podopieczni Kostnera zamierzali to starcie odpuścić. Nic z tych rzeczy! Goście z Bawarii już po 26. minutach prowadzili 2:0 (jedną z bramek zdobył Mirosław Spiżak). Gospodarze jeszcze przed przerwą wyrównali, ale SpVgg w 69. minucie ponownie zdołał wyjście na prowadzenie. W końcówce jednak piłkarze Unterhaching opadli z sił, co Schalke skrzętnie wykorzystało, strzelając spadkowiczowi trzy gole. Mimo to zespół z Generali Sportpark tego dnia pod swoim adresem usłyszał wiele miłych słów. „Był moment, że Schalke kompletnie nie miało pomysłu jak sforsować defensywę SpVgg” - pisał w pomeczowej relacji „Kicker”.

Podopiecznym Huuba Stevensa udało się ostatecznie wygrać, znacznie również podreperowali swój bilans bramkowy. Zaraz po zakończeniu ich spotkania, w ostatniej minucie meczu w Hamburgu miejscowi wyszli na prowadzenie w rywalizacji z Bayernem. Sędzia doliczył 180 sekund, a publiczność na Arena auf Schalke już szykowała się do świętowania pierwszego triumfu w Bundeslidze swoich pupili. W samej końcówce Markus Merk podyktował rzut wolny dla „Der FCB”. Mathiasa Schobera pokonał Patrik Andersson, zdobywając swoją jedyną bramkę w ciągu dwóch lat gry w Bayernie. - Wydawało się, że czas świętować mistrzostwo! Nagle okazuje się, że w Hamburgu jeszcze grają. Bayern w absurdalnych okolicznościach dostaje rzut wolny pośredni i ten cholerny Patrik Andersson pakuje piłkę do siatki. Totalny szok. Ludzie leżeli i płakali jeszcze przez kilka kolejnych godzin w różnych miejscach stadionu - tak na łamach „Przeglądu Sportowego” wspominał atmosferę jaka wówczas panowała w Gelsenkirchen, Tomasz Hajto. Huub Stevens z kolei wyznał: - Czujemy się odwrotnie, aniżeli człowiek, który spóźnił się na samolot, a potem dowiedział się, że ten runął w dół, a wszyscy jego pasażerowi zginęli.

Na Volksparkstadion z kolei Bawarczycy rozpoczęli celebrację 17. tytułu mistrzowskiego w historii. Tamten remis to jednak ogromna zasługa nie tylko Anderssona, ale również i Stefana Effenberga, który zaproponował, by to właśnie Szwed uderzał w ostatniej minucie. - Gdy tylko odgwizdano dla nas rzut wolny, podbiegł do mnie od razu Oliver Kahn i krzyczał: Stefan, daj mi uderzać! Powiedziałem: nie wygłupiaj się Oli, strzelać będzie Patrik, bo z nas wszystkich dysponuje najmocniejszym uderzeniem - wspominał „Effe” w rozmowie z portalem bundesliga.com. A reszta już jest historią.

Nadzieje utopione w deszczu

W takim stopniu co Bayern Bundesligę, Serie A w ostatnich latach zdominował Juventus. Bywały jednak i czasy, gdy „Satrej Damie” mistrzowski tytuł wymknął się z rąk w ostatniej chwili.

SS Lazio zasilane gigantycznymi pieniędzmi Sergio Cragnottiego i dowodzone z ławki przez jednego z najlepszych wówczas trenerów świata, Svena-Gorana Erikssona w sezonie 1998/1999 zdobyło Puchar Włoch, Puchar Zdobywców Pucharów i Superpuchar Europy. W Serie A musiało się jednak zadowolić jedynie wicemistrzostwem Włoch, gdyż o punkt lepszy okazał się AC Milan. Sfrustrowany niepowodzeniem na krajowych boiskach Christian Vieri przeniósł się do Interu Mediolan i na Stadio Olimpico wydawało się, że bliżej mistrzostwa „Biancocelesti” już nie będą. A jednak już w kolejnych rozgrywkach udało im się wywalczyć pierwsze od 1974 r. scudetto.

Jednak jeszcze w marcu nic nie zapowiadało, że to biało-błękitni będą triumfować w Serie A. Na 10 kolejek przed końcem zmagań w lidze włoskiej, Juventus miał nad Lazio dziesięć punktów przewagi. Zaliczka ta wydawała się wystarczająca, a końcówka sezonu dla „Bianconerich” miała być względnie spokojna. Tymczasem gracze „Starej Damy” w ostatnich kolejkach naprawdę prezentowali się jak pacjenci z oddziału geriatrycznego. Do 38 serii spotkań, piłkarze Carlo Ancelottiego przegrali trzy z dziewięciu spotkań (w tym 0-1 z Lazio). Jako, że jednak i „Aquilotti” zdarzały się potknięcia (remis z AC Fiorentina 3:3), los tytułu mistrza Włoch zależał tylko i wyłącznie od Alessandro Del Piero i spółki, którzy do ostatniej kolejki przystępowali z dwupunktową przewagą. Zwycięstwo w zamykającym sezon meczu na Stadio Renato Curi z Perugią dawało im triumf w Serie A, ale z powodu oberwania chmury w stolicy Umbrii, druga połowa rozpoczęła się z 80 minutowym opóźnieniem. Pierluigi Collina długo zastanawiał się czy ponownie zaprosić obie drużyny do rywalizacji. Wraz z asystentami czterokrotnie sprawdzał stan nawierzchni, by w końcu ogłosić: gramy!

W międzyczasie Lazio pokonało Regginę 3:0 i zamknęło rozgrywki 1999/2000 z dorobkiem 72 punktów. Jasnym było, że piłkarze ze stolicy Piemontu koniecznie muszą pokonać zatem Perugię. W przypadku remisu z kolei między turyńczykami a rzymianami odbył się…dwumeczowy baraż. Nie było jednak takiej potrzeby, gdyż Juve po przerwie, na śliskiej murawie Stadio Renato Curi kompletnie sobie nie radziło. Przed wymuszoną warunkami atmosferycznymi pauzą utrzymywał się bezbramkowy remis, ale zaraz na początku drugiej odsłony Edvina van der Sara zaskoczył mocnym strzałem z powietrza  Alessandro Calori. Goście koniecznie zatem musieli teraz zdobyć dwie bramki, ale to zadanie uniemożliwiła im czerwona kartka dla Gianluki Zambrotty w 79. minucie. Gospodarze zatem to sensacyjne zwycięstwo dowieźli do końca. - Nigdy nie sądziłem, że to tak wspaniałe uczucie. Zdobywałem już wiele trofeów - krajowych i międzynarodowych, ale żadnego nie da się porównać z tym - piał z zachwytu Sven-Goran Eriksson. „La Gazzetta dello Sport” zaś pisała: „Juventus zatopiony w Perugii. Niesamowity scenariusz poddania się turyńczyków po bramce Calori”.

Dla kogo grało Lazio?

Dwa lata później „Biancocelesti” nie liczyli się już co prawda w walce o mistrzostwo Włoch (sezon 2001/2002 zakończyli na 6. miejscu w tabeli), ale pokonując w ostatniej serii spotkań u siebie Inter Mediolan 4:2, przesądzili, że po czterech latach przerwy scudetto w końcu zdobył Juventus.

To były wówczas szalone rozgrywki. Przez 34 kolejki lider zmieniał się czterokrotnie, a najdłużej w tabeli ligi włoskiej przewodził absolutny beniaminek Chievo Werona! W drugiej części sezonu „Mussi Volanti” co prawda mocno spuścili z tonu, ale 6. miejsce w Serie A to i tak był wówczas najlepszy wynik w historii klubu ze Stadio Marcantonio Bentegodi (później, dzięki aferze Caliopoli, żółto-niebiescy byli nawet na 4. pozycji w sezonie 2005/2006). Pozostali liderzy w tamtej kampanii to Juventus, AS Roma i Inter Mediolan. „Nerazzurri” przodownictwo w tabeli objęli w po 28. kolejce i niemal do końca rozgrywek nie wypuszczali go z rąk. W końcówce sezonu podopiecznych Hectora Raula Cupera dopadła jednak wyraźna zadyszka, gdyż z ostatnich czterech spotkań wygrali tylko połowę (dla porównania „Stara Dama” wywalczyła wtedy komplet 12 punktów). Mimo nikłej przewagi nad „Bianconerich” (punkt), a także „Giallorossi” (dwa „oczka”), sytuacja w lidze była jasna i klarowna - zwycięstwo mediolańczyków w Rzymie z Lazio da im pierwsze od 1989 r. mistrzostwo Włoch.

W zespole rywali panowała wówczas napięta atmosfera. Fani cały czas nie mogli im bowiem wybaczyć marcowej klęski w derbach z Rzymu z AS Roma 1:5, kwestionując ich zaangażowanie w grę. Tamtej niedzieli jednak „Aquile” wznieśli się na wyżyny swoich umiejętności. Pokonali Inter 4:2, dzięki czemu rzutem na taśmę kwalifikując się do rozgrywek Pucharu UEFA. „La Gazzetta dello Sport” po meczu na Stadio Olympico pisała: „Inter zapłacił wysoką cenę za swoją iluzję”, odnosząc się do tego, że Christian Vieri i spółka liczyli, że uda im się wygrać Serie A, nawet jeśli w kulminacyjnym momencie sezonu ma się problemy z regularnym punktowaniem. „Corriere della Serra” z kolei donosiła: „Wydawało się, że cuda w lidze włoskiej widzieliśmy dwa lata temu, kiedy Perugia pokonała w ostatniej kolejce rozgrywek Juventus. Prawdziwy cud jednak wydarzył się dziś”.

Czarno-niebiescy bardzo dobrze rozpoczęli to spotkanie. Po golach Vieriego i Luigi Di Baggio prowadzili do 44. minuty 2:1. W bramce gospodarzy fatalnie spisywał się Angelo Peruzzi, zatem można było odnieść wrażenie, że rzymianie grają w „dziesiątkę”. Wszystko jednak zmieniło się, gdy tuż przed przerwą wyrównał Karel Poborsky. Po tym ciosie, goście z Mediolanu już się nie podnieśli. W drugiej odsłonie Lazio zaprezentowało kapitalny futbol, a kolejne gole dołożyli Diego Simeone i Simone Inzaghi. Cuper po meczu był krytykowany, że nie miał na tę okoliczność przygotowanego żadnego planu B. Poza tym, włoska prasa zarzucała mu, że w ustawieniu swojego zespołu zbyt mocny akcent położył na ofensywę. W pierwszym składzie wyszło wówczas aż trzech nominalnych napastników: Alvaro Recoba, Ronaldo i Vieri, którzy częściej sobie przeszkadzali, aniżeli pomagali. Co ciekawe, właściciel Interu, Massimo Moratti po końcowym gwizdku arbitra…zaatakował graczy Lazio. - Grali z takim zaangażowaniem, jakby to był finał jakiegoś pucharu. Mam nadzieję, że ten mecz chcieli wygrać dla siebie, a nie dla kogoś innego - mówił rozwścieczony.

Juventus w tym samym czasie pewnie pokonał Udinese Calcio 2:0 i to on ostatecznie wygrał Serie A. Trzy punkty zdobyła również AS Roma (1:0 z Torino) i jej przypadło wicemistrzostwo Włoch. Inter zaś, który jeszcze na 46 minut przed końcem sezon 2001/2002 był mistrzem kraju, skończył tamte rozgrywki dopiero na najniższym stopniu podium. Na swoje wielkie chwile, „Nerazzurri” musieli poczekać jeszcze cztery lata.

***

„Jak presja jest ceną, to wiele nie trzeba, by bać się cieni na chodnikach” - rapował w utworze „Laura Palmer”, Kartky i te słowa najlepiej odnoszą się do wyżej wymienionych ekip, którzy na mecie sezonu w swoich ligach już byli w ogródku i już witali się z gąską. Z drugiej strony, MC w rozgrywkach 2011/2012 także byli w podobnej sytuacji, kiedy na finiszu Premier League musieli wygrać z QPR by zdobyć mistrzostwo Anglii. Mimo faktu, że przegrywali do 90. minuty z londyńczykami 1:2, w doliczonym czasie potrafili zdobyć dwie bramki i ostatecznie triumfować w lidze angielskiej. Może zatem akurat ekipa z Etihad Stadium jest tą, która potrafi oswoić się z presją?
 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się