var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: Własne

Mistrzostwo Polski Piasta już dla nikogo nie będzie zaskoczeniem. Oby było nauczką dla ich rywali z Warszawy

Autor: Marcin Łopienski
2019-05-14 20:45:17

Znakomita forma drużyny Waldemara Fornalika na wiosnę już dla nikogo nie jest zaskoczeniem. Co więcej Piast doszedł do takiej sytuacji, że teraz to tylko od niego zależy, czy zdobędzie mistrzostwo Polski. Jeśli do tego dojdzie, mam nadzieję, że rywale śląskiej drużyny, na czele z Legią Warszawa, wyciągną z tej lekcji właściwe wnioski.

Z wielką powagą uwagą przyglądam się walce o mistrzostwo Polski i to, jak wszystko zmierza ku wielkiej kompromitacji Legii Warszawa i końcowego triumfu Piasta Gliwice. Odkąd Dariusz Mioduski przejął stery „Wojskowych” w każdym sezonie stołeczni ślizgali się w kierunku mistrzostwa. Oczywiście summa summarum je zdobywali, ale scenariusz ciągle się powtarzał: złe rozpoczęcie związane z walką w europejskich pucharach, zmiana trenera jesienią i gonienie uciekających rywali, później ewentualna ponowna zmiana trenera i walka do samego końca o tytuł.

Rok temu Jagiellonia Białystok z tylko jej znanych powodów oddała tytuł rywalom z Warszawy. W sezonie 2016/17 Legia do samego końca przedłużającego się spotkania w Białymstoku drżała o wynik, bo sama nie potrafiła pokonać Lechii Gdańsk. W tym roku scenariusz byłby podobny, gdyby nie Piast Gliwice, który wiosną po prostu zdeklasował rywali i mknie ku mistrzostwu Polski. 

Minimalizm legionistów może zostać skarcony, ale czy rzeczywiście możemy tu mówić o takim podejściu? Wystarczy spojrzeć na liczbę trenerów, jaka pracowała w Legii i w Piaście w tym samym czasie i dojdziemy do pewnego kuriozalnego wniosku. Od 22 marca 2017 roku, czyli daty przejęcia przez Mioduskiego klubu z Łazienkowskiej, w Piaście pracowało dwóch trenerów (Dariusz Wdowczyk i Waldemar Fornalik). W Legii natomiast w tym samym okresie przewinęło się sześciu szkoleniowców (dwukrotnie liczymy Aleksandara Vukovicia, w tym oczywiście latem 2018 roku). Jacek Magiera, Romeo Jozak, Dean Klafuric, Ricardo Sa Pinto i dwukrotnie wymieniony już Vuko. SZEŚCIU! Albo jak wolicie, sześć kadencji. 

Jeżeli dodamy do tego kompletny chaos w budowie drużyny, oparty w głównej mierze na zawodnikach preferowanych przez tymczasowych (bo w sumie jak ich nazwać, skoro pracują tylko kilka miesięcy?) szkoleniowców, dochodzimy do wniosku, że w Legii jedynym podejściem jest chaos i wielka buta. Wyniosłość polegająca na złudnym przekonaniu o własnej wielkości i potędze. Zachodzę w głowę, jak ona nie została u prezesa Legii przytępiona kolejnymi kompromitacjami w europejskich pucharach. Ale skoro wstyd w Europie niczego Mioduskiego nie nauczył, to może przegrana walka o mistrzostwo z Piastem będzie tym antybiotykiem, który wyleczy właściciela warszawskiego klubu? 

Wielokrotnie w tej rubryce pisałem o tym, że w Legii wraz z przyjściem do klubu nowego właściciela panują serialowe „Miodowe lata”. Mioduski podobnie jak Tadeusz Norek i Karol Krawczyk z całych sił próbują osiągnąć sukces, ale w każdym odcinku wszystko kończy się katastrofą. Aż do ostatniego epizodu, kiedy trafiają na żyłę złota. Do tego czasu panowie wspólnie ze swoimi żonami zaliczają ponad 100 wpadek. Ile takowych musi nastąpić, aby w stołecznym klubie w końcu wszystko miało ręce i nogi, a każdy sukces był konsekwencją konkretnego planu, a nie działania na chaos? 

Jak czytam takie wywiady z prezesem Mioduskim, jak ten poniedziałkowy w „Przeglądzie Sportowym” to dochodzę do wniosku, że bardzo dużo. Właściciel Legii w rozmowie z Robertem Błońskim wyjaśnia powody zatrudnienia Aleksandara Vukovicia, mówi co zmieniło się na przestrzeni tych kilku miesięcy, kiedy były gracz tego klubu był jedynie sercem, a dziś nagle jest sercem, rozumem Legii dodatkowo wspartym jej DNA. I Mioduski z wielką szczerością odpowiada na pytanie, czy nowy trener wytrzyma na swym stanowisku do października. 

- Życzę Vuko, a nawet więcej – wierzę, że wytrwa na stanowisku znacznie dłużej niż do października – tymi słowami Mioduski idealnie określił nie tylko swój sposób zarządzania klubem, ale wpisał się w trend większości klubów Ekstraklasy. 

Tendencja pozbawiona jakiejkolwiek wizji, ukierunkowana jedynie na przetrwanie na najwyższym poziomie rozgrywkowym, który możemy nazwać dojną krową polskiego futbolu. Przy okazji każdego zwolnienia trenera w Legii zastanawiamy się, który polski szkoleniowiec mógłby tam pracować, ale moim zdaniem ani Michał Probierz, ani Piotr Stokowiec, ani Waldemar Fornalik nie objąłby Legii nawet jeśli ona oferowałaby im złote góry. Większą stabilność posady mają cudzoziemcy, którzy pracują w Warszawie w Lidlu lub Biedronce, aniżeli szkoleniowcy aktualnego jeszcze mistrza Polski. 

Jako dziennikarz i pasjonat polskiej piłki chciałbym, aby takie marki jak Legia Warszawa, Lech Poznań i Lechia Gdańsk w pełni wykorzystywały swój potencjał. Aby co roku walczyły o mistrzostwo Polski, ale nie w postaci wyścigu ślepych i głuchych żółwi, a widowiskowej wymianie ognia. Abyśmy co roku oglądali polskie kluby w europejskich pucharach i mogli cieszyć się z ich występów. Być może tytuł Piasta Gliwice, który byłby wielkim upokorzeniem warszawskiej Legii, zmieniłby podejście nie tylko stołecznego klubu, ale również papierowego tygrysa z Poznania. 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się