var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: Youtube / Zagłębie Gol

Jak będzie „człowiek-demolka” po litewsku? „Valdas Ivanauskas”

Autor: Mariusz Bielski
2019-05-15 16:03:16

Słowo, które od jakiegoś czasu krążyło w kuluarach, stało się ciałem. Valdas Ivanauskas na konferencji prasowej ogłosił, iż nie będzie prowadził Zagłębia Sosnowiec w przyszłym sezonie. Co ciekawe przedstawiciele klubu zabiegali o przedłużenie kontraktu ze szkoleniowcem, aczkolwiek my sądzimy, że w dalszej perspektywie taki obrót spraw wyjdzie im na dobre.

Im dłużej bowiem oglądaliśmy Litwina w akcji, tym częściej przed oczami stawał nam poniższy obrazek:

Jasne, to iż pewni jegomoście wyraźnie odstawali umiejętnościami od Ekstraklasy nie ulega żadnym wątpliwościom. Puszczamy oczko ku takim ancymonom jak Toth czy Polczak. Mówiąc wprost: z gówna bata nie ukręcisz. Oglądając mecze tej ekipy wielokrotnie dało się odnieść wrażenie – w pełni słusznie – że co ofensywni zawodnicy wypracują, to defensywni zaprzepaszczą. Co obrońcy schrzanią, to piłkarze z przodu będą zmuszeni nadrabiać. – Żartowaliśmy w szatni, że dopiero po strzeleniu dwóch goli możemy liczyć maksymalnie na remis – śmiał się przez łzy Tomasz Nowak w audycji „Weszłopolscy”.

Od kiedy bawimy się w dzielenie tabeli i ESA37 nikt puścił więcej goli niż sosnowiczanie w tym sezonie (80). A został jeszcze jeden mecz... Warto pamiętać przy okazji, że na przykład spadający w rozgrywkach 13/14 lubinianie stracili zaledwie 51 bramek, podobnie Górnik w 2015/16. Sandecja zaś rok temu 54. Efekt był taki sam, skoro wymieniamy spadochroniarzy, aczkolwiek sami musicie przyznać – dało się wylądować w pierwszej lidze z nieco większą gracją niż obecne Zagłębie, prawda?

 

 

(Powyższą statystykę podano przy wyniku 1:2 z Koroną, lecz nie zmienia to ogólnego przekazu tweeta) 

No ale zmierzajmy do brzegu. Ivanauskas w żaden sposób nie usprawnił gry obronnej swojej drużyny, nie odkrywamy Ameryki, lecz tu nawet nie będziemy się go jakoś wyjątkowo czepiać. Problem w tym, że o ile chyba nie dało się Zagłębiu pomóc w tyłach, o tyle po drugiej stronie formacji już tak. W szatni, pod kątem psychologicznym – również. Co jednak w samej końcówce sezonu zrobił nasz sąsiad zza północno-wschodniej granicy, żeby ratować zespół? W sumie… nic. A piszemy tak, ponieważ aż trudno uwierzyć, aby facet rzeczywiście racjonalnie uważał, iż swoimi decyzjami z rundy finałowej jakkolwiek pomoże podopiecznym w walce o utrzymanie.

Co się najbardziej rzuciło w oczy, to zdecydowanie odstawienie Żarko Udovicicia przed meczem, dzięki wygraniu którego sosnowiczanie mogliby wciąż pozostać podłączeni pod aparaturę z ekstraklasowym tlenem. Tymczasem Litwin kompletnie odsunął Serba, więc ostateczny wynik ze Śląskiem (2:4) dziwić nie może. Nie uważamy co prawda, że dzięki obecności skrzydłowego Zagłębie na bank zwyciężyłoby 5:4, ale kto wie jak obecność jednego z liderów wpłynęłaby na jego kumpli?

Z kronikarskiego obowiązku przypomnijmy – mówimy właśnie o gościu, którego wiosenne dokonania wyglądały następująco:

Łącznie 5 goli i 7 asyst. W całym sezonie odpowiednio 10 oraz 10, wliczając wczorajszy powrót. Nagle jednak, w dwóch najważniejszych starciach sezonu, nie było dla kogoś takiego miejsca w meczowej osiemnastce.

Cholera, przecież gdybyśmy mieli wskazać jakiegoś gracza Zagłębia, którego wyobrażamy sobie w roli mitycznego Atlasa, dźwigającego na swych barach cały klub, byłby to właśnie Żarko! Ewentualnie jeszcze Szymon Pawłowski. Swoją drogą niech się Polak cieszy (wiemy, śmiesznie to brzmi), iż niedawno przedłużył kontrakt, bo kto wie, jak dla niego mógłby skończyć się ten sezon.

No właśnie, o co tak naprawdę chodzi w zaistniałej sytuacji z Udoviciciem? Otóż Ivanauskas, zapytany o powód absencji skrzydłowego w kadrze na Śląsk, odpowiedział: – Nie był gotowy na walkę o utrzymanie. Nie rozumiał na czym ona polega.

Cooooo? Typ, który w ekstraklasowej kanadyjce robi 20 punktów, co daje mu aktualnie 3. miejsce za Angulo i Carlitosem, rzekomo nie rozumie stawki meczów w rundzie finałowej? Typ, który przez całą wiosnę prezentował się najbardziej okazale w całej ekipie? Niedorzeczne.

Trudno o lepszy przykład pudrowanej gadki. Jeśli zwietrzyliście ściemę, zrobiliście to słusznie, ponieważ prawdziwym powodem odstawienia Serba był jego brak chęci pozostania w Sosnowcu na dłużej. Dziś wiemy już, że w przyszłym sezonie skrzydłowy zagra w Lechii, natomiast jeszcze w momencie odpalenia go przed Śląskiem sprawa była w toku. A że Udoviciciowi kończy się kontrakt z Zagłębiem w czerwcu, to na legalu mógł rozmawiać z innymi klubami, co też czynił i za co go nieformalnie „ukarano”.

Od razu nasuwa się myśli – co by się stało, gdyby Serb na przykład już w styczniu prowadził jakieś rozmowy? Na pół roku odesłanoby go na trybuny? Chore podejście. Takie właśnie dostał podziękowania za 4 wspólnie spędzone lata, podczas których zawsze był pierwszoplanową postacią zespołu, a ostatnio o utrzymanie sosnowiczan walczył najefektywniej z nich wszystkich.

Byłem w szoku, kiedy zobaczyłem jaka jest osiemnastka na mecz ze Śląskiem. Żarko to był jeden z naszych najlepszych zawodników w tym sezonie, albo nawet najlepszy. Statystyki o tym mówiły, podobnie jego staż w tym klubie. Myślę, że akurat jemu bardzo zależało na tym, by Ekstraklasa została w Sosnowcu – wymownie opowiadał Tomasz Nowak Weszłopolskim. – We wcześniejszym tygodniu już można było podejrzewać, że coś się święci. Na odprawie [po Górniku] da się zauważyć kto jest najbardziej ruszany. Wytykano mu takie aspekty, na które normalnie raczej się nie zwraca uwagi – tłumaczył pomocnik.

Zresztą, on sam najlepiej przekonał się o tym, jak dziwne personalne decyzje podejmował Ivanauskas w drugiej połowie sezonu, ponieważ od 4 kolejek też nie zagrał ani minuty. Kolejny fragment radiowego wywiadu z Tomaszem Nowakiem:

– To była decyzja trenera. Uraz mi się nie odnowił, gram regularnie w rezerwach. Nie czułem się słabszy od nikogo (...) Zresztą, kiedy jeszcze miałem kontuzje często pytano mnie, czy dam radę wrócić na te ostatnie mecze w rundzie finałowej, bo moje doświadczenie bardzo by się przydało. Na koniec z tego nie korzystano.
– W jaki sposób trener Ivanauskas tłumaczył tę decyzję?
– Trener Ivanauskas nie tłumaczy swoich decyzji, nie rozmawia z zawodnikami.
– W ogóle?
– Rozmawiałem z nim raz, z własnej inicjatywy, poza tym nie zamieniliśmy słowa.

Hmm… Może trzeba było złożyć oficjalną prośbę o audiencję, niczym u króla Arabii Saudyjskiej? Chociaż co wtedy Litwin powiedziałby Nowakowi? Szukamy w pamięci czym tak bardzo Polak mógł przewinić, że aż zesłano go do rezerw, ale kompletnie nic nie przychodzi nam do głowy. Oczywiście nie chcemy robić z niego potencjalnego zbawcy, nie zrozumcie nas źle. Zwyczajnie kolejny raz nie dostrzegamy żadnej logiki czy konsekwencji w decyzjach personalnych Ivanauskasa. Nie wydaje nam się, by zadecydowały niewystarczające umiejętności pomocnika lub jego forma. Znalazłoby się w tej ekipie paru innych, znacznie gorszych ananasów, godnych wypieprzenia do rezerw, więc tu musiało chodzić o widzimisię szkoleniowca. A skoro tak, to otrzymujemy dowód zaledwie na fakt, iż mamy do czynienia z wyjątkowo małostkowym człowiekiem.

Albo nawet toksycznym? To mocne słowa, mamy tego świadomość, ale zwróćcie uwagę na kolejną rzecz – w 4 z ostatnich 5 meczów Zagłębia litewski trener dokonywał niewymuszonych urazami zmian jeszcze w pierwszej połowie meczów.

  • Ze Śląskiem ściągnął Możdżenia w 38. minucie
  • Z Górnikiem ściągnął Nawotkę w 41. minucie
  • Z Wisłą Kraków ściągnął Heinlotha w 33. minucie
  • Z Miedzią ściągnął Mygasa w 31. minucie

– Na pewno to nie pomaga, aby ktoś się czuł pewnie i był zadowolony. Zostać zdjętym jeszcze przed przerwą to trudne dla każdego zawodnika – odnosił się do powyższej kwestii Nowak i ma tu 100% racji. Jak w ogóle mieli się czuć wyżej wymienieni, kiedy pan Valdas skazał ich na spacer wstydu? Dostrzegamy w tym zdecydowanie więcej wskazywania kozłów ofiarnych, niż faktycznego realizowania potrzeb drużyny. Takie wędkowanie rujnuje wiarę piłkarzy w ich własne umiejętności, a do tego narzuca na nich mnóstwo presji. Zresztą, zaledwie raz wprowadzany zawodnik był lepszy od ściąganego. Dowodem są nasze oceny:

  • vs Śląsk – Możdżeń (2); Gressak (1,5)
  • vs Górnik – Nawotka (1,5); Gabedawa (1,5)
  • vs Wisła – Heinloth (1,5); Gressak (2,5)
  • vs Miedź – Mygas (1,5); Gabedawa (1,5)

Gdybyśmy mieli do czynienia z pojedynczym przypadkiem jeszcze dałoby się bronić Ivanauskasa na zasadzie chęci przeprowadzenia terapii szokowej. Co innego jednak ocucić kogoś prądem jak w pewnym piłkarskim quzie, a co innego stosować krzesło elektryczne. Litwin przekroczył cieniutką granicę między chęcią udowodnienia „ja tu rządzę, nie toleruję obiboków, weźcie się w garść!” a pokazaniem, że miota się kompletnie w planowaniu strategii na dane spotkanie. To nie jest przyznawanie się do błędów, lecz jawna prowizorka.

Pójdźmy nawet dalej – jak w ogóle piłkarz ma ufać szkoleniowcowi, który co chwilę demonstruje, iż dosłownie wszystko wymknęło mu się spod kontroli? Jednym uchem wpuści, drugim wypuści jego wskazówki. Pewnie nie będzie to dobrze świadczyło o zawodniku, aczkolwiek jeszcze gorzej o trenerze, który doprowadził do takiego stanu rzeczy. Czy ktoś, kto źródeł porażki szuka wszędzie i u wszystkich tylko nie u siebie może być wiarygodny? Pytanie retoryczne.

Bo że Ivanauskas właśnie z takiego założenia wychodził, to udowadniał wielokrotnie. Wystarczyło posłuchać jego konferencji prasowych, na których dłużej rozwodził się na temat sędziowania niż mówił o aspektach stricte piłkarskich i taktycznych. Ba, przecież on nawet na wywiady i konferencje przychodził w koszulce z napisem „zVARiowani”!

Czasem VAR nam pomagał, czasem nie. Na pewno nie spadliśmy z ligi przez VAR. Po prostu byliśmy słabsi. My, piłkarze, raczej podchodziliśmy do tej wojenki neutralnie. Arbitrzy to też ludzie i mają prawo popełnić błąd. Kiedyś wystąpiłem w spocie przedmeczowym w koszulce z napisem „zVARiowani”, ale to było zaplanowane marketingowo przez klub – wspominał później Nowak w Weszło FM.

To by się zgadzało ze słowami samego Litwina, który stwierdził, iż w szatni nie ma tematu niesprawiedliwego sędziowania. Dobre i tyle. Natomiast faktom nie da się zaprzeczać, w pewnej chwili sosnowiczanie zaczęli cierpieć na wyjątkowo agresywną odmianę syndromu oblężonej twierdzy. Przedstawiciele klubu, chociażby dyrektor Robert Tomczyk, także narzekali wszem i wobec. Padały naprawdę mocne słowa. Raz nawet prezydent Sosnowca napisał na Twitterze...

 

 

 

Być może była to próba odwrócenia uwagi publicznej i kibiców od realnych problemów drużyny, których było całe mnóstwo i z którymi nie potrafiono sobie poradzić? Swoista propaganda, mająca na celu wybielenie się? Trzeba jednak przyznać, iż mało kto się na to nabrał, ludzie nie są głupi. Widzieli, że osoby decyzyjne – jak Tomczyk czy Ivanauskas właśnie – przyłożyli najmocniejsze akcenty nie tam, gdzie powinni. Stąd chociażby cała masa fatalnych transferów latem oraz zimą, a także prezentowany przez Zagłębie radosny futbol. Radosny, bo pełny improwizacji w negatywnym tego słowa znaczeniu.

Jakkolwiek spojrzeć zatem, błąd na błędzie u sosnowiczan popełniano nie tylko na boisku, lecz również poza nim. Albo nawet przede wszystkim, jeśli mówimy o samych decyzjach litewskiego szkoleniowca z końcówki sezonu, które przypominały bezczelny sabotaż. Proszę państwa, Ivanauskas to nie był żaden trener, tylko człowiek-demolka. Taki jak ten z filmu Marco Brambilli z 1993 roku. W 2019 chyba znaleźliśmy pomysł na sequel...


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się