var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: własne

Drogi Śląsku, będzie jakoś, czy będzie jakość?

Autor: Mariusz Bielski
2019-05-16 16:08:30

Kiedy w liceum, w ostatni tydzień semestru, uratowałem się od kiblowania z fizyki o 0.01 w średniej ocen, szalałem z radości. Co w tym złego? Gorsza była wcześniejsza olewka. To za nią regularnie opieprzali mnie rodzice, a nie za ostateczną ucieczkę spod belferskiej gilotyny. Na szczęście później już tej historii nie powtórzyłem. I w tym właśnie rzecz, by uczyć się na własnych błędach. Banalne, a jednak cholernie trudne, prawda?

Zwłaszcza w kontekście piłkarskim. Ileż to się człowiek musi nasłuchać i naczytać o wyciąganiu wniosków, boże drogi! Zacząłem więc felieton właśnie w taki sposób, ponieważ podobny schemat zadziałał ostatnio w Śląsku Wrocław. Wojskowi dopiero co zapewnili sobie pozostanie w Ekstraklasie i… Spadła na nich nie fala, a wodospad krytyki za fotkę, na której cieszą się z utrzymania. „Wstyd, bezczelność, przecież oni prawie spadli!” – taka była narracja. I dziwię się temu niezmiernie. Co mieli robić? Płakać? Dajcie spokój…

Moim zdaniem akurat w tym jednym krótkim momencie euforii powinniśmy sobie darować czepialstwo. Drodzy kibice, rozumiem Wasze wkurzenie doskonale, ale chciałbym zauważyć, że zdecydowanie większy nacisk w manifestowaniu swojego niezadowolenia powinniście skierować ku innym kwestiom i osobom. Mała podpowiedź – zacznijcie szukać w gabinetach.

Problemy dotyczące zarządzania klubem są tak rozległe, że na analizę ich mogłoby mi nie starczyć miejsca w Wordzie. Nawet nie mam pomysłu od czego powinienem zacząć wyliczankę, natomiast wiem, iż to świadczy tylko o jednej rzeczy – burdel organizacyjny w Śląsku doprowadził do przeniesienia go również na boisko, a nie odwrotnie. Pięciu prezesów w 2,5 roku. W tym samym czasie kilku dyrektorów sportowych. Każdy z inną koncepcją na budowę kadry. Były przynajmniej 3 – jedna oparta na doświadczonych Polakach, druga na przepłaconych obcokrajowcach, trzecia zaś, dość nieśmiała, zakładała wyciąganie najlepszych młodzieżowców lub pierwszoligowców. Przyjmowanie kolejnych pomysłów oznaczało konieczność robienia porządku po poprzednich. I tak to się kręciło. Tylko sportowo wrocławianie pikowali coraz niżej, choć co roku odgrażano się walką o puchary lub chociaż kwalifikacją do górnej ósemki. Fun fact – udało im się zrealizować cel tylko raz na 5 podjętych prób, czyli od kiedy gramy systemem ESA37. Chyba nigdzie oczekiwania z rzeczywistością nie rozjeżdżały się tak bardzo, co w stolicy Dolnego Śląska.

No nie, tu zdecydowanie nie da się mówić o jakimkolwiek wyciąganiu wniosków. Było natomiast naprawianie jednych błędów następnymi. Ewentualnie kiepskie próbowanie przykrycia ich, niczym rozległą rdzę na samochodzie nowym lakierem. To nie miało prawa się udać.

Paradoks Śląska polega więc na tym, że potrzebuje zarówno kolejnej rewolucji, jak i większej stabilizacji. Odróżnijmy jednak – to pierwsze odnosi się do szatni, drugie z kolei do osób zarządzających klubem. Po kolei.

Mówimy wszak o drugiej najstarszej ekipie w Ekstraklasie (26,9 lat), chociaż średnia wieku wyjściowych jedenastek momentami potrafiła przebijać nawet 29 lat. Trudno więc wyobrazić sobie, iż trzon zespołu nadal będą stanowić Celeban (34), Cotra (35), Broż (34), Piech (34), czy nawet Robak (37). A przecież do odpalenia nadają się także Tarasovs, Pawelec i Farshad. Może także paru innych. Potencjalnych godnych następców w klubie próżno jednak szukać, więc wychodzi na to, iż latem zostaniemy świadkami kolejnej gruntownej przebudowy kadry. Zresztą, zapowiedziano ją parę miesięcy temu.

Pytanie, czy władze Wojskowych podejdą do sprawy racjonalnie w tym sensie, aby nie wymagać od nowych natychmiastowego sukcesu. Pytanie następne, czy władze miasta, które de facto stoją w hierarchii zarządców klubem jeszcze wyżej, zrozumieją wreszcie, iż fundamentem dla jakiegokolwiek sukcesu sportowego będzie głównie stabilizacja personalna w kierownictwie Śląska. I cierpliwość + konsekwencja, kiedy już uda się obrać właściwy kurs. Oczywiście wcale nie jesteśmy pewni, że Piotr Waśniewski oraz jego świata będą nieomylni, w piłce nożnej ryzyko pojawia się praktycznie w każdym aspekcie. Chodzi po prostu o to, że o ile żaden zarząd nie jest bezpośrednim gwarantem sukcesu, o tyle tym bardziej nie zapewnią go kolejne drastyczne zmiany prezesów, dyrektorów sportowych i innych sterników.

Krótko rzecz ujmując – dopóki Śląsk nie zacznie myśleć długofalowo, pracować systemowo w perspektywie 2-3 sezonów, działać z większą rozwagą na rynku transferowym według jednego schematu, dopóty nie wygrzebie się z postępującego od lat marazmu. I aż nie wiem czy powinienem śmiać się, czy jednak płakać, skoro w 2019 roku takie rzeczy trzeba jeszcze komuś kłaść do głowy. Zwłaszcza ludziom wykształconym, w pewnym sensie doświadczonym, którzy choćby już z tych względów powinni rozumieć, iż zbudowanie czegoś silnego oraz solidnego wymaga najtrwalszego z budulców – czasu. A im więcej czynników zmiennych wpływa na ostateczny kształt dzieła, tym więcej powyższego surowca potrzeba. W piłce nożnej – od cholery.

Martwi mnie jednak to, czy znów we Wrocławiu osoby decyzyjne nie stwierdzą: „widzicie? Utrzymaliśmy się, nie ma co spinać pośladów, jakoś to będzie”. A mam wrażenie, iż taka destrukcyjna idea przyświecała ludziom zarządzającym wrocławskim klubem i tamtejszej radzie miasta w ostatnich latach. Że mylono ze sobą dwa pojęcia – „będzie jakoś” oraz „będzie jakość”.

Nie chcę jednocześnie pisać fatalistycznych scenariuszy, ale… Było kilka takich klubów w historii polskiego futbolu, które dzięki podobnemu podejściu co od paru lat w Śląsku albo stanęły na granicy przepaści, albo przynajmniej nad nią stanęły. Pochodzę z Łodzi, zaufajcie mi. Skoro dwie tak wielkie firmy z mojego miasta jak ŁKS i Widzew swego czasu upadły, to nie mówcie mi, że sama marka klubu to coś, dzięki czemu klub zawsze utrzyma się na powierzchni. W nieco mniejszej skali świeżym przykładem jest także Stomil, gdzie milimetrów brakowało, aby utonął w morzu problemów wynikających z zaniedbań. Sami widzicie, nawet kapoków ratunkowych trzeba umieć używać.

Zastanawiam się jednak, czy desperacko wywalczone utrzymanie w przedostatniej kolejce Ekstraklasy będzie wystarczającym wstrząsem dla świty Waśniewskiego oraz władz Wrocławia. To właśnie za czasów pierwszej kadencji tego prezesa Wojskowi odnosili jedne z większych sukcesów w historii:

  • 2010/11: Ekstraklasa, 2. miejsce w lidze
  • 2011/12: Ekstraklasa, 1. miejsce w lidze + wygrany Superpuchar Polski
  • 2012/13: Ekstraklasa, 3. miejsce w lidze + finał Pucharu Polski
    + jeszcze chwilę wcześniej, w sezonie 2008/09, do gabloty trafił Puchar Ligi

Z jednej strony – komu zaufać, jak nie człowiekowi, który pośrednio mógłby wpisać sobie w CV wszystkie te osiągnięcia? Z drugiej myślałem, czy wrocławianom nie przydałaby się terapia szokowa w postaci degradacji do I ligi, która jakiś czas temu pozwoliła zrobić porządki chociażby u ich lokalnego rywala, czyli w Zagłębiu Lubin. Nie żebym tego komukolwiek życzył, to wszak nic przyjemnego. Jednakże co jeśli nie pozostanie na najwyższym poziomie rozgrywkowym może stanowić lepszą wymówkę dla ewentualnej opieszałości w szeroko rozumianej przebudowie Śląska? Już tyle razy to przerabialiśmy… W ogarnięcie się Wojskowych uwierzę zatem dopiero, kiedy je zobaczę. Samo utrzymanie w Esie nie rozwiązuje przecież żadnych kłopotów. Co najwyżej może stanowić dobry punkt wyjścia, by zacząć z nich powoli i cierpliwie (podkreślmy to ostatnie) wychodzić.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się