var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: Steindy / wikimedia.org

W korytarzach Bundesligi. TOP 5 polskich piłkarzy w II lidze niemieckiej

Autor: Maciej Kanczak
2019-05-27 13:15:56

Już w poniedziałek Union Berlin z Rafałem Gikiewiczem w bramce stanie przed szansą historycznego awansu do Bundesligi. Po remisie z VfB Stuttgart 2:2 na Mercedes-Benz Arena, podopieczni Ursa Fischera w rewanżu są w znakomitej pozycji wyjściowej. Nawet jeśli „Żelaznym” nie uda się jednak zakwalifikować do najwyższej klasy rozgrywkowej w Niemczech, nie zmieni to faktu, że ich 31-letni bramkarz z Olsztyna ma za sobą znakomity sezon w II lidze niemieckiej. Stąd też postanowiliśmy przyjrzeć się najlepszym polskim piłkarzom, którzy w ostatnich 20 latach występowali w 2. Bundeslidze.

5. Tomasz Bobel (SC Fortuna Kolonia, MSV Duisburg, Erzgebirge Aue) - 1998-2008, 167 meczów

W Polsce całą swoją karierę związał ze Śląskiem Wrocław, ale w latach 90-tych wrocławianie byli II-ligowym średniakiem. Do Ekstraklasy wrócili dopiero w sezonie 2000/01, ale Bobel występował już wtedy w Niemczech. Tyle, że również w II lidze. Polak trafił do Fortuny Kolonia, która jednak w końcówce ostatniej dekady XX wieku rozpaczliwie broniła się przed spadkiem z 2. Bundesligi. W sezonie 1998/1999 zajęła ostatnie, bezpieczne miejsce, by jednak w kolejnej kampanii nie uniknąć już degradacji. Wrocławianina nie można było jednak za to winić, gdyż przez 24 miesiące był mocnym punktem zespołu z Sudstadion, rozgrywając w tym czasie 58 spotkań. Gdy kolończycy musieli się męczyć na boiskach Regionalligi, Bobel miał możliwość walki o awans do Bundesligi w nieporównywalnie mocniejszym MSV Duisburg.

Związek Bobela z „Zebrami” nie był jednak zbyt udany. Niebiesko-biali dwa razy meldowali się na 11. miejscu w tabeli, a raz finiszowali na ósmej pozycji. Na MSV-Arena Polak nie otrzymywał zbyt wielu szans gry. Przez trzy lata rozegrał ledwie 17 spotkań. Znacznie lepiej wiodło mu się w Erzgebirge Aue, w którym występował z Marcinem Adamskim, Andrzejem Juskowiakiem i Tomaszem Kosem. Jego nowy klub długo był ligowym średniakiem, któremu nie groził ani awans do Bundesligi, ani również spadek do Regionalligi. Do sezonu 2007/2008 meldował się na mecie rozgrywek kolejno na miejscach: 8, 7, 7 i 11. Wszystko zmieniło się we wspomnianej już kampanii, kiedy „Fiołki” niespodziewanie spadły do III ligi. Bobel na Erzgebirsstadion grywał już coraz mniej, w dodatku kończył mu się kontrakt.  - Trener na pięć kolejek przed końcem sezonu mówił, że chce, abym został. Zgodziłem się. Na ostatni mecz w sezonie jednak nawet mnie nie wziął na ławkę. Siedziałem na trybunach i czułem, że coś jest nie tak. I w poniedziałek mi powiedział, że to jest trzecia liga i postawią na młodego bramkarza. Nagle znalazłem się bez klubu - wyjaśniał w 2009 r. w rozmowie z „Gazetą Wrocławską” Bobel. 

Do zawieszenia rękawic na wieszaku w 2014 r. nigdy już nie zagrał w 2. Bundeslidze.

4. Tomasz Kos (FC Gutersloh, 1.FC Nurnberg, Erzgebirge Aue) - 1999-2001; 2003-2008, 192 mecze - 5 goli

Wespół z Jackiem Krzynówkiem (o nim parę zdań za chwilę), dwukrotnie wprowadzał 1.FC Nurnberg do Bundesligi. Dla „Krzynia” jednak II liga niemiecka była trampoliną i przepustką do wielkiej kariery. Kos zaś w najwyższej klasie rozgrywkowej nad Renem spędził tylko dwa sezony, podczas gdy na jej zapleczu dziewieć. 

W Niemczech pojawił się wiosną 1999 r. Z ŁKS-em Łódź, z którym w rozgrywkach 1997-1998 niespodziewanie zdobył mistrzostwo Polski, a potem nieudanie walczył o grę w Lidze Mistrzów, przeniósł się do II-ligowego FC Gutersloh. Zespół z Nadrenii-Północnej Westfalii, który jeszcze w sezonie 1997/1998 walczył o awans do Bundesligi (5. miejsce), tym razem musiał przełknąć gorycz degradacji. Kos nie musiał jednak kopać się w czoło na arenach Regionalligi. 14 spotkań w barwach zielono-białych wystarczyło szkoleniowcowi 1.FC Nurnberg, Friedelowi Rauschowi, aby zdecydować się ściągnąć środkowego obrońcę na Franken-Stadion. W Bawarii Kos spotkał wspomnianego już Krzynówka, i obaj dołożyli sporych rozmiarów cegiełki do powrotu „Die Legend” do I ligi niemieckiej. Nie był on oczywiście gwiazdą pierwszej wielkości, tak jak jego kolega z pomocy. Nie grał również „od deski do deski” we wszystkich spotkaniach. Niemniej, w sezonach 1999/00 i 2000/01 był mocnym punktem zespołu, który w końcu awansował do Bundesligi, w obu kampaniach po 24 razy pojawiając się na murawie.

Do 2. Bundesligi wrócił w sezonie 2003/04. Chociaż „Der Altmeitster” II-ligowe rozgrywki wygrali wówczas w wielkim stylu, to jego rola w zespole Wolfganga Wolfa była już marginalna. Ten bowiem stawiał na duet Thomas Stehle-Andreas Wolf. Kos wówczas rozegrał zaledwie jedno spotkanie - w ostatniej kolejce z RH Ahlen (0:2), przebywając na boisku 68 minut. Jego koledzy wrócili do elity, on zaś pozostał w jej przedsionku. Swoje miejsce odnalazł w Erzgebirge Aue, przez kolejnych siedem lat będąc podstawowym stoperem zespołu z Erzgebirsstadion. „Fiołki” w swojej historii nigdy nie grały w Bundeslidze. W okresie gdy filetowo-białe barwy klubu z Aue zakładał Kos, ci najwyżej byli na 7. miejscu w tabeli (dwa razy, w sezonach 2004/05 i 2005/06). Po latach bycia średniakiem, w rozgrywkach 2007/08 niespodziewanie spadli do Regionalligi, w której spędzili dwa lata. Po powrocie na zaplecze niemieckiej ekstraklasy, w sezonie 2010/11, który był jednocześnie ostatnim sezonem Kosa spędzonym w Saksonii, Erzgebirge uplasowało się na piątej pozycji. Do miejsca gwarantującego grę w barażach z 16. zespołem Bundesligi (VfL Bochum) zabrakło im jednak dziewięciu punktów.

W 2017 r. weszło.com umieściło Kosa na liście „12 zapomnianych polskich piłkarzy”, w towarzystwie m.in. Andrzeja Leśniaka, Andrzeja Rudego czy Mirosława Waligóry. „Rozegrał bardzo dużo meczów za naszą zachodnią granicą w dwóch klubach – Norymberdze i Erzgebirge Aue (bywał tam nawet kapitanem), choć miał też epizod w ówcześnie drugoligowym FC Guetersloh. Nieco zapomniany jest może jednak przez to, że gdy walczył często na zapleczu Bundesligi, to znacznie częściej mówiło się choćby o Tomaszach – Hajcie i Wałdochu, którzy dotarli na wyższy pułap w piłce niemieckiej.

Tak czy owak jednak Kos w Niemczech spędził ponad dekadę, łącznie wykręcając aż 314 spotkań. Nie potrafił jednak przełożyć swojego doświadczenia na to, by dobić się do drzwi reprezentacji. Tylko trzy razy bowiem miał przyjemność usłyszeć przed meczem hymn Polski, w tym dwukrotnie – przed meczami towarzyskimi. Jedynym oficjalnym spotkaniem, który rozegrał w kadrze było to przeciwko San Marino z eliminacji do ME 2004” - tak wówczas pisali o wychowanku Olimpii Koło.

3. Rafał Gikiewicz (Eintracht Brunszwik, Union Berlin) - 2014-2016; 2018-?, 109 meczów - 1 gol

Nad Wisłą znany był głównie z trudnego charakteru i niewyparzonego języka. Za naszą zachodnią granicą pokazał jednak, że to również wysokiej klasy specjalista od bronienia. W kwietniu 2014 r., po tym jak rozwiązał kontrakt ze Śląskiem Wrocław, związał się na dwa lata z Eintrachtem Brunszwik. - Jestem bardzo szczęśliwy, że trafiłem do Eintrachtu. Wszyscy przywitali mnie bardzo ciepło. Jestem pod wrażeniem tego jaka atmosfera panuje na meczach w Brunszwik. Mogłem się o tym przekonać, podczas derbów z Hannoverem - mówił na oficjalnej prezentacji „Giki”. Dyrektor sportowy „Lwów”, Marc Arnold z kolei dodał: - Rafała obserwowaliśmy już od jakiegoś czasu. Jesteśmy głęboko przekonani, że będzie nam w stanie pomóc w ciągu dwóch najbliższych lat. To nowoczesny bramkarz, który ma dobrą elastyczność i sprężystość, a do tego bardzo dobrze radzi sobie w polu karnym.

Sęk w tym, że gdy w kwietniu Gikiewicz podpisywał umowę z Eintrachtem, ten występował w Bundeslidze. Statusu ligowca nie udało się jednak utrzymać - niebiesko-żółci zajęli ostatnie miejsce w tabeli i w rozgrywkach 2014/15 Gikiewicz zmuszony był rywalizować na zapleczu I ligi niemieckiej. „BTSV” oczywiście mieli ambitny plan, aby po roku w piłkarskim czyśćcu, ponownie znaleźć się w futbolowym niebie, ale zespół popadł w przeciętność. W kolejnych dwóch sezonach zajmował kolejno szóste i ósme miejsce i w dalszym ciągu musiał męczyć się w 2. Bundeslidze. Gikiewicz jednak na Eintracht Stadion spisywał się znakomicie (72 mecze i 25 czystych kont), w związku z czym latem 2016 r. zgłosili się po niego przedstawiciele SC Freiburg. Pierwsze podejście do najwyższej klasy rozgrywkowej w Niemczech było jednak nieudane. Przez dwa sezony, Polak rozegrał tylko cztery spotkania (z czego dwa w lidze), nie mając większych szans w rywalizacji z doświadczonym Alexandrem Schwolowowem. Po dwóch latach spędzonych na Schwarzwald-Stadion zdecydował się powrócić do 2. Bundesligi, wiążąc się kontraktem z Unionem Berlin.

- Było kilka ofert. Nie tylko z 2.Bundesligi, ale też ligi polskiej. Mogłem spróbować azjatyckiej przygody. Coś tam się działo. Po to jest agencja menedżerska, żeby to kontrolowali. Jestem jednak piąty sezon w Niemczech, znam język, dzieci chodzą do szkoły, urodziło mi się dziecko, więc trzeba też patrzeć na rodzinę. Nie jestem kawalerem i nie mam 20 lat. Tutaj wszystko jest tak poukładane, że ciężko było wyjeżdżać - wyjaśniał w rozmowie z TVP Sport, powody przenosin do stolicy Niemiec. 

Transfer do Unionu szybko okazał się strzałem w dziesiątkę! Polski golkiper stał się gwiazdą i ulubieńcem kibiców ze Stadion An der Alten Forsterei. W 34 meczach w barwach „Żelaznych” Gikiewicz 14 razy nie dał się pokonać, raz z kolei… sam pokonał swojego kolegę po fachu, Kevina Mullera w rywalizacji z 1.FC Heidenheim (1:1). Za byłym graczem Jagiellonii Białystok i Śląska Wrocław bez wątpienia najlepszy sezon, w życiu, ale… - Generalnie jestem zadowolony, ale do pełni szczęścia brakuje jeszcze awansu. Już przed sezonem, gdy przyszedłem do Unionu z Freiburga, mówiłem, że interesuje mnie gra o awans. Niektórzy uważali, że jestem zbyt wielkim optymistą. Ale taki miałem cel. Chciałem też w piętnastu meczach nie stracić gola, ostatecznie zagrałem czternaście spotkań na zero z tyłu. Szkoda, że piętnasty czysty mecz nie był w Bochum - mówił w czwartkowej rozmowie z „Przeglądem Sportowym”. Po pierwszym starciu z VfB Stuttgart (2:2 na Mercedes-Benz Arena), szanse na spełnienie marzeń są ogromne.

2. Jacek Krzynówek (1.FC Nurnberg) - 1999-2002; 2003-2004, 96 meczów - 22 gole

Nim został jednym z najlepszych pomocników w Europie, powoli i z mozołem, musiał pracować na swoje nazwisko w 2. Bundeslidze. Warto jednak było pomęczyć się trochę na niższym poziomie rozgrywkowym w kraju naszych zachodnich sąsiadów, gdyż dobra dyspozycja na zapleczu otworzyła Krzynówkowi drzwi do samego Bayeru Leverkusen.

„Krzynio” w 2. Bundeslidze spędził łącznie trzy sezony. Dwa jeszcze jako piłkarz na dorobku, dla którego sam transfer do 1.FC Nurnberg był wielkim wydarzeniem, wszak gdy występował w GKS-ie Bełchatów, trudno było o nim mówić jak o gwieździe polskiej Ekstraklasy. - Pamiętam dobrze tę odległość. Z Radomska do Norymbergi było ponad 800 kilometrów. Dla mnie samo to było trudne do ogarnięcia. W końcu wcześniej grałem w miejscowościach oddalonych o parędziesiąt minut drogi od domu w Chrzanowicach, mieszkałem z rodzicami. Klamka jednak zapadła. Kiedy wysiadłem z samochodu i stałem tak w środku Norymbergi, to pomyślałem: co ja tutaj robię? W Polsce zostawiłem rodzinę, super dziewczynę i pojechałem w nieznane. Miałem łzy w oczach - wspominał w swego czasu w rozmowie z interia.pl. 

W Niemczech odnalazł się jednak błyskawicznie. W sezonie 1999/00 nie wystąpił tylko w jednym z 34 spotkań ekipy „Der Club”. W pozostałych 33 meczach grał od pierwszej do ostatniej minuty, będąc jednym z fundamentów zespołu dowodzonego najpierw przez Friedela Rauscha, a później przez Klausa Augenthalera. Dobra forma Krzynówka nie uszła również uwadze selekcjonera Jerzego Engela, który uczynił z jego jeden z fundamentów prowadzonej przez siebie kadry narodowej. Jedyne, do czego w tamtym czasie można byłoby się przyczepić, to statystyki Polaka. Lewy pomocnik w rozgrywkach 1999/00 zdobył cztery bramki, ale zaliczył tylko jedną asystę. Zabrakło również sukcesu drużynowego, gdyż „Die Legend” zajęli 4. miejsce, pierwsze nie dające awansu do Bundesligi. Do trzeciego Energie Cottbus stracili zaledwie trzy punkty.

W kampanii 2001/02 nie zabrakło już jednak niczego. Czerwono-czarno-biali w wielkim stylu zapewnili sobie promocję do najwyższej klasy rozgrywkowej w Niemczech, zaś Polaka (sześć goli cztery asysty) wybrano jednogłośnie najlepszym graczem zespołu z Franken-Stadion. Przez kolejne dwa sezony Krzynówek biegał zatem po boiskach ligi niemieckiej, rywalizował z czołowymi defensorami Europy, ale w sezonie 2002/03 ze względu na kłopoty zdrowotne (pauzował całą jesień 2002) nie mógł uchronić swojego klubu przed powrotem do 2. Bundesligi. Mimo, że w Niemczech wyrobił sobie opinię jednego z najlepszych pomocników ligi, w rozgrywkach 2003/204 miast biegać po boiskach Dortmundu, Gelsenkirchen czy Monachium, zmuszony był rywalizować na stadionach w Lubeck, Trier czy Unterchahing. Nie traktował jednak gry w II lidze niemieckiej jak zsyłki, nie grał „za karę”. Od początku rozgrywek zakasał rękawy i postanowił własnymi nogami sam wprowadzić 1.FC Nurnberg z powrotem do Bundesligi.

Nie przesadzamy! Wystarczy spojrzeć na statystyki reprezentanta Polski w tamtej kampanii, by zobaczyć, że bez jego osoby, awans „Der Ruhmreiche” byłby niemożliwy (12 goli i dziewięć asyst). Bawarski klub zatem ponownie znalazł się wśród 18 najlepszych zespołów w Niemczech, zaś Krzynówek postanowił sprawdzić się w nieporównywalnie mocniejszym towarzystwie i przeszedł do Bayeru Leverkusen. - Jestem tutaj pięć lat i wystarczy. Chce pójść do przodu, ale - z drugiej strony - zawsze pozostaje sentyment. Poza tym tak dobrej drużyny, jak w tym sezonie, jeszcze w Norymberdze za moich czasów nie było - mówił czerwcu 2004 r. w rozmowie z interia.pl. 

1. Artur Wichniarek (Arminia Bielefeld)- 2000-2002, 54 mecze - 37 goli

Król. Nie tylko Bielefeldu, ale również i król wśród polskich piłkarzy, którzy grali na zapleczu Bundesligi. Dwukrotny zwycięzca snajperskiej klasyfikacji w II lidze niemieckiej i jedyny jak dotąd, który tytuł najlepszego snajpera zdobywał dwa razy z rzędu (w sezonie 2000/2001 wespół z Oliverem Djappą z SSV Reutlingen i w sezonie 2001/2002 już samodzielnie).

Niewiele jednak brakowało, a król nigdy nie zasiadłbym na tronie w Nadrenii-Północnej Westfalii. „Wichniar”, który do Arminii trafił zimą 2000 r. po niezłej rundzie jesiennej w barwach Widzewa Łódź, miał pomóc „Die Arminen” w uratowaniu ligowego bytu w Bundeslidze. Tymczasem wiosną wystąpił w 17 spotkaniach czarno-biało-niebieskich, ale ani razu nie wpisał się na listę strzelców, a jego nowy klub z hukiem spadł do II ligi. Wydawało się, że pożegnanie z najwyższą klasą rozgrywkową, będzie również pożegnaniem Polaka z klubem z Bielefeld. Tak reprezentant Polski tamten okres wspominał w rozmowie z portalem WP Sportowe Fakty: - Po sześciu miesiącach mojego pobytu w Arminii zaproszono mnie i mojego menedżera na rozmowę z trenerem i dyrektorem sportowym. Powiedzieli nam, że mogę już się pakować, bo nie jestem potrzebny. Właściwie to nawet, że osoba opiekująca się trawą na stadionie ma bliżej do pierwszego składu niż ja. Powiedzieli też, że dogadali się już z Wisłą Kraków. Tyle że ja się nie dogadałem, bo z nikim nie rozmawiałem o swoim odejściu. Oznajmiłem, że nigdzie się nie wybieram i tyle. Spiąłem pośladki, zacisnąłem zęby i zapieprzałem więcej niż każdy inny.

Sytuacja polskiego napastnika na Schucko Arena zmieniła się jednak dopiero po przyjściu trenera Benno Moehlmanna, który zastąpił Hermanna Gerlanda. To pod jego wodzą Artur stał się „królem Arturem”, choć cały proces koronacji, w przeciwieństwie do koronacji królów Polski, trwał bardzo długo. Wichniarek bowiem w pierwszych dziesięciu meczach sezonu 2000/01 wystąpił zaledwie raz. - Miałem mu wypalić, że jestem najdroższym w historii zawodnikiem Arminii i że to ja jego nie znam, ale jakoś ugryzłem się w język. Moehlmann powiedział jednak, że widzi mnie na treningu, docenia, jak się staram, i że według niego jestem tu najlepszy. Poprosił mnie, żebym dalej tak trenował, a na pewno dostanę szansę. I dostałem. U tego trenera strzeliłem pięćdziesiąt goli w dwa i pół roku, dwa razy zostałem królem strzelców 2. Bundesligi i pomogłem drużynie awansować piętro wyżej - tak wspominał swoją rozmowę dla WP Sportowe Fakty z Moehlmannem, kiedy nie grał i martwił się co dalej. Szkoleniowiec obiecał mu jednak częstsze występy i słowa dotrzymał. A „Wichniarek” zaś w końcu zaczął strzelać.

Od listopada 2000 r. do maja 2001 r. w 24 meczach zdobył aż 17 bramek. Fenomenalny był pościg Polaka za Djappą, który już na półmetku rozgrywek miał na koncie 10 trafień. W drugiej części sezonu Malijczyk mocno jednak spuścił z tonu (siedem goli), dzięki czemu na finiszu rozgrywek Wichniarek zrównał się z nim w liczbie bramek. Mieliśmy zatem wówczas w klasyfikacji snajperów 2. Bundesligi swoistą diarchię, czyli dwóch królów (władców) na tronie. W kolejnym sezonie sytuacja jednak uległa już zmianie. Djappa strzelał jedynie od święta (sześć bramek w 29 meczach), podczas gdy jego sąsiad z tronu trafiał do siatki rywali jak szalony (20 goli w 29 meczach). O ile w rozgrywkach 2000/01 trafienia Polaka pozwoliły Arminii uchronić się przed spadkiem do Regionalligi, o tyle już w kampanii 2001/02 dały one „Die Blauen” upragniony powrót do Bundesligi.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się