var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: SeFutbol / RFEF

Hiszpanie wytarli nami podłogę. Do piłkarzy Michniewicza nie możemy mieć jednak większych pretensji

Autor: Maciej Kanczak
2019-06-23 13:00:01

„Od zera do bohatera, od bohatera do frajera - piłka nożna” - napisał na Twitterze po meczu z Hiszpanią Kamil Grabara. Nic dodać, nic ująć…

Na mecz na Stadio Renato Dall`Ara czekaliśmy jak małe dzieci na św. Mikołaja, który ma przyjść tuż po wigilijnej kolacji. Wyniki w pozostałych grupach tak się ułożyły, że tylko pierwsze miejsce w grupie A dawało nam awans do ½ finału MME i promocję na Igrzyska Olimpijskie do Tokio, co oznaczało, że z Hiszpanią musieliśmy przynajmniej zremisować i jednocześnie zrezygnować z naszego sportu narodowego, a więc zabawy w kalkulacje i spekulacje, co też musi się wydarzyć, żeby biało-czerwoni, nawet mimo ewentualnej porażki, przeszli dalej. Zespół Czesława Michniewicza przez ostatnie dwa lata udowodnił jednak, że w 100% pochłonięty jest jedynie grą na zielonej murawie, a wszelkie rozważania na papierze w ogóle go nie interesują.

Nie mieliśmy też powodu, żeby drżeć przed Hiszpanią, patrzeć na nich jak na futbolowych bogów. CM w katakumbach obiektu w Bolonii nie musiał wzrokiem szukać selekcjonera rywali, Luisa de la Fuente, by po cichu i bez świadków poprosić go o jak najniższy wymiar kary. „La Rojita” bowiem w dwóch pierwszych kolejkach grupowych zmagań na EURO U-21 może nie zawodziła na całej linii, ale z pewnością prezentowała futbol daleki od oczekiwanego. Mecz z Włochami był w wykonaniu Hiszpanów popisem, do momentu, gdy nie wyrównał Federico Chiesa w 36. minucie. Później, już do końca rywalizacji, byli tylko tłem dla młodych „Squadra Azzurra”. Starcie z Belgią to z kolei bicie głową w mur, który udało się skruszyć dopiero przed końcowym gwizdkiem arbitra. Gdy Dawid Kownacki i spółka imponowali taktycznym zdyscyplinowaniem, dobrą organizacją gry, wzorową współpracą, ich sobotni rywale zdawali się być drużyną, której perspektywa awansu wymyka się powoli z rąk. Ich grę charakteryzował chaos, trudno było się dopatrzeć u nich jakiegoś planu, koncepcji. Nie oznaczało to, że na murawę w Bolonii mieliśmy wyjść jak po swoje, bo jasnym było, że piłkarze tej klasy co Dani Ceballos, Pablo Fornals czy Fabian Ruiz będą podwójnie zdeterminowani i zmobilizowani, aby zatrzeć niekorzystne wrażenie z wcześniejszych 180 minut rywalizacji na MME, ale też nie mieliśmy absolutnie żadnych powodów, aby bać się wybrańców de la Fuente. Tyle przedmeczowych założeń, tyle o psychicznym podejściu do absolutnego hegemona rozgrywek młodzieżowych w tej dekadzie. Na boisku wszystko wyglądało zupełnie inaczej.

W zasadzie o samym meczu nie ma się co rozpisywać. Hiszpanie nas zmiażdżyli, wytarli nami podłogę, zdmuchnęli z powierzchni ziemi. To wyglądało jak rywalizacja klasy VIII A z I B, jakby słoń siłował się z mrówką. Na fejsbukowej grupie Awangarda Piłkarska, jeden z użytkowników dopytywał, dlaczego San Marino nie miało zagwarantowanego awansu na ME U-21 z urzędu, skoro było współgospodarzem imprezy. Odpowiedzi były jasne i klarowane - oczywiście z czysto formalnego punktu widzenia, to malutkie państewko powinno grać na MME, skoro gospodarz zawsze gra na organizowanej przez siebie imprezie bez eliminacji, niemniej, co takie San Marino wniosłoby do poziomu turnieju? I my wczoraj niestety byliśmy jak takie San Marino. Hiszpanie grali, Polacy biegali.

Prasa na Półwyspie Iberyjskim pieje z zachwytu nad grą swoich młodych piłkarzy. „Pokaz magii” - napisał „El Pais”, „Taniec Hiszpanów trwał, a biedni Polacy na boisku błagali o piłkarską litość” - dodawał „ABC”. Z kolei w rozgłośni radiowej „Cadena Ser” kibice mogli usłyszeć, że w Bolonii jedni grali jak seniorzy, a drudzy jak juniorzy. Cholernie boli mnie, że to prawda. A jeszcze boleśniejsza jest świadomość, że przecież ta drużyna do tego typu występów nas nie przyzwyczaiła. Nie ma co zaklinać rzeczywistości, nie ma co bawić się w klakiera niczym trener II klasy Wacław Jarząbek z „Misia” - biało-czerwoni zaprezentowali się wczoraj tragicznie i to jest fakt niepodważalny, ale ten występ nie może położyć się cieniem na tym, co ten team osiągnął w minionych 24 miesiącach.

Gorsze od oglądania meczu było wczoraj tylko czytanie Twittera tuż po końcowym gwizdku arbitra. Szambo z komentarzami wylało, a ich zapach był nie do zniesienia. Zarzuty, że sześć punktów zostało wywalczone w sposób absolutnie szczęśliwy i przypadkowy. „Fachowe” analizy, że młodzi Polacy dobrze prezentowali się we Włoszech łącznie może przez 30 minut. Oskarżenia o pompowanie balonu oczekiwań przez media. Piłkarze z bohaterów zdegradowani do roli nieudaczników. W starciu z Hiszpanią Grabara nie mógł się w sobotę zbytnio wykazać, ale swoim komentarzem na TT trafił w samo sedno. O balonie oczekiwań, który pękł z hukiem można było mówić w przypadku kadry Adama Nawałki przed MŚ 2018. Reprezentanci starsi o dwa lata, brak znaczących zmian w składzie, eliminacje, choć punktowo wygrane w wielkim stylu, były jednak drogą przez mękę, bo o mało którym zwycięstwie mogliśmy wówczas mówić i pisać jako o przekonującym. Złudne życie wspaniałym EURO 2016, bez konkluzji, że to jest już zupełnie inna drużyna. A później w Rosji był płacz i zgrzytanie zębami. To był klasyczny, napompowany do granic możliwości balon oczekiwań.

W przypadku zespołu „polskiego Mourinho” każde wspomnienie o możliwym awansie do IO w Tokio czy promocji do najlepszej czwórki mistrzostw Starego Kontynentu były uprawnione. Jeżeli wygrywa się większość meczów, mimo przeciwności losu, z rywalami silnymi (Dania, Belgia) albo bardzo silnymi (Portugalia, Włochy) to przecież nie można chować się po kątach. Nie można było się czerwienić, na wspomnienie o półfinale. Jeżeli ma się podstawy, trzeba mierzyć wysoko. Widzieliśmy tą kadrę oczami wyobraźni w Tokio, bo dała nam do tego powody. Bo miała w nogach absolutnie wszystkie atuty, aby tam się znaleźć. Balon pękł z hukiem, piłkarze, którzy lecieli już do stolicy Japonii, pospadali na ziemię, mocno się obijając. Ale balon pękł, bo przekuł go silniejszy rywal na dany moment, a nie dlatego, że w rachubach dotyczących naszych szans, mocno rozminęliśmy się z rzeczywistością.

Prawdą jest też, że dla tej drużyny czas próby nadchodzi dopiero teraz. W takim składzie zapewne nie wystąpi już nigdy. Niewielka część będzie mogła jeszcze spróbować powtórzyć ten sukces, starając się zakwalifikować do ME U-21 w 2021 r., reszta wchodzi już w dorosły futbol i będzie próbowała zadomowić się w reprezentacji Jerzego Brzęczka. Laury młodzieżowe oczywiście zawsze cieszą, bo medal, nieważne w jakiej kategorii wiekowej, za każdym razem ma swój niepowtarzalny smak, ale przecież nie po to głównie gra się w piłkę. Z wielkim zainteresowaniem będę przyglądał się próbie przebicia się dzielnych chłopców Michniewicza do kadry Brzęczka. To, że każdy z nich ma potencjał, aby w dorosłej drużynie narodowej odgrywać ważną rolę, nie mam wątpliwości. Nie mam wątpliwości również, że to przejście nie jest wcale łatwą sprawą, co pokazały losy ostatnich medalistów (i zarazem uczestników IO) w Barcelonie.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się