var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: Patryk Zajega Images

„Smółka i Masłowski – jak przegrać życie w jeden sezon”

Autor: Mariusz Bielski
2019-07-04 18:00:10

Jest taki kawałek, kilkuletni już, Bonsona i Quebonafide, w którym pada wers: „David Moyes – jak przegrać życie w jeden sezon”. Nie wiadomo czy panowie planują nagranie drugiej części tego numeru, ale jeżeli tak, to w identyczny sposób na warsztat mogliby wziąć Łukasza Masłowskiego i Zbigniewa Smółkę.

Ewentualnie jeśli nie lubicie polskiego rapu, możemy wam zaproponować wersję, według której staliby się bohaterami spin-offu „Serii niefortunnych zdarzeń”.

No ale dobrze, już dość tych sucharów. Nie zastanawiamy się właściwie, który moment był dla nich tym krytycznym, tylko nad tym, czy to trener, czy jednak dyrektor sportowy zawodowo stracił więcej w trakcie ostatnich 12 miesięcy. Kto spadł z wyższego konia? Obu panów połączył Widzew i choć obaj już się z nim pożegnali, to może właśnie ten moment powinniśmy uznać za kluczowy w przyjmowanej interpretacji? Jakkolwiek spojrzeć Smółka chwilę wcześniej został zwolniony z Arki, natomiast Masłowski sam zdecydował się na odejście z Wisły Płock, w którym bardzo go sobie ceniono. Czyli de facto działacz sam pchnął sporo piachu w tryby własnej machiny.

Zostańmy więc na razie przy nim i zauważmy, że w zasadzie jego negatywna passa zaczęła się jeszcze latem ubiegłego roku, kiedy pracował dla "Nafciarzy". Sporo powie nam tu zestawienie transferowe płocczan z ostatniego roku. Letnie? Ricardinho, Angielski, Żynel, Wieliczko, Szwoch, Calo, Warcholak, Grym, Miś, Adamczyk… W zasadzie o tym, iż wypalił, dałoby się powiedzieć tak tylko względem pierwszego z wymienionych, choć też warto pamiętać jak słabą wiosnę miał Brazylijczyk. Ponadto Masłowski wspominał, że dużo transferów "Nafciarze" robią „na przyszłość”, jednakże w trakcie rozgrywek praktycznie żaden z powyższych nie udowodnił swojej wartości. Najbliżej był Żynel po 7 występach w Ekstraklasie.

To może zima? Kuświk strzelił zaledwie 3 gole, mało. Alen Stevanović też bardziej zabłysnął swoim życiorysem niż grą. Angel Garcia – ani zły, ani wybitny. Jake McGing już się zawinął ponownie do Australii i też niewiele wniósł. Marazas? Bez żartów. Właściwie tylko Borysiuk jako tako się pokazał, ale że był tylko wypożyczony na pół roku, to już go u "Nafciarzy" nie ma. Spychała? Czy ktoś o nim w ogóle pamięta? 

Daje to nam jakieś dwa, w porywach do trzech dobrych wzmocnień drużyny z kilkunastu, czyli generalnie totalny dramat. A przecież jeszcze do tej listy wstydu należałoby dopisać szkoleniowców. Po niespodziewanym sukcesie Jerzego Brzęczka i jego awansie do seniorskiej reprezentacji, Wisła zatrudniła Dariusza Dźwigałę. Prolem jednak leży w tym, że już po 12 meczach wyleciał, wszak średnia zdobywanych przez niego punktów wynosiła 1,08. Gorsze przyszło natomiast jeszcze później, bo Masłowski wymyślił na jego miejsce Kibu Vicunę. – Jeśli następca Dźwigały się nie spisze, położę swoją głowę – zapowiadał odważnie dyrektor sportowy. No i się nie spisał, ponieważ Hiszpan wykręcił 0,89 punktu na mecz, a Wisłę przed I ligą niemal cudem uratował Leszek Ojrzyński.

Mimo tego jednak Jacek Kruszewski, prezes "Nafciarzy", wciąż cenił sobie pracę działacza, ponieważ miał w pamięci także jego lepsze momenty. Czyli dorwanie Merebaszwilego, Furmana, Kante czy Szymańskiego. Położenia głowy nie było, za to w pewnym momencie Masłowski stwierdził, że chciałby spróbować pracy w klubie znacznym bliższym jego sercu, czyli w Widzewie. I nie zrozumcie nas źle, nie mamy mu tego za złe, w zasadzie nawet rozumiemy pobudki dyrektora, który z Płocka ewakuował się z początkiem kwietnia. 

W pewnym sensie można powiedzieć, że trafił z deszczu pod rynnę, chociaż chyba bardziej trafnym określeniem byłoby – w sam środek huraganu. RTS był już wówczas na swej słynnej remisowej fali, a grunt coraz bardziej palił się pod nogami łodzian. Wiadomo, skończyło się zaprzepaszczeniem wszystkiego, co zostało wypracowane jesienią. Widzew pozostał w II lidze i znów jest w tym wina Masłowskiego. Bo o ile współpraca z Mroczkowskim w pewnym momencie rzeczywiście zrobiła się toksyczna, o tyle wybór jego następcy najpierw przyprawiał kibiców o dreszcze, a potem wołał o pomstę do nieba. Jacek Paszulewicz na chwilę przejął stery klubu z al. Piłsudskiego, aczkolwiek nie usprawnił w drużynie nic, w związku z czym RTS przerżnął upragniony awans. 

Paszulewicza oczywiście w klubie już nie ma, za to Masłowskiemu oberwało się jeszcze za zatrudnienie go potrójnie. Bo bardzo ryzykował, wszak dopiero co szkoleniowiec ten walnie przyczynił się do spadku GKS-u Katowice, zamiast do awansu do Esy i w trakcie sezonu został stamtąd zwolniony. Bo warsztatowo porównuje się go do Felixa Magatha ze względu na zamordyzm, który nikomu w Widzewie nie był potrzebny. W końcu, bo to dobrzy znajomi, więc naturalnie pojawił się wobec obu zarzut kolesiostwa. My rozstrzygać tego nie będziemy, ponieważ nie potrafimy czytać w czyichś myślach, ale zbierając to wszystko do kupy musicie przyznać – to nawet na papierze nie wyglądało to dobrze.

Puentę krótkiej przygody Masłowskiego z Widzewem napisała zaś Martyna Pajączek. Nowa pani prezes wpadła do klubu z al. Piłsudskiego i szybko wzięła się za robienie porządków, czego efektem było zwolnienie i dyrektora sportowego, i wspomnianego wcześniej Zbigniewa Smółki. Jedyne co w tym wszystkim było słabe, to komunikacja, wszak do samego działacza wiele informacji na temat jego przyszłości dochodziło z mediów. – Nie dostałem żadnej oficjalnej informacji z klubu na ten temat. Oczywiście wiem, że nieoficjalnie już to nastąpiło. Już od dwóch tygodni nie mogę zrobić transferu, bo wszystko blokuje zarząd. Tak nie da się pracować. Gdybym mógł normalnie robić, co do mnie należy, to w tej chwili mielibyśmy kadrę gotową w 80 procentach. Okno transferowe otwiera się dopiero 1 lipca, a my mielibyśmy w tym momencie już osiem zrobionych transferów. Od dawna prowadzę rozmowy z piłkarzami i ich agentami i mam związane ręce. Głupio to wszystko wygląda, niepoważnie – opowiadał kilka dni temu, zanim jeszcze został zwolniony. 

Raczej nie przesadzimy, jeśli to właśnie Masłowskiego mianujemy chlubnie największym przegrywem w polskiej piłce sezonu 2018/19. Aczkolwiek nie zapominamy też o Smółce, który stanowił dla niego poważną konkurencję w walce o ten jakże prestiżowy tytuł. Po odejściu ze Stali Mielec miał jeszcze chwilę triumfu, lecz od późnej jesieni posypało mu się wszystko. Chociaż prawdę powiedziawszy niewiele wskazywało, że będzie aż tak źle. Trochę z przymrużeniem oka słuchaliśmy jego zapowiedzi na temat efektownej gry Arki, ale w sumie w pewnym momencie rzeczywiście patrzyło się dobrze na ten zespół. Ponadto trenerowi udało się odkurzyć Janotę czy Jankowskiego, odważnie postawił na interesującego Młyńskiego no i wyniki kręcił niezłe.

A potem… Nie no, trudno to wytłumaczyć racjonalnie, że na wiosnę gdynianie prezentowali się wręcz tak, jakby byli w szoku krągłościami futbolówki. Zerknijmy więc na bilans podopiecznych Smółki od końca listopada, do chwili jego zwolnienia: 0-4-8. W tamtym okresie – między początkiem grudnia a początkiem kwietnia – nie było gorzej punktującej (odważnie powiedziane) ekipy w Ekstraklasie. Za to coraz więcej brudów wychodziło na wierzch. Typu fochy Janoty, że nie został puszczony na Bliski Wschód już pół roku wcześniej. Dużo pisano też o wyjątkowo trudnych relacjach szkoleniowca z kibicami Arki. W końcu zaś on sam podłapał syndrom oblężonej twierdzi, co zresztą było nie do zniesienia. Murawa odpowiadała za złe wyniki Arki, dziennikarze odpowiadali za złe wyniki Arki, konstelacja planet odpowiadała za złe wyniki Arki… Aż przykro się tego słuchało.

Nawet Wojciech Pertkiewicz w jednym z wywiadów – bodaj na Weszło – przyznał, iż zaczęło to zbyt mocno razić w wizerunek klubu i trudno się z tym nie zgodzić. Pożegnanie więc musiało nadejść, a że wyszło kuriozalnie… Cóż, faktycznie ogłoszono je tuż przed derbami z Lechią, więc naturalnie wszyscy robili oczy jak pięć złotych. Z drugiej strony to była tylko przyspieszona decyzja, która z perspektywy czasu nie wydaje się aż tak znacząca.

A że Smółka cały czas pozostawał szkoleniowcem bezkompromisowym, wręcz dało się mu zarzucać brak pokory, to jego angaż w Widzewie również dało się odczytywać dwojako. Niby mówimy o wielkim klubie, nie można mieć co do tego wątpliwości. A jednak to przecież wciąż II liga, co wygląda dość wymownie. No i cóż, nie zdążył nawet poprowadzić RTS-u w oficjalnym meczu, a też wyleciał za sprawą prezes Pajączek. Chwilę wcześniej zaś rzucił dość ciekawe stwierdzenie – W przypadku niektórych zawodników występujących w drugiej połowie, ich rodzice powinni nam dopłacać za to, żebyśmy uczyli ich podstaw gry w piłkę – i za chwilę go nie było. Co potwierdzałoby przy okazji tezę o zbyt dużej bucie Smółki. A z drugiej strony po takim tekście aż trudno uwierzyć, że zawodnicy Widzewa faktycznie stali za nim murem.

Niemniej jednak żaden z nich czasu już nie cofnie. Dziś obaj panowie mogą co najwyżej usiąść i zastanowić się nie tylko gdzie popełnili błędy, ale także dlaczego to zrobili. Materiału do analizy mają sporo i oby refleksja rzeczywiście skłoniła ich do rozważań. No chyba, że nie chcą jak najszybciej wrócić do pracy w piłce na sensownym poziomie... Z kolei dla osób trzecich ich przykłady powinny stanowić przestrogę – czego nie robić i jak nie myśleć w kontekście polskiego futbolu. Fortuna jest wszak zbyt kapryśna i zbyt łatwo przychodzi jej odwracanie kart poszczególnych trenerów oraz dyrektorów.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się