var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Własne

Szanujmy „one club manów”, tak szybko zaczyna ich brakować

Autor: Mariusz Bielski
2019-07-04 19:00:47

Właśnie sobie uświadomiłem jak bardzo stęskniłem się za czasami piłkarzy bezwzględnie przywiązanych do klubu. Mignęła mi właśnie stara wzmianka o nagrodzie „One club man”, którą od pewnego czasu przyznaje Athletic z Bilbao i stąd ta cała nostalgia.

Takich graczy już chyba nie robią.

Zastanawiam się nad tą sprawą nawet w skali polskiej piłki i wydaje mi się, że tu tym łatwiej o różne kryzysy tożsamości. Z prostego względu – idolem trybun nie zostanie przecież byle kopacz, lecz gość jakkolwiek wyróżniający się. A taki z kolei też posiada ambicje, więc nie oszukujmy się, że polski futbol ma mu wiele do zaoferowania. Na przykładzie Janka Sobocińskiego z ŁKS-u, któremu kibicuję – łodzianin z krwi i kości, chłopak ogromnie związany z klubem, pokazujący to w wielu sferach. Ale jak długo będziemy się nim cieszyć? Jeden sezon? Cud musiałby się zdarzyć, żeby dwa, skoro już teraz, w pierwszej lidze, obserwowany był nie tylko przez rodzimych skautów.

Jeżeli już w polskiej piłce możemy liczyć na legendy, to przeważnie w formie symbolicznych powrotów pod koniec karier. Trochę niczym w Argentynie, gdzie całe mnóstwo piłkarzy na kilka ostatnich chwil po tej stronie rzeki wraca do macierzy, by w ten sposób dopiąć klamrę.

Teraz coś podobnego stało się przy udziale Marcina Robaka, który mając 37 wiosen na karku zdecydował się na grę dla Widzewa. Chociaż może to nie jest aż tak trafiony przykład, bo przecież napastnik pochodzi z Legnicy, a więc bardziej pasowałaby tu Miedź. Z drugiej strony to właśnie w RTS-ie snajper zbudował swą doskonałą markę i wielokrotnie podkreślał, że to przy al. Piłsudskiego jest jego drugi dom. Nie w Szczecinie, nie w Poznaniu, nie we Wrocławiu, tylko w Łodzi.

Albo Błaszczykowski w Wiśle, nawet bardziej jaskrawy przykład, który zadziałał na bardzo podobnej zasadzie, co wyżej opisany. Tylko że z większym ładunkiem emocjonalnym ze względu na ówczesną hardkorową sytuację Białej Gwiazdy.

I o ile doceniam postawę obu jegomościów, jak najbardziej i generalnie chapeau bas, tak po prostu w szerszym kontekście mierzi mnie fakt, iż podobnych lub jeszcze bardziej wyrazistych postaci dla poszczególnych klubów jest coraz mniej. Raczej często spoglądałem na wyjściowe składy wielu drużyn przez ostatni sezon i czasem to było zwyczajnie smutno. Widoki typu... 10,5 obcokrajowca (wybacz Tarasie) w jedenastce Jagiellonii, zaciąg najemników w Zagłębiu Sosnowiec, którym chyba nawet nie zależało na utrzymaniu. Coraz większe multi-kulti jakie tworzyło się w Koronie z momentami naprawdę dziwnych ludzi typu Aleksandar Bjelica. Albo Miedź, której szatnia musiała chwilami wyglądać jak „festiwal czterech kultur”. W sumie niekoniecznie zaledwie czterech.

Co gorsza, to wszystko wygląda zaledwie na przedłużenie trendu, który zapanował także na najwyższym europejskim poziomie. Otwarcie przyznawał mi to Andrzej Dadełło, właściciel Miedzi. – Tak to działa także w najlepszych ligach, więc nie robimy niczego szokującego – opowiadał. No i cóż, trudno się nie zgodzić, skoro chociażby w Premier League są zespoły, które mimo zasady homegrown w najmocniejszej jedenastce prawie nie mają rodzimych zawodników.

Powiedzmy Arsenal: Niemiec – Grek, Niemiec, Hiszpan – Hiszpan, Urugwajczyk, Szwajcar, Bośniak – Niemiec, Gabończyk, Francuz

Albo Chelsea: Hiszpan – Hiszpan, Brazylijczyk, Niemiec, Hiszpan – Włoch, Francuz, Chorwat – Belg, Hiszpan, Francuz

Nawet z Liverpoolem, z którym sympatyzuję, wcale nie jest o wiele lepiej, chociaż nie ukrywam, że liczę, iż taki Alexander-Arnold przez długie lata lub w ogóle nie pójdzie drogą Raheema Sterlinga. Pamiętam natomiast swój dylemat z wycieczki, jaką sobie w grudniu zrobiłem do Anglii. Wiadomo, zakup koszulki obowiązkowy, tylko z kim na plecach? Kumple namawiali mnie na konkretnego piłkarza zamiast czystej i staliśmy jak te słupy soli z pół godziny zanim się zdecydowałem. Bo w głowie non stop kołatała mi się myśl: „a co, jeśli ten lub tamten zaraz zechce odejść? Niczym wcześniej Suarez i Coutinho, których koszulki ma właśnie jeden ze wspomnianych kolegów.

Ostatecznie stanęło na Virgilu van Dijku i nie ukrywam, iż głównie ze względu na chwilową fascynację, niż jakiekolwiek kwestie lojalnościowe. Mimo wszystko trochę już w piłce widziałem i nie takie cuda się przecież zdarzały.

Natomiast najbardziej ubolewam też nad sytuacjami, w których dodatkowo same kluby zaczynają deprecjonować własne legendy. Coś jak ostatnio w Romie miało miejsce z Francesco Tottim, chociaż on przecież już zakończył karierę. Naturalnie więc za chwilę rozpoczął pracę dyrektora, lecz po dwóch latach odpuścił temat. A tak tłumaczył swoją decyzję:

Zastanawiałem się nad tym od kilku miesięcy i wreszcie wysłałem rezygnację. Roma to mój drugim dom, albo nawet pierwszy, bo spędzałem tu więcej czasu niż w rodzinnym. Jej dobro  zawsze stawiałem na pierwszym miejscu. Starałem się, aby była najlepsza na świecie. To dla mnie niezwykle bolesny moment. Odchodzę nie z mojej winy. Po prostu nie dostałem szansy do pokazania co potrafię. Nikt nigdy nie włączył mnie do żadnego klubowego projektu. W pierwszym roku pracy to było zrozumiałe ponieważ wtedy dopiero uczyłem się. W drugim jednak zorientowałem się, że ja wykazuje chęci, lecz z drugiej strony nie ma tego samego. My sobie wzajemnie nie pomagaliśmy. Oni wiedzą jakie są moje intencje, jak wiele pragnę dać Romie, ale szczerze mówiąc oni mnie tu nie chcą – żalił się nie bez powodu. Roma oczywiście wydała oświadczenie odbijające piłeczkę, ale nikt nie ma wątpliwości, że w tej sytuacji to nie Totti wariuje, tylko właściciele klubu stawiają własne ego ponad niego. Bo przypomnijmy też, że po 19 latach z ekipy Wilków wypchnięta została także inna ich żywa legenda – Daniele De Rossi.

Chyba nie przesadzę pisząc, że właśnie padł jeden z bastionów futbolowego romantyzmu. Ile ich jeszcze zostało? Może Athletic, chociaż i do realizacji probaskijskiej polityki "Lwów" można mieć w ostatnim czasie wiele zastrzeżeń. Na pewno jednak to Rzymianie jak dotąd, przez wieeeeeele lat, wydawali mi się wielkimi piewcami lojalności, wierności barwom, szacunku do ikon. Urodziłem się w 1994 roku, więc dla mnie ci dwaj zawodnicy występowali w Romie praktycznie od zawsze. Dziwnie będzie teraz spoglądać na tę ekipę ze świadomością, że De Rossi za chwilę nie wbiegnie na boisko, a Tottiego już nawet nie ma w gabinetach.

A szkoda, bo przecież każdego, kto może mianować się kibicem, do futbolu przyciągnęły i zatrzymały przy nim dokładnie te przytoczone wartości. Wartości, które moim zdaniem zaczęły już zbyt mocno zanikać.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się