var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Własne

Polski taniec ze śmiercią w pucharach

Autor: Marcin Łopienski
2019-07-09 21:03:56

Piast Gliwice, Legia Warszawa, Lechia Gdańsk i Cracovia w tym roku staną przed ogromną szansą zaistnienia w Europie. Czy w ich przypadku te potyczki okażą się pocałunkiem ze śmiercią, czy może jedynie grą wstępną przed czymś więcej? Daleko mi do proroka lub wróżbity, ale lubię grę w skojarzenia.

Dzisiejszy tekst niektórym może wydać się niepotrzebny – wiem, że gdyby Kazimierz Węgrzyn go przeczytał, to uznałby go za zawracanie dupy. W końcu europejskie puchary nie są wyznacznikiem poziomu Ekstraklasy – ja jednak pochylę się nad tym, co czeka nas w ciągu najbliższego miesiąca (doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że dłużej polskich klubów w elicie oglądać nie będziemy). 

Moi drodzy, nasmarowałem ten tekst, bo temat uważam za poważny. Po pierwsze dlatego, że nie zgadzam się z Węgrzynem – puchary są wyznacznikiem poziomu naszej ligi. Dwa: jak ważny i ciekawy jest to moment sezonu, pokazuje nasze zniecierpliwienie przed wznowieniem rozgrywek. Trzy: zakładam, że każdy kibic w Polsce liczy na odwrócenie złej karty i w końcu na bardzo dobre występy naszych drużyn w pucharach. 

***

Okres przed startem kampanii polskich drużyn w europejskich pucharach skojarzył mi się na początku z tańcem śmierci (z fr. danse macabre). Być może kojarzycie jedną z najpopularniejszych alegorii w sztuce plastycznej i literaturze późnego średniowiecza, który na chwilę powrócił również w baroku. Wyrażała ona równość wszystkich wobec śmierci, była swoistym upomnieniem przed nieuchronnym losem, ale również swego rodzaju wyrazem rozczarowania wobec świata i przemijania. 

„Rozmowa Mistrza Polikarpa ze Śmiercią” jest uznawana za najcenniejszy polski zabytek średniowiecznej prozy świeckiej. Dlaczego o tym wszystkim wspominam? Bo już sam początek tego dzieła (jeśli macie ochotę, tutaj możecie je przeczytać) przypomina pojedynki naszych klubów w Europie. Na wstępie bardzo często reagujemy w myśl słów Michała Probierza o sławnym pocałunku śmierci. Niektóre kluby wręcz wolą nie grać w pucharach, dlatego przeciętnie radzą sobie w końcówce sezonu. A kiedy już wylosujemy przeciwników staramy się umniejszać ich klasę, szukamy naszej przewagi, która najczęściej przejawia się w infrastrukturze stadionowej. I nasze przeciąganie liny zazwyczaj trwa do czasu, dopóki jesteśmy w stanie wyliczyć nasze matematyczne szanse na awans. 

Dlatego w moim odczuciu europejskie puchary w naszym kontekście pełnią role takiego tańca ze śmiercią. Rozgrywki w której wszyscy, bez względu na to, czy jest się Legią Warszawa, czy też Arką Gdynia, mogą widowisko zaryć głową o ścianę. 

***

Jest też taka piosenka Bedoesa i Lanka o tytule „Nadchodzi lato”. Średnio moje klimaty, ale sąsiedzi w czerwcu skutecznie zagwarantowali mi rozrywkę w postaci zapoznania się z tekstem i jak to często bywa przy okazji setnego odsłuchu – wrycia się piosenki w pamięć. I w jednej ze zwrotek słyszymy: 

Nie pokazuj mi pupy, pokaż mi pasję

Nie pokazuj mi piersi, pokaż kompleksy

Zdejmij już swoje rzęsy i zmyj makijaż

Nie masz być perfekcyjna, masz być prawdziwa

Skojarzyło mi się to z naszą Ekstraklasą, bo tekst przypomina trochę manifest kibica polskiej piłki. Fana, który na co dzień widzi jak z najtańszego piwa z Biedronki robi się Guinnessa. Jak zwyczajną potańcówkę pod chmurką dla emerytów i rencistów w Krynicy zamienia się w Open’er Festival lub inne Męskie Granie. 

Ten początek lata co roku jest bolesnym zderzeniem z rzeczywistością. Odrzuceniem pięknych stadionów, które i tak z każdym sezonem robią się coraz bardziej puste. Zaoraniem wspaniałych zielonych muraw, idealnej wręcz oprawy telewizyjnej, która zaciemnia nam właściwy odbiór Ekstraklasy. O komentatorach, wychwalających dwa zagrania na jeden kontakt i jedną ładną składną akcję w ciągu meczu już nie wspomnę. 

Bardzo często lipiec i sierpień można podsumować w ten sposób: Kto nie jest wierny Ekstraklasie w te ciężkie i mroczne dni, kiedy leją nas Słowacy i Kazachowie, a razów nie szczędzą nam Mołdawianie i Luksemburczycy, ten nie zasługuje na ogrzewanie się przy Esie w momentach jej blasku i chwały (był awans Legii do fazy grupowej Ligi Mistrzów w 2016 roku, wierzę że będą też kolejne sukcesy). 

Właśnie po upokorzeniach z drużynami, których nazwy 97 % dziennikarzy sportowych usłyszało podczas losowania, można tytułować siebie fanem Ekstraklasy. Dopiero po zaznajomieniu się z jej prawdziwym obliczem, któremu daleko – bardzo daleko – do Anne Hathaway można dumnie wypinać pierś do komentarzy: „Czy Ty na pewno jesteś normalny?”. 

I nawet jeśli znowu się nie uda, i tym razem dostaniemy oklep od ojców futbolu z Gibraltaru, możemy być spokojni. W telewizji nasza Ekstraklasa nadal będzie wyglądała jak najdroższe błyskotki Swarovskiego, Kazimierz Węgrzyn powie, że w sumie nic się nie stało i jest zajebiście. A my za rok, dwa, trzy, pięć, czy siedem znowu spróbujemy dokopać się do Europy. W końcu, co roku nadchodzi lato, prawda?


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się