var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: Youtube TVP Sport

Białorusini nie gęsi i swój futbol mają – najboleśniejsze porażki Polaków z niedocenianym sąsiadem

Autor: Maciej Kanczak
2019-07-10 14:32:14

Na Białoruś zwykliśmy patrzeć jak na biednego piłkarsko sąsiada, niedysponującego ani silną reprezentacją, ani również bogatą infrastrukturą sportową. Tymczasem mistrz tego kraju, BATE Borysów aż pięciokrotnie znalazł się w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Dla porównania kluby znad Wisły (Legia Warszawa i Widzew Łódź) wśród 32 najlepszych drużyn Starego Kontynentu zameldowały się ledwie trzy razy.

Tak naprawdę więc nie mamy moralnego prawa, aby uważać się za futbolowo lepszych od naszych wschodnich sąsiadów. A za potwierdzenie tej tezy niech posłużą przykłady potyczek obu krajów w XXI wieku, zarówno reprezentacyjnych, jak i klubowych.

Lanie w trybie „slow motion”

Lata 2000-2001 to zdecydowanie najlepszy okres w historii reprezentacji Białorusi. „Biełyja kryły” do końca eliminacji w grupie 5 zaciekle walczyli o drugie miejsce, dające prawo gry w barażach o koreańsko-japoński mundial. Ostatecznie w play-offach wystąpili Ukraińcy, którzy Białorusinów wyprzedzili zaledwie o dwa punkty. Mimo, że bezapelacyjnym zwycięzcą tamtej grupy była reprezentacja Polski, to jednak dość boleśnie przekonała się o sile podopiecznych Eduarda Malofeyeva.

W październiku 2000 roku w Łodzi przy Al. Piłsudskiego, po hat-tricku Radosława Kałużnego, biało-czerwoni wygrali 3:1, ale niech nikogo nie zmyli tamten rezultat. To nie była wiktoria z gatunku pewnych i bezdyskusyjnych. Polscy kibice o trzy punkty drżeć musieli bowiem do ostatniego gwizdka sędziego. „Wynik lepszy niż gra” - podsumowała postawę piłkarzy Jerzego Engela „Piłka Nożna”. Jedenaście miesięcy później wyższość Białorusinów w Mińsku nie podlegała już dyskusji. Nasi wschodni sąsiedzi rozbili nas 4:1, co i tak, patrząc na przebieg spotkania, należało uznać za najniższy wymiar kary.

Oczywiście, istotny był kontekst tamtego starcia. 1 września 2001 roku Polacy rozgromili na Stadionie Śląskim w Chorzowie Norwegię 3:0, dzięki czemu zapewnili sobie pierwszy od 16 lat awans na mistrzostwa świata. Nic dziwnego zatem, że nastroje w polskim zespole były iście szampańskie. Zupełnie inna atmosfera panowała w ekipie „Białych skrzydeł”. Ci bowiem tego samego dnia przegrali u siebie z Ukrainą 0:2, przez co dali się w tabeli grupy 5 wyprzedzić Andrijowi Szewczence i spółce. Aby przedłużyć swoje nadzieję na grę w barażach, koniecznie musieli zatem wygrać z Polską, licząc jednocześnie, że Ukraińcom powinie się noga w rywalizacji z Armenią. Na stadionie Dynama Mińsk widać zatem było wyraźnie, że jednej ze stron bardzo mocno zależy na zwycięstwie, a drugiej… nieco mniej. 

Polscy gracze biegali jakby w trybie „slow motion”, przegrywając większość pojedynków z rywalami ze wschodu. Zdeterminowani gospodarze robili zaś z nami co chcieli. W Mińsku szalał przede wszystkim napastnik Spartaka Moskwa, Roman Wasiluk, którzy strzelił wszystkie cztery gole dla swojej reprezentacji. „Polscy piłkarze mówili, że jadą na Białoruś, by przedłużyć passę 13 meczów bez przegranej. Mogłoby się udać, gdyby w sobotę np. zremisowali z Norwegią i jeszcze nie wywalczyli awansu do finałów. Syta sukcesu drużyna przegrała w Mińsku bardzo wysoko” - donosiła wówczas „Gazeta Wyborcza”.

Jerzy Engel także nie ukrywał co było główną przyczyną klęski jego zespołu. - Zadecydowała słaba koncentracja. Dobrze czasem jest spaść na ziemię i zrozumieć, że nie jesteśmy mistrzami świata - powiedział na konferencji prasowej. O meczu w Mińsku krążyło później wiele legend. Najczęściej powtarzana z nich to ta, że w szatni biało-czerwonych jeszcze przed pierwszym gwizdkiem arbitra unosił się zapach alkoholu. Na łamach „Przeglądu Sportowego” w 2011 roku jeden z uczestników tamtego pojedynku, Radosław Gilewicz nie ukrywał, że wraz z kolegami awans na mundial świętował hucznie, ale jednocześnie zaprzeczył, jakoby kilka dni później nie wszyscy piłkarze drużyny narodowej byli w 100% przygotowani do gry. 

- Było duże rozprężenie, ale to w sporcie nieuniknione. Kiedy jest się maksymalnie skoncentrowanym, to po osiągnięciu sukcesu musi przyjść taki moment. I dlatego przegraliśmy z Białorusią, a nie z powodu nadmiernej konsumpcji. Tamta kadra potrafiła się bawić, ale wiedziała kiedy jest czas na przyjemność, a kiedy na obowiązek - powiedział obecny asystent Jerzego Brzęczka w reprezentacji Polski. 

Sprani na kwaśne jabłko

Finalnie jednak to Polacy pojechali na mundial w Korei Południowej i Japonii, Białorusinom zaś tamta efektowna wygrana w ostatecznym rozrachunku nic nie dała. Nikt też zatem nad Wisłą z powodu porażki 1:4 nie zamierzał rozdzierać szat. W zupełnie innym położeniu była reprezentacja Polski U-21, która przegrywając w Grodzisku Wielkopolskim ze swoimi rówieśnikami z Białorusi 0:4 w listopadzie 2003 r. straciła wszelkie szanse na awans do MME, a także Igrzysk Olimpijskich w Atenach.

Drużyna Edwarda Klejndinsta jak burza przeszła przez eliminacje EURO U-21, które w 2004 r. organizowali Niemcy. 20 punktów w 10 meczach, 24 goli strzelonych i tylko sześć straconych. Ci którzy oczami wyobraźni widzieli Marcina Burkhardta, Michała Golińskiego, Sebastiana Milę, Sebastiana Olszara i resztę młodych Polaków na olimpijskich arenach w Atenach byli realistami, a nie niepoprawnymi optymistami, gdyż tamten team naprawdę miał nieograniczony wprost potencjał. Podczas gdy podopieczni Pawła Janasa nie potrafili zakwalifikować się choćby do baraży o EURO 2004, ich młodsi koledzy przez dłuższy czas dzielnie bronili honoru polskiego futbolu w wydaniu reprezentacyjnym. Ale w końcu i na nich przyszła kryska. 

W play-offach o wejście do turnieju głównego los sprezentował biało-czerwonym Białoruś. Niby wszyscy doskonale wiedzieli, że gracze Yuriego Puntusa w eliminacjach okazali się lepsi od Holendrów, zaś walkę o pierwsze miejsce w grupie 3 z Czechami przegrali tylko przez gorszy bilans bramek, ale poza zwyczajowym w tego typu rywalizacji szacunkiem nikt nie czuł przed naszymi wschodnimi sąsiadami strachu i respektu. Tymczasem ci w dwumeczu sprali nas na kwaśne jabłko. Już spotkanie w Mińsku, w którym zawodnicy Klejdinsta uratowali remis uratowali dopiero na sześć minut przed końcowym gwizdkiem arbitra. Gol Michała Stasiaka był poważnym ostrzeżeniem, że droga do awansu na ME U-21 wcale nie stoi przed nami otworem.

Mimo to Wronki, gdzie odbywał się mecz rewanżowy, gotowe były na świętowanie pierwszego od 1994 r. awansu biało-czerwonych na Młodzieżowe Mistrzostwa Europy. Stół w sali bankietowej hotelu „Olympic” uginał się od pysznych potraw i wykwintnych trunków, przygotowanych na pomeczowe świętowanie. Zamiast niego była jednak stypa. Młodzi Polacy wyszli na murawę sparaliżowani. Nie mieli żadnego pomysłu na grę, grali wolno i przewidywalnie. Ich rówieśnicy we Wronkach zaś dosłownie szaleli. Co chciał z naszymi defensorami robił Aleksandr Hleb, już wówczas wielka gwiazda Bundesligi w barwach VfB Stuttgart. Kroku brat starał się dotrzymywać Wiaczesław, reszta kolegów z białoruskiej młodzieżówki również nie chciała być gorsza. Stąd też niestety rezultat 4:0 był wynikiem jak najbardziej zasłużonym. 

„O środowej grze młodych Polaków można napisać wszystko, co najgorsze. To nie był ten zespół z eliminacji, ani nawet z pierwszego meczu z Mińska (1:1). To nie była drużyna, ale zlepek przypadkowych piłkarzy. Za pierwszą połowę Polakom należała się dwója. Za drugą - również. Trzy zmiany, jakich w porównaniu z pierwszym meczem dokonał z konieczności trener Edward Klejndinst okazały się nietrafione” - podsumowała grę naszego zespołu „Gazeta Wyborcza”.

Nie tylko Hleb

Z Białorusią przegraliśmy również towarzyski mecz rozegrany w lutym 2005 r., który był próbą generalną przed marcowymi bojami w eliminacjach MŚ 2006 z Azerbejdżanem i Irlandią Północną. Był to sparing, zatem porażka 1:3 w Grodzisku Wielkopolskim nie przeszła do historii jako jedna z najbardziej wstydliwych i haniebnych w dziejach reprezentacji Polski, ale znakomicie oddawała nasz lekceważący stosunek do rywala ze wschodu. Przy okazji meczu z Białorusią, polskie media najwięcej uwagi poświęcały osobie gwiazdy VfB Stuttgart, Aleksandra Hleba. Tymczasem selekcjoner „Biełyja kryły”, Anatolij Bajdaczny  w wywiadzie dla „Piłki Nożnej” obnażył słabą znajomość realiów białoruskiej kadry, mówiąc: - Wy, Polacy chyba za dużo oglądacie meczów Bundesligi. W naszej reprezentacji jest kilku zawodników nie gorszych od starszego Hleba. Maksim Romaszczenko, wybrany piłkarzem roku 2004 na Białorusi czy Walentin Bielkiewicz na pewno nie będą bić mu pokłonów tylko dlatego, że gra w czołowym klubie Bundesligi. 

Poza tym, będąc oczarowani znakomitym początkiem eliminacji MŚ 2006 w wykonaniu reprezentacji Polski (trzy zwycięstwa w pierwszych czterech meczach), a także cennym remisem w towarzyskiej grze na wyjeździe z Francją, jakbyśmy nie zauważyli, że i Białoruś kwalifikacje do niemieckiego mundialu rozpoczęła przyzwoicie - zremisowała z Norwegią (1:1), rozbiła Mołdawię (4:0) i nieznacznie przegrała z Włochami (1:2). Na stadionie Dyskobolii udowodniła, że te wyniki absolutnie nie były dziełem przypadku. „Pierwsze 45 minut nasi reprezentanci zwyczajnie przespali. Albo inaczej: grali bardzo archaicznie. Obrona sobie, pomoc sobie, atak również sobie. Gdyby Białorusini ciut lepiej nastawili swoje celowniki, byliby rozstrzygnęli to spotkanie już wtedy. W każdym razie pod bramkę Jerzego Dudka przedostawali się z wielką swobodą, wykorzystując potężną dziurę między pomocą a obroną” - relacjonował „Dziennik Zachodni”. 

Do przerwy, po golu Aleksandra Hleba przegrywaliśmy zatem 0:1. Zaraz na początku drugiej połowy wyrównał niezawodny w tamtym czasie Maciej Żurawski, ale w samej końcówce gracze Bajdacznego dorzucili kolejne dwa trafienia (Wiaczesław Hleb i Andriej Ławrik). - Na taki wynik złożyła się bardzo słaba gra obronna naszego zespołu, nie tylko samych defensorów, ale i wszystkich pozostałych zawodników. A to, co stało się w samej końcówce meczu przerasta moją wyobraźnię. Mamy wiele do poprawienia i mało na to czasu, ale trzeba sobie mocno powiedzieć, że w takiej formie nie poradzimy sobie ani z Irlandią Płn., ani Azerbejdżanem, by nie wspomnieć o silniejszych rywalach. Nie tylko ja, ale i cała drużyna musi ze spotkania z Białorusią wyciągnąć wnioski - rozkładał bezradnie ręce po zakończeniu spotkania, Paweł Janas. 

Trauma Klejndinsta i…

Z białoruskimi ekipami wielokrotnie potknęły się również kluby znad Wisły w europejskich pucharach. Ograniczając się jednak tylko do XXI wieku, w annałach sąsiedzkich strać odnajdziemy rywalizację Zagłębia Lubin z Dynamem Mińsk w I rundzie eliminacji Pucharu UEFA w sezonie 2006/2007, a także potyczkę Cracovii z Szachtiorem Soligorsk w I rundzie Pucharu Intertoto w sezonie 2008/2009.

Lubinianie w 2006 roku po 15 latach przerwy (nie licząc gier w Pucharze Intertoto) wracali na europejskie areny. Dwumecz ze stołeczną ekipą udowodnił jednak, że tak długa nieobecność zespołu z Dolnego Śląska nie była absolutnie przypadkowa. U siebie „Miedziowi”, których od lata 2006 prowadził Edward Klejndinst – na stanowisku trenera zastąpił Franciszka Smudę – mieli zdecydowaną przewagę. Raz po raz bramkę Dynama ostrzeliwali Michał Chałbiński i Łukasz Mierzejewski. Sposób na Artura Lesko znalazł jednak dopiero w 69. minucie Wojciech Łobodziński. Gospodarzom zwycięstwa i tak nie udało się jednak dowieźć do końca spotkania. W 74. minucie Leonid Kowel wykorzystał fatalne nieporozumienie pomiędzy Mariuszem Liberdą, a Vidasem Alunderisem i z najbliższej odległości wpakował piłkę do pustej bramki. 

- Przyczyniłem się do utraty bramki. Nasz obrońca biegł z impetem. Zrobił zamach. Przestraszyłem się. Mimo wszystko powinienem był złapać tę piłkę - kajał się przed kamerami TVP Liberda. Maciej Iwański z kolei obiecywał: - Za dwa tygodnie postaramy się wygrać. Oni są w środku ligi, a my dziś słanialiśmy się na nogach. Mimo to powinniśmy wygrać. Już do przerwy mieliśmy cztery sytuacje do zdobycia gola. W normalnej dyspozycji powinniśmy je wykorzystać.

W rozegranym dwa tygodnie później rewanżu Zagłębie jednak nie było w stanie strzelić Dynamu choćby gola. W pierwszej połowie gospodarze umiejętnie bronili dostępu do własnej bramki. W drugiej, po wejściu na murawę Łukasza Mierzejewskiego, Łukasza Piszczka i Dawida Banaczka, gra lubinian się rozkręciła, a znakomite sytuacje do zdobycia bramki mieli Mierzejewski, a także Iwański. Nie potrafili ich jednak wykorzystać, a w samej końcówce to gracze ze stolicy Białorusi mogli wyjść na prowadzenie, ale Liberda w ostatniej chwili powstrzymał Witalija Wołodenkowa. Dla szkoleniowca Zagłębia, Edwarda Klejndinsta był to już drugi przegrany dwumecz ze wschodnim sąsiadem na przestrzeni ostatnich trzech lat.

… satysfakcja Majewskiego

Od biedy można jednak uznać, że Zagłębie przegrało pechowo, co oczywiście lubińskiemu klubowi chluby nie przynosi. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że trochę się nad „Miedziowymi” rozczulamy, ale po tym co w dwumeczu ze wspomnianym już Szachtiorem Soligorsk pokazała Cracovia, dwa remisy z Dynamem naprawdę trzeba uznać za korzystne rezultaty. Ekipa ze stadionu Budaunik rozbiła bowiem w pył „Pasy” wygrywając w sumie 5:1 (2:1 na wyjeździe i 3:0 u siebie). 

Mimo takiego rezultatu, w rozmowie z „PN”, Stefan Majewski widział w grze swojego zespołu… liczne pozytywy. - Jeżeli drużyna nie wygrywa, to kibice zawsze będą narzekać, ale uważam, że w Soligorsku rozegraliśmy bardzo dobre spotkanie - zaczął pleść androny „Doktor”. Gdy przeprowadzający rozmowę Piotr Wojciechowski oniemiał po słowach trenera krakowian, ten dalej kontynuował swój wywód: - Od strony sportowej nie mogę mieć do nich żadnych zastrzeżeń i nawet trener rywali Jurij Wiergiejczyk przyznał po meczu, że jego zespół miał dużo szczęścia. 

Biorąc pod uwagę powyższe okoliczności, nikogo zatem nie powinien dziwić fakt, że Cracovia sezon 2008/2009 zakończyła na przedostatnim miejscu w tabeli Ekstraklasy, a ligowy byt zachowała tylko dlatego, że licencji na grę w kolejnym sezonie ligi polskiej nie otrzymał ŁKS.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się