var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Własne

Do dwunastu razy sztuka

Autor: Andrzej Cała
2019-07-20 14:30:20

Ogrywając wicemistrzów Gibraltaru, warszawska Legia przerwała fatalną (to eufemizm, gdyby ktoś nie wyczuł) passę polskich zespołów w eliminacjach europejskich Pucharów. Było to pierwsze zwycięstwo któregoś z rodzimych klubów po… jedenastu próbach bez powodzenia.

Na ten bilans złożyły się solidarnie występy Legii, Jagiellonii, Lecha, Piasta i Cracovii. Pamiętajmy też, że my nie mówimy tak naprawdę o meczach w pucharach, lecz fazie eliminacji do nich. Pierwszym sicie, które oddziela pretendentów do poważnej gry w piłkę od tych, którzy umieją to robić przynajmniej przyzwoicie. Jedenaście meczów z rzędu, w których polski rywal nie potrafił strzelić przynajmniej jednej bramki więcej niż jego przeciwnik.

Trzeba powiedzieć sobie jasno, dobitnie, po raz kolejny - my już nie tyle jesteśmy na prostej drodze do tego, by wypaść z klubowej Europy, co na dobre się w tej piłkarskiej depresji urządzamy.

Daleko mi do tego, by czynić w tym miejscu zarzuty do konkretnej drużyny, wymieniać z imienia i nazwiska działaczy, którzy w największym stopniu się do tego przyczynili. Po pierwsze, szkoda na to miejsca, po drugie naszego czasu, a po trzecie to i tak do niczego by nie doprowadziło.

 

 

Na pierwszy rzut oka propozycja Łukasza Olkowicza, bez wątpienia jednego z tych rodzimych futbolowych publicystów, u którego widać szczerą troskę o losy polskiej piłki, a przede wszystkim obiektywne patrzenie na dokonania prezesów, działaczy i trenerów, jest bardzo dobra, godna rozważenia. Potem jednak pomyślałem, że… Zapewne skończyłoby się jak zawsze - bibą, anegdotami i już mitycznym “no dobra, czas się rozejść i wziąć do roboty”.

A tą robotą byłoby proszenie się o kolejne pieniądze od miast, telewizji, utrudnianie życia kibicom i rozkładanie rąk, gdy coś nie idzie - “ale my naprawdę się staraliśmy”.

I okej, ja nie twierdzę, że ci ludzie się nie starają. Nie zamierzam zarzucać im złej woli. Nie jest absolutnie moim celem szydzenie z nich. Jeśli to robię, a owszem - robię często - to jest bardziej krzyk niemocy, skryty za sarkastycznym uśmiechem, aniżeli walenie w bęben dla samego walenia. Zwyczajnie z perspektywy fana rodzimego futbolu, człowieka żyjącego nim całym sobą, jest mi cholernie przykro, gdy znowu szorujemy po dnie. 

W ostatniej dekadzie tylko trzy polskie kluby grały jesienią w europejskich pucharach - kilkakrotnie Legia, dwa razy Lech, raz Wisła. Pięć razy (z czego trzy Legii) zaowocowało to przejściem do wiosennej fazy zmagań. Tam jednak za każdym razem odpadały na pierwszej przeszkodzie. 

Podniecamy się coraz większymi pieniędzmi dla klubów od telewizji czy sponsorów. Niezmiennie zachwycamy infrastrukturą stadionową. I słusznie. A potem przychodzi początek wakacji i w łeb. Nie ruszyła jeszcze liga, a mamy już dwa przegrane dwumecze. W dodatku większości z nas już to w zasadzie nie dziwi - ba, za przyjemną odmianę bierzemy to, że mistrz Polski walczył jak równy z równym z mistrzem Białorusi.

Zaszło to za daleko. Po prostu. I albo coś z tym panowie możni zrobicie, albo skończmy z tymi kontraktami na miliony, pokazujmy ligę tylko w otwartych kanałach, nie przejmujmy się wymaganiami licencyjnymi i wprowadźmy np. limit 10 piłkarzy na zawodowych kontraktach w drużynie. 

Albo cokolwiek. Cokolwiek, co sprawi, że przestaniemy trwać w tym zawieszeniu pomiędzy profesjonalną otoczką i aspiracjami, a amatorskim poziomem. 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się