var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: Twitter @OndaDeportiva

Miesiąc miodowy w Valencii dobiegł końca. Kolejny kryzys może zakończyć się lawiną odejść

Autor: Krystian Porębski
2019-08-01 13:00:03

Czwarte miejsce w lidze, wygrana w Pucharze Króla i półfinał Ligi Europy. Być może styl ekipy Marcelino nie stał w poprzednich rozgrywkach na najwyższym poziomie, a skuteczność wołała o pomstę do nieba, ale w ostatecznym rozrachunku wyniki były nadzwyczaj dobre. W normalnym klubie zwiastowałoby to długo wyczekiwaną stabilizację... ale w Valencii do normalności jeszcze bardzo daleko.

Mieliśmy nadzieję, że w najbliższych miesiącach o ekipie ze stolicy Lewantu będziemy pisać głównie przez pryzmat pozytywów. Na hiszpańskim podwórku to najwięksi skandaliści. Klub, który w ostatnich kilkunastu latach był pogrążony w ogromnym bagnie, mimo wielu światowej klasy piłkarzy, jakich wypromowali. Mimo sukcesów jakie osiągali i złotej ery z przełomu wieków. Mimo ogromnego wsparcia ze strony kibiców. Logika wskazywałaby na to, że Nietoperze muszą wreszcie wyjść na prostą, ale logika Valencii się nie ima.

Wydawałoby się, że wszystko idzie zgodnie z planem. Ekipa z Mestalla była w stanie zachować swoich czołowych zawodników. Wreszcie to faktycznie Los Ches dyktują warunki na rynku, a nie są stawiani przed sytuacją bez wyjścia, jak jeszcze niedawno przy odejściach Otamendiego czy Paco. Teraz najlepsi piłkarze nawet jeśli są kuszeni gigantycznymi ofertami, wcale nie palą się do odejścia, co najlepiej pokazują przykłady Rodrigo czy Parejo. 

To jednak za mało dla Petera Lima, który w ostatnim okresie odsunął się w cień, ale chyba ponownie chce mieć więcej do powiedzenia w klubie. Chwaliliśmy ostatnio Singapurczyka za to, że podjął kilka decyzji, które pozwoliły klubowi wyjść na prostą. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy było zatrudnienie Mateu Alemany'ego... który jednak może opuścić klub, właśnie przez konflikt z właścicielem. Jak podało dzisiaj lokalne Super Deporte, Alemany i Longoria wylądowali „w lodówce”. A ich los ma się zadecydować jutro, podczas spotkania z Singapurczykiem. O co w tym wszystkim chodzi, to chyba nawet sami zainteresowani nie do końca wiedzą. A jak nie wiadomo o co chodzi.... to chodzi o kasę.

Kto jest Kim?

Oczywiście w sprawę zamieszanych jest więcej osób niż dwaj wcześniej wspomniani. Jako, że w Valencii mamy obecnie prawdziwy dramat, to wzorem dramatu na początek przedstawiamy głównych bohaterów:

Peter Lim – właściciel klubu,

Marcelino – trener,

Mateu Alemany – dyrektor generalny,

Anil Murthy – prezydent klubu,

Pablo Longoria – główny skaut,

Jorge Mendes – zakał.... wzięty agent piłkarski,

Kim Koh – przydupas Lima, przywołany przez niepohamowany ciąg autora do sucharów.

***

Żarty żartami, ale warto przejść do rzeczy. Media prześcigają się w teoriach dlaczego Lim miałby chcieć zwolnić Mateu Alemany'ego. Dyrektor generalny miał od jakiegoś czasu wraz zresztą sekretariatu technicznego zupełnie lekceważyć opinie właściciela. Kością niezgody miało być kilka czynników:

- Maxi Gomez – Lim miał się nie godzić na jego transfer,

- Rafinha – jak wyżej, przejście Brazylijczyka ma być blokowane przez właściciela,

- Kangin Lee – według niektórych źródeł właściciel domaga się postawienia na Koreańczyka już teraz, podczas gdy Marcelino i Alemany uważają, że jeszcze jest za wcześnie,

- Toni Lato – Singapurczyk miał domagać się jego pozostania i wymóc na sekretariacie jedynie wypożyczenie, a nie transfer definitywny do PSV,

- Ignorowanie propozycji transferowych jak Nico Otamendi (Marcelino i Mateu chcą Laguardię), Leao czy Nabil Fekir.

 

 

Kibice Valencii doskonale ten scenariusz znają już z autopsji. Pozwólcie, że przypomnimy – ekipa ze stolicy Lewantu weszła w „ciemną erę” pod władaniem Juana Solera i później Vicente Soriano. Panowie byli kanaliami do tego stopnia, że kiedy już nie byli związani z klubem... ten pierwszy porwał tego drugiego. Gangsterka pełną gębą, niestety to właśnie przez nich Nuevo Mestalla jest pośmiewiskiem i jak tak dalej pójdzie, to prędzej ukończona zostanie budowa Sagrady Familii niż nowego obiektu Valencii. 

Z długów i burdelu w klubie udało się wyjść dopiero, kiedy w klubie zaczął rządzić Valencianista z krwi i kości – Amadeo Salvo. Facet, choć jest przedsiębiorcą, nie dysponował takim budżetem, aby samemu wyciągnąć Valencię z dna. Jest jednak na tyle ogarnięty, że był w stanie skusić inwestora, a w klubie zatrudnić ludzi bardzo kompetentnych, jak świetnie spisujący się Rufete. Rewolucja, jaką przeprowadził Salvo, sama go obaliła, bo po pewnym czasie Lim rozstał się z prezydentem, co nie zmienia faktu, że z dzisiejszej perspektywy wykupienie klubu przez Singapurczyka nie wygląda już tak podejrzanie, jak na początku. 

Po odejściu Salvo klub miał ogromną sinusoidę, jeden sezon kapitalny, drugi fatalny. Było coraz gorzej. Ale Lim jako mądry facet, po pookładaniu pewnych spraw w klubie, poszukał kogoś, kto byłby w stanie pociągnąć ten wózek w odpowiednim kierunku. I trafił w 10-tkę sięgając po Alemany'ego. To właśnie dzięki niemu klub jest gdzie jest....

Wpływ większy niż mogłoby się wydawać

Bo to właśnie dzięki Mateu Marcelino nadal jest w klubie, mimo kryzysu z połowy poprzedniego sezonu. Było źle, ekipa była na skraju... ostatecznie piłkarze i dyrektor generalny wstawili się za trenerem. Marcelino został, a reszta to już historia. Valencia po okresie wielkiej posuchy wreszcie sięgnęła po trofeum. 

To właśnie Mateu zyskał nić porozumienia z podejrzanym na początku Anilem Murthym. Prezydent klubu jest prawą ręką Lima, jego wysłannikiem, który monitoruje sprawy na miejscu. Być może Murthy jest mniej sympatyczny niż Pani Lay Hoon, ale po czasie można nabrać pewnego szacunku do Murthy'ego. Pogłoski mówiły o tym, że w pierwszej chwili nie miało być żadnej dyskusji z Limem w sprawie zwolnienia Mateu, jednak Anil miał się za nim wstawić.

Pablo Longoria i Vicente to również ważne postaci w klubie. Ludzie, którzy w dużej mierze odpowiadają za transfery. Longoria potrafi wyczarować prawdziwy majstersztyk. To on stoi za transferami Manu Vallejo czy Jorge Saenza. Sięga po młodych piłkarzy, którzy albo niebawem do składu wskoczą, albo pójdą na wypożyczenie... lub jak w przypadku Saenza, zostaną wykorzystani w przypadku bardziej kosztownej transakcji, tak jak ta z Maxim Gomezem. Klub przeszedł na politykę oszczędnościową i nie wszystkim się to podoba.

Zwłaszcza nie podoba się to Jorge Mendesowi, bliskiemu przyjacielowi Lima. Agent miał mieć w pewnym momencie aż 17 powiązanych piłkarzy na Mestalla (takich ananasów jak Enzo Perez raczej nikt miło nie wspomina)! Trzeba przyznać, to wybitnie chora sytuacja. Alemany doprowadził ponoć do tego, że tylko 4 piłkarzy Los Ches to klienci Mendesa. No i nie za bardzo zgadza się z jego pomysłami. Mouctar Diakhaby dla przykładu to pomysł Longorii i Marcelino. Zawodnik, który ma przejść podobną drogę co Bailly pod wodzą Hiszpana w Villarreal, jednak niekoniecznie Valencia musi go sprzedawać. Poprzedni sezon był dla niego udany i jest w planach trenera jak i zarządu. Ale cóż, pewna zak... tzn. były trener Valencii, Nuno Espirito Santo, upatrzył sobie Francuza, a Mendes chciał przeprowadzić transfer Francuza do Wolves za 40 milionów euro. To spotkało się ze stanowczą odmową, co miało się nie spodobać Limowi. Kto w tej sytuacji myśli bardziej o dobru klubu, jest w tej sytuacji oczywistością...

Zdanie w tej sytuacji zabrał również Anil Murthy... i z jego słów dobitnie wynika, że facet stoi między młotem a kowadłem:

"Jutro wraz z Mateu Alemanym udamy się do Singapuru. Mam nadzieję, że rezultat tego spotkania będzie najlepszy dla Valencii. Jestem bardzo zawiedziony całą sytuacją, która ma miejsce przecież na dwa tygodnie przed startem ligi, na dodatek ma to miejsce w sezonie, kiedy mierzymy się na czterech frontach. Futbol jest jednak bardzo skomplikowany i czasami takie sytuacje mają niestety miejsce. Mam nadzieję, że będziemy w stanie podjąć odpowiednie decyzje, aby zniwelować dzielące nas małe różnice, dla dobra klubu. Przez ostatnie dwa lata właściciel wspierał w zasadzie każdą decyzję jaka była podejmowana. Po tych dwóch latach, musimy nadal robić to co najlepsze dla klubu. Musimy również pamiętać, że Peter Lim jest głównym właścicielem. Chcemy kontynuować pracę, która będzie prowadzić do sukcesów i stabilizacji. Priorytetem powinno być przygotowanie zespołu na start sezonu, całe szczęście już w tym momencie jesteśmy gotowi w 90%. Wszyscy będziemy pracować dla dobra klubu, aby wypełniać nasze cele, osiągać sukcesy i rozwijać się w stabilnym tempie".

***

Ale żeby nie być zupełnie jednostronnym, to nie wszystko w rzekomych zarzutach Lima jest „nie tak”. Singapurczyk chcę bardziej postawić na młodzież, więc sprowadzanie skrzydłowych o wątpliwej sławie w zamian za jeden z największych talentów swojego pokolenia – czyli Kangina – faktycznie wydaje się taktyką średnią. Podobnie zresztą z oddawaniem Toniego Lato, czy transferem Rafinhii, który wcale nie musi być strzałem w dziesiątkę. Tak jak nie był nim transfer Wassa czy Gameiro. Nie wszystko w działaniach Alemany'ego jest idealne, nie wszystko czego dotkną jego ludzie zamienia się w złoto. Warto jednak zwrócić uwagę co mówią w tej sytuacji piłkarze...

Nie tykajcie tego co działa

Dani Parejo i reszta kapitanów, mieli zdecydowanie wstawić się za dyrektorem, trenerem i całym pionem sportowym. Piłkarze są przekonani o tym, że klub zmierza w dobrym kierunku. Panowie nie wyobrażają sobie współpracy z kim innym. Nie chcą kolejnego pachołka jakim był choćby Alexanko. Teraz miejsce Alemany'ego miałby zastąpić... Robert Fernandez, czyli konotacji z Barceloną ciąg dalszy.

 

 

- Nie tykajcie tego co działa – miał powiedzieć Dani Parejo do Anila Murthy'ego. Ale to nie koniec. Alemany ma polecieć do Singapuru, zobaczyć się twarzą w twarz z Peterem Limem, aby obgadać to jak ma dalej wyglądać polityka klubu. Właściciel chce mieć więcej do powiedzenia, Mateu chce nadal mieć autonomię w podejmowanych działaniach. Zawodnicy mieli nawet wyrazić protest wobec tej sytuacji i chcą dołączyć do eskapady dyrektora. Jak podają walenckie media, piłkarze nie wierzą, że Murthy, który ma polecieć razem z Alemanym, przekaże opinię graczy. A powinna ona mieć znaczenie w tej konkretnej sytuacji, bo w razie ewentualnych zmian, odejść mają – z własnej nieprzymuszonej woli – Marcelino, Pablo Longoria i wielu innych członków sztabu. Mowa o 25 osobach, które pracowały na ostatni sukces. Ewentualnym exodusem grożą również piłkarze. A jakiś czas temu Voro zaznaczał już, że nie chciałby do roli strażaka wracać... Dziennikarze twierdzą, że Lim ma już opcję zapasową na trenera. Mowa o Jose Mourinho, a dla Valencii taki pomysł niekoniecznie musiałby się dobrze skończyć.

I choć w niektórych kwestiach Peter Lim może mieć rację, to prawda jest taka, że Singapurczykowi zabrakło chyba cierpliwości, którą okazywał w ostatnich kilkunastu miesiącach. To właśnie dzięki temu, że nieco usunął się w cień i dał pracować ludziom, którym przynajmniej na początku ufał, klub znalazł się w miejscu, w którym jest obecnie. Faktycznie postawienie na Kangina wydaje się wręcz musem i trudno zrozumieć dlaczego Marcelino i Mateu nie chcą na niego stawiać. Powrót Otamendiego również wydaje się kuszący... ale Panowie, którzy obecnie mają największy wpływ na to jak wygląda kadra i sama gra Nietoperzy, udowodnili już, że wiedzą co robią. Bo nie można ich rozliczać z pojedynczych pomyłek, a z tego co zdołali osiągnąć. Na tym polu nie ma im nic do zarzucenia. Jeżeli w tym momencie Singapurczyk się nie opamięta i nie pomyśli o dobru klubu, to cały dramat zakończy się lawiną odejść, kompletną utratą zyskanego u kibiców szacunku... i kolejnym kryzysem w zespole, który miał przecież wyjść wreszcie na prostą.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się