var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: Własne

Polskie drużyny w pucharach? Absurdalnie bywa nie tylko na boisku, ale i na konferencjach prasowych

Autor: Bartosz Adamski
2019-08-07 16:30:24

Wydawało mi się, że w kwestii polskich drużyn w europejskich pucharach nic mnie już nie zaskoczy. Nie ruszył mnie specjalnie blamaż Piasta Gliwice na Łotwie i to, że mistrz Polski nie był w stanie wyeliminować choćby jednego przeciwnika. Nie zdziwiło odpadnięcie Lechii Gdańsk po bardzo dobrym pierwszym meczu z Broendby. Nie zaskoczyła indolencja Legii Warszawa w Finlandii. Wcześniej również nie zdumiała toporna gra Cracovii z Dunajską Stredą i w konsekwencji brak awansu.

Robiłem jednak wielkie oczy, gdy słyszałem wypowiedzi trenerów na konferencjach prasowych po tych spotkaniach. Jest takie młodzieżowe słowo zapożyczone z angielszczyzny: cringe. I ono doskonale pasuje do tego, co czułem, wsłuchując się w tłumaczenia tych niepowodzeń.

Ja doskonale rozumiem, że trener musi być dla drużyny autorytetem i często za nic w świecie nie chce przyznać się przed zawodnikami, że popełnił poważny błąd, bo jego podopieczni wówczas mogliby zacząć kwestionować wszelkie decyzje. Rozumiem, że niekiedy lepiej jest brnąć w zaparte, nawet gdy nie masz racji. Ale powinna w tym wszystkim istnieć również uczciwość wobec kibiców. Trener powinien być czasami populistą. Przyjść na konferencję, powiedzieć ze smutkiem, że on i zawodnicy zawalili, że odpadnięcie na takim etapie to wstyd albo że powinni zagrać po prostu znacznie lepiej mimo awansu. Pokusić się o zachowanie pod publikę i uspokoić ludzi, że potrafi trzeźwo (ich zdaniem) spojrzeć na sytuację, nawet jeśli w głębi ducha myśli co innego.

Tę karuzelę absurdalnych wypowiedzi rozpoczął (a któż by inny?) Michał Probierz, narzekając po rewanżu z DAC Dunajska Streda, że żaden polski dziennikarz nie zauważył, iż w pierwszym meczu należał się im rzut karny. Chwila, ale co to by zmieniło? W zasadzie nawet nie trzeba tego tłumaczyć, bo przecież to oczywiste, że większą siłę sprawczą miał sam szkoleniowiec, który w Słowacji mógł interweniować u sędziów. Dziennikarze odnotowaliby błąd sędziego do kronik i tyle. Nie pisaliby petycji do UEFA o powtórzenie spotkania, nie wnioskowaliby o odsunięcie sędziego.  Odwrócenie kota ogonem w wykonaniu szkoleniowca Cracovii na poziomie absolutnie najwyższym. Na szczęście Probierz po chwili się ocknął i przyznał, że odpadli, bo nie wykorzystali swoich sytuacji.

Swoją drogą, Probierz głupotę jednak od czasu do czasu lubi palnąć, czego najlepszy przykład był przed sobotnim meczem z Rakowem Częstochowa. Zacytuję: - Piłka to są emocje i to normalne, że padają słowa na "ch" i "k". Od głaskania to wiadomo, co staje...- powiedział szkoleniowiec, cytowany przez Sport.pl. Chwilę później dostrzegł na sali dziennikarkę i dodał z uśmiechem: - No jak pani może nie wiedzieć, co od głaskania staje?

Co bardziej wnikliwi połączyli tę wypowiedź z komentarzem wiceministra sportu z lat 50. Pawła Procka, który takimi słowami przekonywał, że dobra atmosfera i głaskanie pomaga zdecydowanie bardziej w innych okolicznościach niż w podniesieniu poziomu piłki nożnej. No cóż, chyba jednak nie każdy cytat wypada odświeżać...

No ale wracając do głównego tematu – nędznych wymówek szukał też Waldemar Fornalik, którego ceniłem za dyplomatyczne, ale często także trafne wypowiedzi. Tymczasem po odpadnięciu z Rygą stwierdził, że: - Widać było po mojej drużynie niesamowite tempo rozgrywek, w które weszliśmy już 10 lipca. Od początku miesiąca rozegraliśmy siedem spotkań. Było widać, że zawodnicy odczuwają ich trudy. Pewnie inaczej by to wyglądało gdybyśmy rozegrali trzy mecze w siedem-osiem dni, a później mieli tydzień na przygotowania do kolejnego starcia.

Jedyną kwestią, która działa na korzyść byłego selekcjonera, jest ta, że dotychczas chwalony (i słusznie) dyrektor sportowy Bogdan Wilk może być w pełni zasłużenie krytykowany za letnie okno transferowe. Gdyby miał jaja, to odpadnięcie z Rygą wziąłby na swoje barki. Na papierze te jego ruchy początkowo nie wyglądały jeszcze źle. Pisałem w jednym z wcześniejszych tekstów, że bardzo dobrze, iż Piast nie zdecydował się na skok na kasę, tylko dalej systematycznie budował zespół, ale mowa w tym wszystkim była wyłącznie o zawodnikach defensywnych. Ofensywa praktycznie nie została wzmocniona wartościowymi graczami, gotowymi do występów od zaraz. Na domiar wszystkiego jeszcze dzień przed meczem z Riga FC postanowiono sprzedać Joela Valencię, mimo zapewnień, że do końca przygody w europejskich pucharach nikt nie odejdzie. Mistrzowie Polski w przypadku pokonania Łotyszy mogli mieć praktycznie autostradę do fazy grupowej Ligi Europy, bo HJK Helsinki w normalnych warunkach byłoby jak najbardziej w zasięgu, a w fazie play-off także mogli wylosować przyjemnego przeciwnika. Tymczasem postanowiono połakomić się na szybki zysk kosztem potencjalnego sukcesu w Lidze Europy i mnóstwa, jak na ten klub, pieniędzy. Jeśli Bogdan Wilk chciał upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, to zaliczył spektakularną klęskę. Jeśli zaś z góry zakładał możliwość, że gliwiczanie mogą odpaść z mistrzem Łotwy, to dzień po tej porażce nie powinno już go być przy Okrzei.

Inną sprawą, i to już personalnie uderzającą w Fornalika, jest, że doskonale wiedział przecież walcząc o mistrzostwo Polski co go będzie czekać latem. Zdawał sobie sprawę, że musi przygotować się na początku sezonu na grę co trzy dni. Mógł podejrzewać – bo przecież doskonale zna polskie warunki – że nie będzie miał wartościowych wzmocnień już na starcie rozgrywek. Wiedział, że pewnie pogubi punkty w pierwszych ligowych kolejkach. Tymczasem po takim obrocie spraw wyglądał na gościa, który pojechał w kieleckie i zdziwił się, że tam piździ.

Oczywiście wszystkie te wypowiedzi przebił Aleksandar Vuković. Praktycznie na każdej konferencji prasowej padają zdania, które na stałe zapiszą się w annałach polskiej piłki:

Europa to nie jest słaba drużyna.

Rywale pokazali już w Warszawie, że potrafią grać w piłkę. Na sztucznej nawierzchni w Kuopio czuli się jeszcze lepiej.

Jeżeli ktoś dzisiaj uważa, że Legia zagrała słabo, to obawiam się, że nigdy nie zagra dobrze.

Nie dosyć, że mamy taką częstotliwość meczów, to jeszcze mamy pecha, że graliśmy w taki dzień, w taką pogodę i to na pewno dużo kosztuje.

Tego, niestety, jest dużo więcej. Wybrałem tylko kilka przykładowych z pamięci, a nie wykluczam, że było jeszcze kilka lepszych. Serbski szkoleniowiec z wymówek mógłby śmiało obronić doktorat. Problem w tym, że póki co nie wyszedł z podstawówki pod względem gry, choć pokuszę się o stwierdzenie, że z każdym meczem i tak dyspozycja legionistów wygląda minimalnie lepiej. Ze Śląskiem ta Legia wyglądała w miarę przyzwoicie, choć w porównaniu ze wszystkimi meczami w tym roku poprzeczka zawieszona była bardzo nisko. Jak wyliczył Tygodnik Kibica, optymalna forma w takim tempie powinna nadejść na przełomie 2021 i 2022 roku.

Obecną sytuację polskich drużyn w pucharach najlepiej zobrazowała decyzja Ekstraklasy SA, która zdecydowała się przełożyć mecz Legii tylko po to, by ta miała więcej czasu na przygotowania do rewanżu z Atromitosem. Czyli mówiąc wprost: aby nie zwieńczyła kolejnej kompromitacji naszych ekip na arenie międzynarodowej. Coroczny blamaż już nastąpił, bo w III rundzie eliminacji do LE mamy tylko jeden zespół, ale wciąż możemy wyśrubować nowy rekord w najszybszym odpadnięciu z pucharów: już 14 sierpnia. Dlatego ja tę decyzję Spółki rozumiem i nie krytykuję, bo chcą ratować co się da, aby ten produkt, jakim jest polska piłka klubowa, ciągle mógł być jakoś sprzedawany. Oglądalność ligi i tak już leci na łeb na szyję. Ludzie chyba mają po prostu dość tych beznadziejnych wyników i rekordowy kontrakt telewizyjny może okazać się dla Canal+ i TVP wielką finansową wpadką. Ale to już temat na inny artykuł.

Tymczasem jutro kolejny mecz, po którym (zapewne) Aleksandar Vuković będzie szukał wymówek. Ech, aż strach się bać...


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się