var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: Mateusz Czarnecki

Ponad pół wieku zmagań, a różnice minimalne. Grecja nie śni nam się po nocach

Autor: Maciej Golec
2019-08-08 12:00:29

Historia polsko-greckich pojedynków w europejskich pucharach jest dosyć różnorodna i długa, bo ciągnie się już grubo ponad 50 lat. Młode pokolenie może tych starć w ogóle nie pamiętać, ale skoro po 9 latach Grecy znów zawitają na polską ziemię, to wypada co nieco jednak przypomnieć. A akurat w tym przypadku nie mamy większych powodów do wstydu.

Ale jeśli kibice Legii myślą, że czytając ten tekst ulżą sobie przed dwumeczem z Atromitosem Ateny, pocieszą się fajnym bilansem i uwierzą w magię historycznych liczb, które pozwolą im patrzeć optymistycznie, to niestety – tak też nie będzie. Z prostego powodu – spoglądając przekrojowo na bilans tych starć dojdziemy do wniosku, że były one bardzo wyrównane.

A ich początek miał miejsce, gdy w Polsce rządził Władysław Gomułka, na świecie nie było jeszcze Krzysztofa Ibisza, a mistrzem Polski była Polonia Bytom. Ta sama Polonia, która od 2011 roku zalicza regularny regres i od tego czasu błąka się po niższych ligach w naszym kraju. Jednak w 1962 roku znaczyła trochę więcej niż dziś i dlatego w I rundzie Pucharu Europy trafiła na Panathinaikos Ateny. Okazała się od niego zdecydowanie lepsza, wygrała w dwumeczu 6:2 strzelając przy tym cztery bramki na stadionie w stolicy Grecji. Tak zainaugurowane zostały potyczki naszych zespołów z Koniczynkami w europejskich rozgrywkach.

Z Panathinaikosem mierzyliśmy się najczęściej, bo aż 6 razy. Zazwyczaj, gdy pada ta nazwa, większość kibiców ma w pamięci wyłącznie 2005 rok, piękną bramkę Radosława Sobolewskiego i komentarz Dariusza Szpakowskiego. Wisła Kraków zdaniem wielu, w tym samego Jerzego Engela, została wówczas skrzywdzona przez sędziego, który nie uznał prawidłowo zdobytej drugiej bramki na 2:2 i wstrzymał radość polskich kibiców z awansu do Ligi Mistrzów. III runda eliminacji była wtedy ostatnią przeszkodą do pokonania.

Poza tym chyba najważniejszym, a już na pewno najboleśniejszym wydarzeniem z dzisiejszego zestawienia, zespołowi z Aten próbowały stawić czoła jeszcze: Lech Poznań, Polonia Warszawa i dwukrotnie Legia Warszawa. Skuteczność? Na remis, choć ze zmiennym szczęściem. Najpierw, na początku lat 90. XX wieku, w I rundzie Pucharu Europy Greków wyeliminowali poznaniacy z Andrzejem Juskowiakiem, Przemysławem Bereszyńskim (ojcem Bartosza) czy Kazimierzem Moskalem w składzie, natomiast w 1996 roku tak kolorowo już nie było.

Należy jednak pamiętać, że tamtejsza Legia grała kilka półek wyżej. Na Panathinaikos trafiła dopiero w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, który dziś może być tylko mokrym snem naszych eksportowych drużyn. W Warszawie padł bezbramkowy remis, ale już w rewanżu ateńczycy nie dali legionistom szans pewnie wygrywając 3:0.

Gracze Panathinaikosu do Warszawy wracali jeszcze dwukrotnie. Sezon później Legia wzięła rewanż za ćwierćfinał, a w 2000 roku po zaciętym pojedynku wyższość Greków uznać musiała Polonia Warszawa. Faza grupowa Ligi Mistrzów była wówczas bardzo blisko. Jednym z tych, którzy przyczynili się do porażki stołecznego klubu był Polak, Krzysztof Warzycha. W pierwszym meczu rozgrywanym w Polsce to on dal prowadzenie ekipie z Bałkanów.

Najnowsza historia składa się z dwóch polsko-greckich pojedynków, które mają w sobie trochę słodyczy, jak i goryczy. Ten pierwszy, z 2006 roku, dotyczy Wisły Kraków, która w I rundzie Pucharu UEFA o mało co nie odpadła z Iraklisem Saloniki, jednak w ostatniej chwili uciekła spod topora. 4 lata później klub z tego samego miasta wyeliminował za to Jagiellonię. Szczęście sprzyjało wówczas białostocczanom, ale to Aris awansował dalej. Zasłużenie.

Jak to wszystko wygląda w liczbach? 12:11 w zwycięstwach dla Greków, 7:7 w awansach i 41:39 w bramkach dla nas. Idziemy zatem niemal łeb w łeb. Jednak taki przebieg (czyt. wyrównany) dwumeczu Legii z Atromitosem raczej nikogo by nie zadowolił. Mimo swoich problemów to wciąż wicemistrz Polski jest postrzegany jako faworyt. A czy udowodni to na boisku? Zbyt dużo meczów Legii w tym sezonie widzieliśmy, żeby wyrywać się do jednoznacznej odpowiedzi. Powiemy w miarę bezpiecznie i szczerze: mamy nadzieję. 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się