var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: Youtube

Nasze greckie wesela - TOP 5 pojedynków polsko-greckich w europejskich pucharach

Autor: Maciej Kanczak
2019-08-08 14:36:06

Niepewność i strach towarzyszą kibicom Legii Warszawa przed pierwszym meczem III rundy eliminacji Ligi Europy z PAE Atromitos. A przecież zespół z ateńskiej dzielnicy Peristeri, ledwie dwukrotnie kończył rozgrywki ligi greckiej na podium. W europejskich pucharach zaś wystąpi dopiero po raz piąty w swojej historii. Takich to smutnych czasów dożyliśmy. A przecież kiedyś kluby znad Wisły nie miały problemów z eliminowaniem przedstawicieli Hellady w rozgrywkach międzynarodowych, grając nawet z Olympiakosem czy Panathinaikosem.

Oto nasz ranking pięciu najlepszych meczów polsko-greckich w europejskich pucharach.

5. Górnik Zabrze - Olympiakos 1:1 (wyjazd) i 2:1 (dom), I runda Pucharu Mistrzów Klubowych, sezon 1987/1988

- Kiedy zakomunikowałem zawodnikom, kto będzie naszym przeciwnikiem, nie zauważyłem żadnych obaw. Wszyscy raczej przychylnie odebrali tę wiadomość - mówił na łamach „Sportu“ Marcin Bochynek, który latem 1987 r., na stanowisku trenera Górnika zastąpił Antoniego Piechniczka. Radość, że udało się uniknąć w I rundzie rywali klasy Anderlechtu czy Bayernu Monachium oraz szczera i bezinteresowna pomoc byłego szkoleniowca Olympiakosu, Kazimierza Górskiego w rozpracowaniu greckiego zespołu- to wszystko sprawiało, że zabrzanie do Pireusu lecieli pewni swego.

Tymczasem na Olympiako Spyros Louis łatwo wcale nie było. Gospodarze za sprawą Aleksisa Alexiou już w 19. minucie objęli prowadzenie. Co prawda osiem minut później wyrównał Joachim Klemenz, ale już do końca spotkania gracze Alketasa Panagouliasa przeważali. Poza nadspodziewanie dobrze dysponowanym rywalom, Górnikom przeszkadzał również upał. Mimo, że mecz odbywał się o godzinie 20.30, termometry i tak wskazywały ok. 40 stopni. - Będziemy musieli więc mieć się na baczności przez 90 minut i wykazać maksimum zaangażowania i dyscypliny taktycznej - przedstawił plan na mecz rewanżowy Bochynek. Plan, którzy jego podopieczni zrealizowali w 100%.

Już do przerwy Górnik, po golach Ryszarda Cyronia i Andrzeja Iwana prowadził 2:0. „Przypomnijmy jeszcze początkowy fragment meczu. W tym czasie praktycznie rozstrzygnęły się losy awansu. Zabrzanie nie dali się ponieść fantazji, spokojnie wyprzedzali zamiary przeciwników, dali im się trochę wyszumieć i w najbardziej odpowiednim momencie zaatakowali“ - relacjonował przebieg pierwszej połowy „Sport“. Nieco nerwowo zrobiło się w drugiej połowie, kiedy w polu karnym Józef Wandzik sfaulował Petrosa Xanthopoulosa, a jedenastkę na bramkę zamienił Giorgios Kostikos. Wynik 2:1 utrzymał się jednak do ostatniego gwiazdka arbitra. „Na szczęście górnicy do końca zachowali przytomność umysłu. Nie zdecydowali się na najprostsze rozwiązanie, jakim byłoby murowanie własnego pola karnego. Osiągnęli cel z podniesioną głową. W nagrodę awans i gratulacje od 20 000 kibiców do których przyłączamy się również my“ - opisał końcowe minuty „Sport“.

***

4. GKS Katowice - Aris Saloniki 1:0 (d) i 0:1 (w), karne 4-3, I runda Pucharu UEFA, sezon 1994/1995

Młodsi kibice pewnie nie uwierzą, ale GKS Katowice na przełomie lat 80. i 90-tych regularnie reprezentował polski futbol na arenie międzynarodowej (w latach 1986-1995) i to w sposób godny! Katowiczanie trzykrotnie dochodzili do 1/8 finału europejskich rozgrywek (dwa razy w Pucharze Zdobywców Pucharów i raz w Pucharze UEFA). Najbardziej pamiętna była oczywiście kampania 94/95, kiedy podopieczni Piotra Piekarczyka wyeliminowali w II rundzie PU samo Girondins Bordeaux, w składzie z późniejszymi mistrzami świata i Europy, a więc Christophe Duggarym, Bixente Lizarazu czy Zinedinem Zidane! Zanim jednak doszło do pamiętnych bojów z „Żyrondystami“, „Gieksa“ musiała uporać się z Arisem Saloniki, który w europejskich pucharach występował po 12-letniej przerwie.

Lata 90-te to już czasy, gdy grecki futbol wyszedł z cienia i z przedstawicielami Hellady należało się liczyć. Nieograni w europejskich pojedynkach „Kitrinomauroi“ nie wydawali się jednak dla GKS-u wymagającym rywalem. A jednak do wyłonienia zwycięzcy tego dwumeczu niezbędne były rzuty karne. Przy ul. Bukowej gospodarze wygrali skromnie 1:0 po golu Krzysztofa Maciejewskiego. W rewanżu na Kleanthis Vikelides, miejscowi fani zgotowali Polakom prawdziwe piekło. Fanatyczny doping i lecące w kierunku piłkarzy z każdej strony stadionu drachmy - to katowiczanie zapamiętali przede wszystkim z drugiego spotkania. Presja trybun przyniosła oczekiwane efekty, bo miejscowi wygrali 1:0 po trafieniu Antonisa Sapountzisa. Dogrywka nie przyniosła zmiany rezultatu i o losach awansu do II rundy PU decydowały rzuty karne. Seria jedenastek zaczęła się dla GKS najgorzej jak mogła, bo od pudła Maciejewskiego. Swoich prób nie zmarnowali Adam Kucz i Marek Świerczewski, ale w ekipie Georgiosa Firosa jak na złość, wszyscy trafiali (Sapontzis, Konstantinos Konstantinidis i Georgios Stratilatis). Karta odwróciła się dopiero w ostatnich dwóch seriach. Najpierw Janusz Jojko obronił uderzenie Ivana, zaś Savvas Kofidis w ogóle nie trafił w bramkę. W katowickim zespole z kolei trafił Andrzej Nikodem, a później sam Jojko skutecznym strzałem przypieczętował awans Gieksy do II rundy rozgrywek. 

***

3. Wisła Kraków - Iraklis Saloniki (d) 0:1 i 2:0 (w) po dogrywce, I runda Pucharu UEFA, sezon 2006/2007

Dla Wisły sezon 2006/2007 był pierwszym w XXI wieku zakończonym poza podium („Biała Gwiazda“ finiszowała dopiero na 8. pozycji). We wrześniu, gdy przystępowała do pucharowych bojów z Iraklisem o wejście do fazy grupowej PU wszystko jednak w Krakowie było jak należy. Wicemistrzowie Polski po sześciu kolejkach Orange Ekstraklasy zajmowali 2. miejsce, do lidera, GKS Bełchatów tracąc tylko trzy „oczka“. W Grodzie Kraka nikt nie przewidywał problemów i komplikacji z awansem. A jednak...

Przy ul. Reymonta „Giraios“ niespodziewanie wygrali 1:0. Już w 8. minucie strzałem z dystansu zaskoczył Mariusza Pawełka Athanassios Prittas. Krakowanie robili wszystko, żeby wyrównać, tymczasem bliżsi byli straty drugiej bramki, kiedy to w 55. minucie Esteban Herrera znalazł się sam...na połowie Wisły. Zdołał minąć nawet Pawełka, ale piłkę sprzed linii bramkowej wybił Marek Penksa. - Jesteśmy bardzo rozczarowani z przegranej w tym meczu. W Grecji musimy pokazać charakter - zapowiadał na konferencji prasowej, Dan Petrescu. Rozczarowani byli również włodarze „Białej Gwiazdy“, ale przede wszystkim postawą rumuńskiego szkoleniowca, więc Petrescu nie dane było Wisły poprowadzić w rewanżu. Do stolicy Małopolski przybył Dragomir Okuka i to on miał odrobić w Salonikach straty z pierwszego spotkania.

Mecz na Kaftanzoglio Stadio był jednym z najbardziej emocjonujących w historii Wisły, która akurat w 2006 r. hucznie świętowała stulecie istnienia. Do 93. minuty utrzymywał się bezbramkowy remis. Krakowianie niby przeważali, niby mieli więcej z gry, ale nie miało to przełożenia na wynik. Dopiero wówczas z rzutu wolnego, z prawie 30. metrów huknął Nikola Mijajlović, zapewniając swojej drużynie dogrywkę. Na nią, jak pisał portal wislahistoria.pl, Wiślacy wyszli skonsolidowani i zjednoczeni, co w 100. minucie zaowocowało bramką autorstwa Mauro Cantoro. Prowadzenia 2:0 wicemistrzowie Polski nie oddali już do końca dogrywki.

Przed rewanżem w Salonikach, Okuka podzielił się z dziennikarzami spostrzeżeniami dotyczącymi poprzednich meczów swojego nowego zespołu. - Po obejrzeniu kilku spotkań zauważyłem, że piłkarze nie grają z przyjemnością, z uśmiechem na twarzy. Trzeba być konsekwentnym, zdyscyplinowanym, ale trzeba też czerpać radość z gry. Na zawodnikach wywierana jest zbyt duża presja. Myślę, że tego właśnie potrzeba Wiśle - przyjemności z gry. I wtedy wszystko zaskoczy - mówił Serb. I w Salonikach w końcu zaskoczyło.

***

2. Lech Poznań-Panathinaikos Ateny 3:0 (d) i 2:1 (w), I runda Pucharu Mistrzów Klubowych, sezon 1990/1991

Od końca lat 70-tych „Kolejorz“ zaczął regularnie reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej. Sęk w tym, że zwykle odpadał w rywalizacji z silnymi rywalami (Atheltic Bilbao, Borussia Moenchengladbach, FC Barcelona, Liverpool FC), a z rozgrywek potrafił eliminować jedynie przeciętniaków (IB Vestmannaeyja, Flamurtari Wlora). W starciu z Panathinaikosem w I rundzie PMK, poznaniacy w końcu jednak wznieśli się na wyżyny swoich możliwości.

„PAO“ w tamtym czasie nie było hegemonem na greckich boiskach. W sezonie 1989/1990 zdobyło pierwsze mistrzostwo od czterech lat. Coraz pewniej za to poczynało sobie w europejskich pucharach. W sezonach 1988/1989 i 1989/1990 „Prasinoi“ dochodzili do 1/8 finału Pucharu Mistrzów, zaś w rozgrywkach 1987/1988 znaleźli się w najlepszej ósemce Pucharu UEFA. Dla Lechitów w tym czasie szczytem możliwości była dwukrotnie II runda Pucharu Zdobywców Pucharów (w kampanii 1982/1983 i 1988/1989). W tym dwumeczu jednak międzynarodowe obycie „Trifylii“ nie miało absolutnie żadnego znaczenia.

Mistrzowie Polski wznieśli się wówczas na wyżyny swoich możliwości, rozgrywając jedne z najlepszych zawodów w swojej historii. W Poznaniu wygrali pewnie 3:0 po dwóch golach Czesława Jakołcewicza i jednym Piotra Rzepki. „Ludzie zrywają się z miejsc, padają sobie w ramiona, puszczają konfetti“ - opisywał dla TVP atmosferę przy Bułgarskiej, Andrzej Zydorowicz. - Odrobimy straty w rewanżu - odgrażali się jednak Grecy, a piłkarze Andrzeja Strugarka zdawali sobie sprawę, że to nie są czcze przechwałki. - Baliśmy się ateńskich kibiców, atmosfery na stadionie. Gdy gospodarze pierwsi zdobyli bramkę, nie wiedzieliśmy co będzie dalej, czy to już nasz koniec? Nerwy nas jednak opuściły, gdy udało nam się wyrównać. Wiedzieliśmy wówczas, że nic złego już nam się nie stanie - wspominał rewanż na Stadionie Olimpijskim, Jakołcewicz na antenie Lech TV. Trafienia dla niebiesko-białych zanotowali wówczas Bogusław Pachelski i Kazimierz Moskal.

 ***

1. Legia Warszawa-Panathinaikos Ateny 2:4 (w) i 2:0 (d), I runda Pucharu UEFA, sezon 1996/1997

W kampanii 1995/1996 Legia Warszawa w wielkim stylu doszła do 1/4 finału Ligi Mistrzów. Piękny sen warszawian brutalnie przerwał jednak Panathinaikos, który przy Łazienkowskiej zremisował co prawda 0:0, ale u siebie w Atenach, bez większych problemów pokonał „Wojskowych“ 3:0. Los dał jednak „Legionistom“ szansę rewanżu już pół roku później, kiedy oba kluby połączył w parę w I rundzie Pucharu UEFA. Nie była to jednak już ta sama Legia. Po zakończeniu sezonu 1995/1996 z finansowania stołecznego zespołu wycofał się Janusz Romanowski. Ławkę trenerską opuścił Paweł Janas, który objął olimpijską reprezentację Polski. Jego następcą został najpierw Władysława Stachurski, który jednak szybko zrezygnował z tej pracy z powodów zdrowotnych. Obowiązki pierwszego trenera przejął zatem dotychczasowy asystent „Janosika“, Mirosław Jabłoński. Łazienkowską opuściła również większość gwiazd - Marek Jóźwiak, Grzegorz Lewandowski, Zbigniew Mandziejewicz, Radosław Michalski, Leszek Pisz, Jerzy Podbrożny, Krzysztof Ratajczyk, Tomasz Wieszczycki. Popularny „Jabłuszko“ zmuszony był zatem odważniej postawić na graczy młodych i niedoświadczonych, takich jak Dariusz Czykier, Igor Kozioł, Marcin Mięciel, Piotr Mosór, Dariusz Solnica czy Grzegorz Szamotulski. I paradoksalnie, ci piłkarze dokonali tego, czego nie udało się ich bardziej znanym kolegom.

Już pierwszy mecz w Atenach świadczył o tym, że Legia nie będzie kłaniać się półfinalistom ostatniej edycji Ligi Mistrzów. Na Stadionie Olimpijskim zagrała odważnie i bez kompleksów, dwukrotnie znajdując drogę do bramki Józefa Wandzika (gole Czykiera i Cezarego Kucharskiego). Niestety, gospodarze Grzegorza Szamotulskiego pokonywali aż cztery razy, zatem wyrobili sobie naprawdę dobrą zaliczkę przed rewanżem w Polsce. Legia jednak w drugim spotkaniu nie zamierzała odpuszczać.

W pierwszej połowie znakomite okazje mieli Kucharski, Mięciel czy jeden z nielicznych gwiazdorów, który mimo problemów finansowych nie opuścił Legii, a więc Ryszard Staniek. Piłka jednak nie chciała wpaść do greckiej bramki. Pierwszego gola udało się strzelić gospodarzom dopiero w 53. minucie, kiedy na listę strzelców wpisał się „Miętowy“. Kolejne minuty stały pod znakiem huraganowych ataków piłkarzy Jabłońskiego, ale piłka za żadne skarby nie chciała trafić do siatki. Sztuka ta udała się dopiero w doliczonym czasie gry. Rzut różny egzekwowany przez Jacka Kacprzaka, przedłużenie piłki przez Jacka Zielińskiego, dogranie Mięciela do Kucharskiego i Warszawa oszalała ze szczęścia. - Dla mnie, dla wielu kibiców był to chyba jeden z najlepszych meczów Legii. Miał swoją dramaturgię, niesamowitą historię. Był jak film zakończony happy endem. Wielu kibiców zapamiętało mnie do dziś właśnie dzięki tej bramce w 90. minucie, a przecież człowiek właśnie po to trenuje, żeby być zapamiętanym - wspominał po latach „Kucharz“ w rozmowie z warszawa.sport.pl.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się