var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: YouTube/NB

TOP 5 polskich piłkarzy w lidze portugalskiej: Król „Młynarz“ i reszta aspirantów.

Autor: Maciej Kanczak
2019-08-11 11:30:33

W weekend wystartował 86. sezon portugalskiej Primeira Ligi. Po trzech latach przerwy znów będziemy mieli w niej naszych przedstawicieli. Z CD Aves związał się Adam Dźwigała, zaś kontrakt z Rio Ave FC podpisał, dobrze znany w ojczyźnie Cristiano Ronaldo, Paweł Kieszek. Z tej okazji sporządziliśmy ranking pięciu najlepszych polskich piłkarzy w Liga NOS.

Syn Dariusza Dźwigały jest 21. graczem znad Wisły, które będzie miał okazję pokazać się przed portugalską publicznością. Z pozostałej 20-stki naprawdę duże kariery zrobiło niewielu, zaś niektórzy nigdy nawet nie podnieśli się z ławki rezerwowych albo trybun swoich zespołów.

5. Przemysław Kaźmierczak (Boavista Porto, FC Porto, Vitoria FC) - 2006-2008; 2009-2010, 68 meczów- 9 goli

Wespół z Rafałem Grzelakiem został latem 2006 r. wypożyczony z Pogoni Szczecin do Boavisty Porto. Po zakończeniu sezonu 2006/2007 Grzelak pozostał na Estadio do Bessa, zaś „Kaz“ przeniósł się o 7,5 km na Estadio Dragao, stając się zawodnikiem samego FC Porto! Nim jednak doszło do transferu Kaźmierczaka do tego wielkiego klubu, defensywny pomocnik musiał wykazać się w ubogim krewnym „Smoków“. Były czasy, że i „AS Panteras“ patrzyli z góry na lokalnego sąsiada, w sezonie 2000/2001 zdobywając pierwsze w historii mistrzostwo Portugalii. Przed przybyciem trójki Polaków (bo w tym samym czasie z Wisły Płock do Boavisty trafił jeszcze Krzysztof Kazimierczak), przez trzy sezony „Os Axadrezados“ kręcili się w Primeira Lidze wokół miejsc gwarantujących grę w europejskich pucharach. W rozgrywkach 2006/2007 zajęli jednak dopiero 10. miejsce.

Do Kaźmierczaka nikt jednak nie kierował specjalnych pretensji. Polski pomocnik wystąpił w 28 z 30 meczów możliwych do rozegrania w lidze. Z tych 28 spotkań, aż 26 rozegrał od pierwszej minuty. - Pierwszy tydzień treningów to było dla mnie mocne zderzenie. Wszystko wykonywane szybko i bardzo intensywnie, zawodnicy o dużych umiejętnościach technicznych, piłki nie można im odebrać. Kiedy jednak przyzwyczaiłem się, wszedłem w ten sam rytm, to po obozie przygotowawczym tej przepaści już nie było. To kwestia treningu, przełamania własnych słabości i nie załamywania się, bo rzeczywiście po pierwszym tygodniu czy dwóch, można było mieć wątpliwości - wspominał początki w Portugalii, w rozmowie z portalem „Łączy nas piłka“. Ledwie jeden sezon gry wystarczył, aby uwagę zwróciło na niego samo FC Porto. - Wspominałem jak ważne jest w piłce, by ktoś ci pomógł i wyciągnął rękę. Jedną z takich osób był trener Jesualdo Ferriera. Prowadził mnie w Boaviscie i gdy odszedł do FC Porto, wziął mnie ze sobą. Mało brakowało, by transfer nie doszedł do skutku przez to kolano. Po badaniach było 50 na 50, ale w końcu FC Porto zdecydowało się mnie kupić - wyznał w rozmowie z ŁnP. Co ciekawe, Kaźmierczakiem poważnie zainteresowana była również Benfica. W jednym z wywiadów, polski pomocnik wypalił jednak, że wolałby występować w Porto, co miało ostatecznie zniechęcić do jego osoby działaczy lizbońskich „Orłów“. Przygoda „Kaza“ ze „Smokami“ trwała jednak zaledwie rok.

W biało-niebieskich barwach w sezonie 2007/2008 Kaźmierczak wystąpił tylko w 14 meczach, w tym 11 ligowych. W rywalizacji o miejsce w środku pola z takimi graczami jak Paulo Assuncao, Lucho Gonzalez czy Raul Meireles był zwyczajnie bez szans. Na pocieszenie, mógł sobie wpisać do CV mistrzostwo Portugalii. Po więcej okazji do gry udał się na Wyspy Brytyjskie, do występującego w The Championship Derby County, ale 22 mecze na 46 możliwych, trudno uznać za regularne występy. Wykorzystując fakt, że w Portugalii wciąż miał dobrą markę, przeniósł się do Vitoria FC, gdzie w końcu zaczął grać częściej (28 spotkań i cztery bramki), ale po zakończeniu sezonu 2009/2010 ze względów rodzinnych, zdecydował się na powrót do Polski, a konkretnie do Śląska Wrocław.

4. Paweł Kieszek (SC Braga, Vitoria Setubal, FC Porto, Vitoria Setubal, Estoril Praia, Rio Ave FC) - 2007-2011; 2012-2016; 2019-?, 133 mecze

Przez polską ekstraklasę jedynie przemknął (25 meczów w Polonii Warszawa w latach 2003-2005). Ponownie nad Wisłą pojawił się w 2007 r. (trzy spotkania w barwach „Czarnych Koszul“), ale wtedy zespół z Konkwitorskiej występował już w II lidze. Resztę kariery spędził na obczyźnie, z czego aż dziewięć lat w Portugalii.

Po raz pierwszy w ojczyźnie Ferdynanda Magellana pojawił się latem 2007 r., podpisując trzyletni kontrakt z SC Braga. Przez pierwszą część sezonu 2007/2008 w ogóle nie powąchał murawy. Dopiero problemy zdrowotne pierwszego golkipera „Os Arcebispos“, Eduardo umożliwiły mu częstsze występy i od 24 lutego do 10 maja 2008 r. zaliczył komplet gier w bramce czerwono-białych. Gdy jednak bramkarz aspirujący do gry w reprezentacji Portugalii wrócił do pełnej sprawności, Kieszek pokornie musiał usunąć się w cień. Wytrzymał w nim jedynie pół roku i wiosną 2009 r. skorzystał z propozycji wypożyczenia do Vitorii Setubal. Na Estadio do Bonfim, od momentu przyjścia grał „od deski do deski“ (10 meczów), ale po sześciu miesiącach znów musiał wrócić na ławkę „Os Arsenalistas“. W sezonie 2009/2010 ani razu zagrał w lidze portugalskiej, w dodatku latem kończył mu się kontrakt.

 

 

Nikt jednak Polaka z Estadio Municipal de Braga nie wyrzucał. Nowa umowa dla Kieszka była przygotowana, jednak jedynie w razie odejścia Eduardo. Kieszek jednak nie został dłużej w Wielkiej Aglomeracji Minho, bo latem 2010 r. spadła mu gwiazdka z nieba. Ową gwiazdką była propozycja z samego FC Porto! - Ten transfer to duża sprawa - nie posiadał się z radości w rozmowie z „Przeglądem Sportowym“, agent zawodnika, Jarosław Kołakowski. -Czekaliśmy na rozstrzygnięcie tej kwestii, ale gdy zgłosiło się Porto, to oczywiście skorzystaliśmy z tej opcji. Początkowo Braga nie chciała puścić Pawła, gdyż był on tam bardzo ceniony. Ostatecznie, jak donosił „PS“, udało się znaleźć kompromisowe rozwiązanie i w odwrotnym kierunku niż Kieszek, powędrował lewoskrzydłowy, Helder Barbosa. - Jeśli taki klub kupuje zawodnika, to znaczy, że ma on w Portugalii dużą renomę. Odnoszę nawet wrażenie, że Paweł jest bardziej doceniany w Portugalii niż w Polsce - dodał Kołakowski.

Z czterech lat zapisanych w kontrakcie, Kieszek jednak na Estadio Dragao spędził tylk rok. W sezonie 2010/2011 wystąpił w czterech meczach „Smoków“, w tym jednym ligowym. W rozgrywkach 2011/2012 Kieszek przebywał na wypożyczeniu w Rodzie Kerkrade, zaś po powrocie z Holandii związał się już na dłużej z Vitorią Setubal. W środkowo-zachodniej Portugalii spędził dwa lata, rozgrywając 55 meczów, zaś od 2014 do 2016 r. występował w Estoril Praia, gdzie z kolei zanotował 56 spotkań. Ostatnie trzy lata spędził w Hiszpanii (Cordoba CF i Malaga CF). Z tą ostatnią nieudolnie próbował się dostać do Primera Division i choć mógł zostać dłużej na Estadio La Rosaleda, to odszedł, gdyż szukał pracodawcy, który zapewniłby mu regularniejsze występy. Z taką propozycją wystąpiło w lipcu Rio Ave FC, z którym Kieszek związał się na najbliższe dwa lata.

3. Grzegorz Mielcarski (FC Porto) - 1995-1999, 41 meczów - 8 goli

Liczby „Mielcara“ na Estadio das Antas może nie powalają na kolana. Osiem goli strzelonych ciągu czterech lat, daje nam dwa trafienia na sezon. 41 meczów z kolei daje średnią zaledwie 10 meczów przypadających na daną kampanię. FC Porto z lat 90-tych to był jednak potwór, prawdziwa maszyna do wygrywania, przynajmniej na arenie krajowej. W latach 1990-1999, „Smoki“ zaledwie dwukrotnie nie zdobyły mistrzowskiego tytułu, dwukrotnie uznając wyższość Benfiki. W czasie, gdy niebiesko-białe barwy Porto przywdziewał Mielcarski, jego zespół zawsze wygrywał rozgrywki Primera Divisao. Nie sposób było zatem nie umieścić wychowanka Orła Chełmno w powyższym zestawieniu.

O tym, dlaczego Mielcarski tak długo utrzymał się na Estadio das Antas świadczyły przede wszystkim jego pokora i spokój. Zawsze grzeczny, kulturalny i ułożony. Nie narzekał na brak regularnych występów, nie kręcił nosem i nie psuł atmosfery. Ciężko pracował i czekał na swoją szansę, a gdy już ją otrzymał, przeważnie odwdzięczał się za okazane zaufanie. I właśnie nie tylko znakomite umiejętności prezentowane w Widzewie Łódź w sezonie 1994/1995 (17 meczów i siedem goli), ale przede wszystkim wysoka kultura osobista zadecydowały, że włodarze „Dragoes“ zdecydowali ściągnąć go do siebie. Tak o kulisach swoich przenosin do Portugalii, Mielcarski wypowiadał się w 2015 r. na łamach portalu fc-porto.pl:

-  Gdyby nie Józef Młynarczyk, tego transferu prawdopodobnie by nie było. Było dwunastu kandydatów na napastnika w FC Porto i szczerze mówiąc nie wierzyłem, że mogę wygrać tę rywalizację. Młynarczyk mnie polecał. Jeden raz przylecieli do Polski, żeby mnie zobaczyć, potem drugi, trzeci, aż w końcu była taka sytuacja, że Robson powiedział córce Młynarczyka, która tłumaczyła wtedy rozmowę: „Przekaż Gregowi, że transferu nie będzie, bo podnieśli kwotę”. Poprosiłem, żeby podziękowała za zainteresowanie moją osobą i przekazała, że być może jeszcze się kiedyś spotkamy, może na innej płaszczyźnie. Robson spojrzał mi wtedy w oczy i powiedział: „Bierzemy cię”. Chodziło mu o charakter. Nie naciskałem. Podszedłem do tej sytuacji z pokorą. To była moja życiowa szansa, a przez moment zawisła na włosku. Pogodziłem się z tym, że być może nie odejdę. Młynarczyk odegrał najważniejszą rolę, ale Bobby Robson musiał klepnąć ten transfer, bo był za niego odpowiedzialny. Musiał mieć
pewność, że pasuję do tego klubu.

Zaufanie angielskiego szkoleniowca to jedno, ale wygrać jeszcze trzeba było rywalizację o miejsce w ataku, a przeciwników do gry w pierwszym składzie Mielcarski miał zawsze klasowych. W pierwszym sezonie byli to Domingos Paciencia i Edmilson, z kolei od rozgrywek 1996/1997 niekwestionowane miejsce w ataku miał Mario Jardel, który w kolejnych trzech edycjach ligi portugalskiej zdobywał tytuł króla strzelców. Swoje zrobiła również kontuzja więzadeł krzyżowych w początkowym okresie gry w Porto i przedwczesny powrót na boisko tego ambitnego piłkarza.

2. Andrzej Juskowiak (Sporting CP) - 1992-1995, 74 mecze-25 goli

Kontrakt ze Sportingiem „Jusko“ podpisał jeszcze przed rozpoczęciem Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie, gdzie w 1992 r. Polacy zrobili prawdziwą furorę. Podopieczni Janusza Wójcika wywalczyli srebrny medal, a Juskowiak z siedmioma golami na koncie został królem strzelców piłkarskiego turnieju. Kto wie, może gdyby nie umowa z „Lwami“, po IO zgłosiłby się po Polaka jeszcze silniejszy zespół? Klubu ze stolicy Portugalii też nie można jednak deprecjonować. Na ławce trenerskiej siedział sam Bobby Robson, a coraz mocniejszą w pozycję w drużynie z Estadio Jose Alvalade zaczynał mieć z kolei niejaki Luis Figo. Poza tym w Lizbonie, snajperska korona przywieziona z barcelońskich Igrzysk, wszystkim dookoła niezwykle imponowała. - Przychodziłem do Sportingu jako król strzelców Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie i to robiło na Portugalczykach olbrzymie wrażenie. Sam Figo się śmiał, że byłem bardziej ceniony od niego i był o to zazdrosny - wspominał Juskowiak w rozmowie z portalem WP Sportowe Fakty.

Snajperskie osiąnięcia zatem robiły wrażenie, ale i oznaczały olbrzymie oczekiwania. I tu trudno napisać, aby polski napastnik w 100% je udźwignął. - Startowałem z bardzo wysokiego pułapu. Trudno było udźwignąć te oczekiwania. Ktoś, kto strzela gole na Igrzyskach, powinien przecież od razu trafiać także w lidze, ale pierwszy sezon był dla mnie trudny - raz jeszcze cytat z WP Sportowe Fakty. W premierowych rozgrywkach w lidze portugalskiej, reprezentacyjny atakujący w 25 meczach zdobył dziewięć bramek. - Zdawałem sobie sprawę, że spodziewano się po mnie trochę więcej - tak opisał pierwszy rok w Portugalii. W kolejnych dwóch latach nie schodził poniżej poziomu z kampanii 1992/1993. W sezonie 1993/1994 zanotował sześć trafień w 23 meczach, zaś w rozgrywkach 1994/1995 w 26 spotkaniach trafiał 10-krotnie. Na rok przed wygaśnięciem umowy z zielono-białymi, Polak został wypożyczony do Olympiakosu, co jasno wskazywało, że jego dni w Lizbonie są już policzone.

35 goli we wszystkich rozgrywkach to oczywiście dorobek nie przynoszący wstydu, ale zapewne obie strony liczyły na więcej. W sumie przez trzy sezony Juskowiak ze Sportingiem zdobył zaledwie jedno trofeum - Puchar Portugalii w kampanii 94/95. Mimo mocnej kadry, zabrakło lizbończykom w tym okresie spektakularnego sukcesu w Primera Divisao. Za czasów gry Juskowiaka, „Lwy“ dwukrotnie kończyły ligę portugalską na trzecim (1992/1993 i 1993/1994) i raz na drugim miejscu (1994/1995). Mimo faktu, że w czasie 36 miesięcy spędzonych na Estadio Jose Alvalade, Sporting z Juskowiakiem w składzie wygrał niewiele, Polak do dziś jest pamiętany i fetowany, gdy tylko pojawi się w Lizbonie. W stolicy Portugalii od lat zresztą prowadzi włoską restaurację.

1. Józef Młynarczyk (FC Porto) - 1986-1989, 67 meczów

Każdy z pięciu piłkarzy, którzy znalazł się w naszym zestawieniu, miał zaszczyt reprezentować któryś z czołowych trzech klubów ligi portugalskiej. Ale takich sukcesów i takiego statusu, jak Józef Młynarczyk, mimo najszczerszych chęci, nie doczekał się żaden. „Młynarz“ na Estadio Dragao spędził w sumie trzy lata i wygrał wszystko co się tylko dało - dwa mistrzostwa kraju, jeden puchar kraju i, przede wszystkim, Puchar Mistrzów, Superpuchar Europy i Puchar Interkontynetalny.

Rola wychowanka Arki Nowy Sól w sukcesach swojego klubu była nie do przeceniania. Ale nie było też tak, że Młynarczyk od początku pobytu nad Oceanem Atlantyckim wskoczył do bramki Porto. W towarzyskiej grze z Girondins Bordeaux Polak złamał palec i musiał nosić gips, zaś w pierwszym składzie, dodajmy ze średnim skutkiem, występował Ze Beto. Prowadzący wówczas „Smoki“ Artur Jorge miał uzasadnione podejrzenia, że brak pewnego golkipera może prędzej czy później zakończyć się katastrofą, zapytał więc naszego golkipera czy czuję się gotowy do gry. - Potwierdziłem swoją gotowość. Próby na boisku przeszedłem pomyślnie, ręka mnie nie bolała, więc zagrałem nie tylko przeciwko Duńczykom, ale i w następnych spotkaniach, aż do finału - wspominał tamtą rozmowę po latach w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego“. A reszta już jest historią. W 1/4 finale wygrana w dwumeczu z Brondby 2:1, w 1/2 finału triumf nad Dynamem Kijów 4:2, zaś w wielkim finale na wiedeńskim Praterze zwycięstwo nad samym Bayernem Monachium 2:1.

- To było szaleństwo. Kiedy w nocy dolatywaliśmy na lotnisko, pilot poinformował nas, że czekają na nas tysiące kibiców. Rzeczywiście widok był niesamowity. Fani wdarli się na płytę i znaleźli się przy samolocie. Nie mieliśmy szans na wyjście. Spędziliśmy trochę czasu na pokładzie i dopiero kiedy prezes klubu zaprosił kibiców na stadion, mogliśmy wyjść z samolotu. Szliśmy w wąskim szpalerze, a właściwie przedzieraliśmy się przez tłum... były straty. Do autokaru dotarłem bez rękawów marynarki i koszuli. Koledzy byli jeszcze bardziej „poszkodowani”. Na stadion jechaliśmy w towarzystwie tysiąca samochodów i dopiero tam, gdzieś koło szóstej nad ranem, mogliśmy kibicom zaprezentować wywalczone w Wiedniu trofeum. Do domu dotarłem po dziesiątej - tak „Młynarczyk“ opowiadał „PS“ co działo się w nocy z 27 na 28 maja 1987 r.

Po sezonie 1986/1987 Porto opuścił Artur Jorge, a jego następcą został Tomislav Ivic. Zmiana na stanowisku trenera nie oznaczała jednak końca sukcesów, bo przez kolejny rok klubowa gablota „Smoków“ została wzbogacona o kolejne pięć trofeów, na czele z Superpucharem Europy (zwycięstwo w dwumeczu z Ajaksem Amsterdam 2:0) i Pucharem Interkontynentalnym (wygrana po dogrywce z Penarolem Montevideo). Pasmo triumfów skończyło się w rozgrywkach 1988/1989, kiedy to Porto skończył sezon z niczym. Wkrótce potem Młynarczyk opuścił Estadio das Antas. Dlaczego tak szybko? - Liczyłem, że jeszcze pogram rok, dwa lata. Ale na przeszkodzie stanęła kontuzja. Na rozruchu przed meczem z Guimaraes zderzyłem się z dwójką kolegów. Upadłem na murawę, oni na mnie i złamałem lewy bark. Potrzebna była operacja, po niej niestety nie doszedłem do pełnej sprawności. Próbowałem, walczyłem. Może trochę przesadziłem z tempem rehabilitacji, bo jak najszybciej chciałem wrócić na boisko. Nie udało się i musiałem zakończyć karierę - wyjaśnił w rozmowie z „PS“.

Wkrótce jednak Porto upomniało się o swoją byłą gwiazdę, proponując jej w 1993 r. stanowisko szkoleniowca bramkarzy, które „Młynarz“ piastował przez kolejnych pięć lat. W tym czasie miał możliwość pracować m.in. z Andrzejem Woźniakiem i Vitorem Baią. A przy Avenida Fernao de Magalhes o jego niemałych zasługach pamięta się po dziś dzień.
 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się