var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Michał Kardasz - jagiellonia.net

Śladami tragików ateńskich - jak polskie kluby pisały swoją wersję greckich tragedii

Autor: Maciej Kanczak
2019-08-14 14:01:17

Najsłynniejszymi autorami tragedii greckich było trio tragików ateńskich, a więc Ajschylos, Eurypides i Sofokles, którzy tworzyli między 534 r., a 472 r. p.n.e. Polskie kluby, ilekroć w ostatnich latach gościły w Grecji, helleńskiej publiczności prezentowały swoje wersje futbolowych greckich tragedii.

Nie licząc starcia Legii Warszawa z PAE Atromitos, z greckimi klubami w europejskich pucharach potykaliśmy się 14 razy. Jeszcze do niedawna mieliśmy całkiem przyzwoity bilans w meczach rozgrywanych w ojczyźnie Homera, gdyż z ośmiu takich spotkań rozegranych do 1996 r. wygraliśmy trzy, zremisowaliśmy dwa i przegraliśmy trzy. Od 1996 r. jednak niemal każda nasza wyprawa na południowy kraniec Półwyspu Bałkańskiego kończyła się fiaskiem. Z sześciu potyczek, przegraliśmy aż cztery, wygrywając i remisując po razie. Bez wątpienia najboleśniejszą z przegranych była ta poniesiona przez Wisłę Kraków z Panathinaikosem Ateny w III rundzie eliminacji Ligi Mistrzów w sezonie 2005/2006.

Okradzeni z marzeń

Nie jesteśmy jak Dominick Cobb z „Incepcji“, który po mistrzowsku opanował sztukę włamywania się do snów innych osób. Nie pomylimy się też jednak chyba zbytnio stwierdzając, że wydarzenia z 23 sierpnia 2005 r. śnią się Bogusławowi Cupiałowi po dziś dzień. Bramy do Ligi Mistrzów były przed Wisłą Kraków otwarte szeroko jak nigdy. Gdy gracze „Białej Gwiazdy“ już szykowali się do przejścia do piłkarskiego raju, te niespodziewanie się przed nimi zatrzasnęły.

Champions League to było wielkie marzenie właściciela Tele-Foniki. Gdy w 1998 r. jeden z najbogatszych ludzi w Polsce przejmował Wisłę, ogłosił wszem i wobec, że swój nowy klub widzi w przyszłości wśród 32 najlepszych drużyn na Starym Kontynencie. Po siedmiu latach od tych słów i trzech przegranych próbach awansu, wydawało się, że w końcu marzenia się ziszczą. W Krakowie mistrzowie Polski w wielkim stylu wygrali 3:1 i w Atenach wystarczyło nie zmarnować tej zaliczki. Piłkarze, prowadzeni wówczas przez Jerzego Engela, nie zamierzali jednak bronić przewagi z pierwszego spotkania. Zaatakowali od pierwszych minut meczu rewanżowego, ale bramka PAO była jak zaczarowana. Prym w atakach wiódł Marek Zieńczuk, który miał aż pięć (!) doskonałych okazji, ale nie wykorzystał żadnej. Druga połowa to już futbolowy rollercoaster, niestety dla graczy z Grodu Kraka zakończony kraksą. Gospodarze między 62. a 65 minutą zdobyli dwie bramki (Nasief Morris i Emmanuel Olisadebe), wykorzystując niepewne interwencje Radosława Majdana. Wówczas wydawało się, że Wiślacy już się nie podniosą.

W 78. minucie jednak potężną bombę w kierunku bramki Mario Galinovicia posłał Radosław Sobolewski. Piłka ugrzęzła w siatce „Koniczynek“, a „Sobol“ utonął w objęciach kolegów z zespołu. To były jednak miłe złego początki. W 86. minucie bramkę na 2:2 zdobył Marek Penksa, ale Michael Riley dopatrzył się w tej sytuacji spalonego. Chwilę później było już 3:1 dla PAO po trafieniu Dimitriosa Papadopoulosa. Jakby mało było nieszczęść krakowian, tuż przed dogrywką czerwoną kartkę, w konsekwencji dwóch żółtych obejrzał Sobolewski. „Biała Gwiazda“ osłabiona personalnie i zdemolowana psychicznie, w dogrywce dla rywali była już tylko tłem, co w 114. minucie wykorzystał Ilias Kotsios. - Przełomowym momentem meczu w Atenach było zdobycie przez Penksę drugiego gola, którego sędzia nie uznał z niewiadomych dla mnie przyczyn. Moi zawodnicy najpierw się cieszyli, a potem byli zdziwieni, że bramka nie została uznana i zapomnieli, że trzeba wracać na własną połowę i bronić się. To nasze gapiostwo wykorzystali Grecy, zdobywając trzeciego gola. Drugi ważnym momentem była czerwona kartka, za dwie żółte, Radka Sobolewskiego, który był najlepszym zawodnikiem w zespole Wisły. Wiadomo było, że w dogrywce w dziesiątkę nasze szanse są niewielkie - na gorąco wyjaśnił przyczyny porażki Jerzy Engel. 

Na pocieszenie dla fanów krakowskiego zespołu, nie tylko ich Panathinaikos okradał z marzeń o wielkich sukcesach. O sile „Prasinoi“ boleśnie przekonały się również oba kluby z Warszawy - Legia i Polonia. Ci pierwsi nawet dwukrotnie...

Liga Mistrzów dla prawdziwych mężczyzn

Inna sprawa, że akurat przegrana w I rundzie Pucharu UEFA w sezonie 1996/1997 2:4, o której wspominaliśmy w zeszłym tygodniu przy okazji najsłynniejszych bojów klubów polskich i greckich w europejskich pucharach krzywdy „Legionistom“ nie wyrządziła, gdyż w rewanżu przy ul. Łazienkowskiej gracze Mirosława Jabłońskiego niespodziewanie wygrali 2:0 i wyrzucili bardziej renomowanego rywala za burtę. Parę miesięcy wcześniej jednak, to „Trifylli“ wyeliminowali „Wojskowych“ z rozgrywek Ligi Mistrzów.

Polski debiutant w Champions League poczynał sobie bez żadnych kompleksów. W fazie grupowej w pokonanym polu pozostawił Rosenborg BK i Blackburn Rovers, będąc gorszym jedynie od Spartaka Moskwa. Nic więc dziwnego, że gdy w 1/4 finału trafił na PAO, absolutnie nie obawiał się zespołu ze stolicy Grecji. Bezbramkowy remis na grzęzawisku, jakim wówczas było boisko przy ul. Łazienkowskiej w pierwszym meczu, tylko potwierdzał tezę, że nie taki Panathinaikos straszny, jak go malują. Na rewanż do Aten, drużyna Pawła Janasa jechała co prawda bez zawieszonych za kartki Jacka Bednarza i Marka Jóźwiaka, ale za to z pełną wiarą w sukces. Zwłaszcza, że i gospodarze na drugie spotkanie nie wystawili najsilniejszego składu. Za nadmiar upomnień pauzowali Georgios Georgiadis i Dimitros Markos, zaś kontuzja wyeliminowała z gry Alexandrosa Alexoudisa. „Przed rewanżowym spotkaniem optymiści oceniali szansę na awans na 50 procent“ - pisał po latach portal legionisci.com. Ludzie widzący zwykle szklankę do połowy pełną, bardziej pomylić się jednak nie mogli.

Już w 28. minucie czerwoną kartkę otrzymał bowiem Marcin Jałocha. Sześć minut później pierwszy raz na listę strzelców wpisał się Krzysztof Warzycha. To samo „Gucio“ uczynił również w 58. minucie. Wynik meczu ustalił w 72. minucie Juan Jose Borelli. - Liga Mistrzów na tym poziomie jest dla ludzi potrafiących grać w piłkę i prawdziwych mężczyzn. My nie zdaliśmy egzaminu - ostro, ale zarazem trafnie ocenił występ warszawian w rewanżu Maciej Szczęsny.

Cztery lata później „Prasinoi Trifylli“ wybili z głowy marzenia o grze w fazie grupowej Ligi Mistrzów, niespodziewanemu mistrzowi Polski z sezonu 1999/2000, a więc Polonii Warszawa. Na papierze różnica poziomów między oboma zespołami była kolosalna - począwszy od budżetu, poprzez doświadczenie w europejskich pucharach, a skończywszy na zestawieniu personalnym. Na boisku jednak tej różnicy widać nie było. W pierwszym meczu, rozgrywanym w Płocku „Czarne Koszule“, przegrywały co prawda po 37. minutach 0:2 (bramki Krzysztofa Warzychy i Takisa Fyssasa), a mimo to zdołały doprowadzić do remisu. Jeszcze przed przerwą kontaktowego gola strzelił Tomasz Kiełbowicz, na którego grę sztab ateńczyków zwracał przed pierwszym gwizdkiem arbitra największą uwagę, zaś w drugiej połowie wyrównał Arkadiusz Kaliszan. „To jeszcze nie koniec“ - podsumowała pierwszy występ graczy Dariusza Wdowczyka „Rzeczpospolita“. Rewanż należało już jednak skwitować słowami - to już koniec.

Drugi mecz miał podobny przebieg co pierwszy - ateńczycy znów szybko narzucili swój styl gry i po godzinie prowadzili 2:0 po golach Nikolasa Lyberopoulosa i Karlheinza Pflipsena. W tym momencie piłkarze z ul. Konwiktorskiej potrzebowali dwóch bramek, aby doprowadzić do dogrywki i trzech, aby zapewnić sobie bezpośredni awans do fazy grupowej LM. Niestety, stać ich było tylko na honorowe trafienie, autorstwa Arkadiusza Bąka w samej końcówce meczu.

Z podniesioną głową

Z Aten przenosimy się teraz 502 km na północ do Salonik, gdzie na Kleanthis Vikelides miał miejsce ostatni jak do tej pory występ polskiego klubu na greckiej ziemi. Debiutujący wówczas w europejskich pucharach piłkarze Jagiellonii Białystok w sezonie 2010/2011 rywalizowali z Arisem Saloniki. W Białymstoku „Kitrinomauroi“ wygrali co prawda 2:1, ale „Duma Podlasia“ w rewanżu absolutnie nie zamierzała się poddawać. Zwłaszcza, że jej szkoleniowiec, Michał Probierz w drugim spotkaniu postawił wszystko na jedną kartę. W rezerwie pozostawił takich graczy jak Tomasz Frankowski, Mladen Kascelan czy Jarosław Lato. W wyjściowej jedenastce zaś znalazł miejsce dla debiutującego w żółto-czerwonych barwach Tadasa Kijanskasa, Macieja Makuszewskiego czy El Mehdiego Sidqy. Zmiany przyniosły pożądany w skutkach efekt, bo białostoczanie rozegrali naprawdę znakomite zawody.

Co prawda już w 19. minucie, po zamieszaniu podbramkowym, Grzegorza Sandomierskiego pokonał Daniel Cezarek, ale siedem minut później wyrównał Marcin Burkhardt. W tym momencie do dogrywki przybyszom z Podlasia brakowało jednej bramki. Tę udało się zdobyć w 66. minucie, kiedy to po strzale z rzutu wolnego „Burego“ piłka odbija się szczęśliwie od Mehdi Neftiego i wylądowała w bramce Arisu. Radość graczy Jagi nie trwała długo, bo i Aris szybko odpowiedział. W 75. minucie w polu karnym sfaulowany został Koke, a Cezarek zamienił jedenastkę na gola. Mimo usilnych starań graczy Probierza, rezultat remisowy utrzymał się już do końca spotkania. „Mimo ambitnych starań mecz kończy się niekorzystnym dla nas rezultatem. To Aris zagra w następnej rundzie LE, ale Jaga nie ma się czego wstydzić“ - podsumował grę białostockich piłkarzy „Kurier Poranny“.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się