var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Wikipedia

Upadek na własne życzenie i bolesne zmartwychwstanie Rangers F.C.

Autor: Karol Bochenek
2019-08-22 15:30:11

Dla każdego członka społeczności zgromadzonej wokół Rangers F.C. 4 lipca 2012 roku był najdłuższym dniem w życiu. Sytuacja była dramatyczna. Bezlitosny rozum podpowiadał, że to nie może się udać, ale niebieskie serca i tak pompowały nadzieję. Może nie wszystko jeszcze stracone? Może los, a przede wszystkim szefowie pozostałych klubów Scottish Premier League łaskawie się do nas uśmiechną?

Toczone tego dnia obrady na Hampden Park, stadionie będącym siedzibą Szkockiego Związku Piłki Nożnej, przebiegały w burzliwej atmosferze. Kiedy jednak przyszło do głosowania, dziesięciu prezesów klubów występujących w SPL zdecydowało, że Rangersi, a właściwie to twór, który powstał na bazie zasłużonego, acz doszczętnie skompromitowanego klubu, nie zostaną w trybie wyjątkowym wpuszczeni do elity. Tym samym najbardziej utytułowany wówczas szkocki zespół został strącony w czwartoligową otchłań i w jakimś stopniu przestał istnieć. Szokujące, ale Rangersi w pocie czoła przez kilka lat pracowali na tak drastyczny upadek. Podobnie zresztą, jak na późniejszą odbudowę, co mimo poważnych turbulencji ostatecznie im się udało.  

Jak wydam wszystko, będę pożyczać!

- To była ciężka i przytłaczająca decyzja, która demonstruje głębię uczuć wszystkich osób zaangażowanych w szkocką piłkę - tymi słowami ujętymi w specjalnym oświadczeniu wynik głosowania tłumaczyły władze Celtiku, odwiecznego rywala Rangers. Z jednej strony była to zwykła mowa-trawa, z drugiej - deklaracja dochowania wierności ideałom i zasadom uczciwej rywalizacji, które dla The Gers bardzo długo nie miały żadnej wartości. Gdy inni próbowali walczyć fair, w niebieskiej części Glasgow szli szeroko, gwałcąc po drodze wszystkie możliwe reguły, żyjąc wyraźnie ponad stan byle tylko zrobić wynik i zwyczajnie nie szanując innych. 

Epoka rozpasania i fałszywego przepychu na Ibrox, która zakończyła się głośnym upadkiem, rozpoczęła się, gdy Rangers trafili w ręce Davida Murray’a. Szkocki magnat metalurgiczny, szukając odskoczni od przedsięwzięć biznesowych, pod koniec lat 80. ubiegłego wieku postanowił sprawić sobie zabawkę w postaci klubu piłkarskiego. Początkowo planował przejąć Ayr United, zespół z jego rodzinnego miasta, ale ówczesne władze odrzuciły ofertę. Wówczas swoje zainteresowanie przerzucił na The Gers, których ich mieszkający na co dzień w Nevadzie właściciel Lawrance Marlborough, był gotów opchnąć za pokaźną kwotę. Procedura przejęcia rozpoczęła się w listopadzie 1988 roku. Sześć miesięcy później Murray oficjalnie został posiadaczem najlepszego klubu w Szkocji, przelewając na konto amerykańskiego poprzednika aż 6 milionów funtów.

Wizja dorzucenia Rangers do katalogu własności była dla Murray’a nęcąca z wielu powodów. Na pierwszy plan wysunął się oczywiście wynikający z tego prestiż. Zespół z niebieskiej części Glasgow był wówczas dominatorem na lokalnej scenie, co zawdzięczał Graeme’owi Sounessowi, który od 1986 roku pełnił w nim rolę grającego menadżera. Souness, wykupiony wcześniej z Sampdorii Genua za 350 tysięcy funtów, zaprowadził na Ibrox rewolucję, dzięki której Rangers po kilku chudych latach błyskawicznie wrócili na szczyt. Zainicjowana przez niego misja nie była łatwa i budziła sporo wątpliwości - w końcu wciąż czynny reprezentant Szkocji nie miał żadnego trenerskiego doświadczenia i właśnie szykował się do mundialu w Meksyku, ale efekty szybko ucieszyły krytyków. Pierś do orderów szczególnie chętnie wypinał David Holmes, dyrektor zarządzający klubu z ramienia Marlborougha, który na prawo i lewo chwalił się w mediach, że pomysł mianowania menadżerem właśnie Sounessa, nawiedził go we śnie. Bez znaczenia było, że w rzeczywistości koncepcja wyszła od jego współpracownika, Johna Patona, który przez dziennikarza The Sun, Kena Gallachera, skontaktował Holmesa z Sounessem. Liczyły się tylko wyniki, a te były rewelacyjne - tytuł mistrzowski po ośmiu latach przerwy udało się odzyskać już w pierwszym sezonie pracy nowego trenera. 

Kolejny sezon skończył się utratą korony, ale trzy następne to już pełna dominacja Rangers. Murray, wiedząc, że szefuje wybitnej ekipie, postanowił pójść za ciosem i regularnie inwestował w nią spore sumy. Co prawda w 1991 roku stracił Sounessa, który zdecydował się wrócić do ukochanego Liverpoolu, ale to w żaden sposób go nie zniechęciło. Wprost przeciwnie, Walter Smith, który przejął szatnię po Angliku, mógł liczyć na pełne wsparcie właściciela. Lata 90. przyniosły passę sukcesów w postaci dziewięciu tytułów mistrza kraju z rzędu, ale okazały się być fundamentem pod poważne kłopoty finansowe. Filozofia Murray’a opierała się bowiem na prostym jak budowa cepa schemacie - Mamy pieniądze? Świetnie, wydajmy wszystko! Nie mamy? To pożyczmy w banku i też wydajmy wszystko! 

Potęga Rangers została więc zbudowana na cudzy koszt. Nie do końca świadomi tego, co się dzieje kibice nie mogli jednak narzekać. W końcu ich klub w lidze nie miał sobie równych, a w niebieskiej koszulce po murawie na Ibrox Park biegali tacy zawodnicy jak Tore Andre Flo, Govanni van Bronckhorst, Lorenzo Amoruso, Paul Gascoigne, Andrej Kanczelskis czy Ronald de Boer. Chwile, które przeżywali wspólnie z drużyną były cudowne i wydawało się, że nic nie jest w stanie ich zmącić. Ale wkrótce zaczęły się problemy. 

Podatki? Nie płacę!

The Gers w XXI wiek weszli - jak się wówczas wydawało - z niezbywalnym mianem najlepszego klubu w Szkocji i szybko rosnącymi długami. Murray, widząc, co się dzieję zaczął bawić się w wyższą kombinatorykę. Wymyślił sobie, że płacenie podatków od zawodniczych pensji to de facto zbędny wydatek, a skoro nie może zmienić panującego systemu, to musi go jakoś obejść. Swoim piłkarzom zaproponował następujące rozwiązanie: po pierwsze, podpisujecie minimalny kontrakt, który rejestrujemy w federacji, po drugie, resztę dogadanego przy negocjowaniu umowy hajsu dostajecie ze specjalnie założonego w tym celu funduszu powierniczego. Taki układ przez jakiś czas sprawdzał się nawet całkiem nieźle, ale spirali długów, w które wpadli Rangers i tak nie udało się powstrzymać. 

W 2002 roku, gdy zobowiązania wobec wierzycieli sięgnęły 80 milionów funtów, Murray ustąpił ze stanowiska prezesa, powołując na swoje miejsce Johna McClellanda. Dwa lata później wrócił jednak ze zdwojoną siłą, by kierować emisją akcji, których wartość wyceniono na 57 milionów funtów. Sprzedaż przyniosła zysk w wysokości 51 milionów, ale aż 50 założył… właściciel klubu, który tę część długu wpisał w księgi rachunkowe własnej firmy Murray International Holdings. Próba ratowania Rangers okazała się więc wyjątkowa nieudolna. 

W 2006 roku Murray, który całkowicie stracił kontrolę nad panującym na Ibrox bałaganem, publicznie zapowiedział, że jest gotów sprzedać klub. Zapomniał jednak dodać, że rozważane będą tylko te oferty, które zagwarantują mu spory zysk. Takich jednak brakowało, więc biznesmen siłą rzeczy musiał szyć inaczej. W tym samym roku ogłosił podpisanie dziesięcioletniej umowy z firmą JJB Sports, która dostała wyłączność na sprzedaż produktów z klubową atrybutyką poza Szkocją. Rangers łącznie mieli zarobić około 50 milionów funtów, więc Murray z dumą poinformował, że dzięki tej współpracy, dług klubu spadł poniżej 6 dużych baniek. 

Na szczęście coraz poważniejsze problemy w gabinetach nie miały przełożenia na wyniki The Gers, którzy sięgali po kolejne trofea na krajowym podwórku. W sezonie 07/08 byli nawet o krok od sukcesu w Europie, lecz w finale Pucharu UEFA musieli uznać wyższość Zenitu Sankt Petersburg. Murray nie miał jednak czasu, aby mocno przeżywać porażkę w prestiżowym starciu. W 2008 roku, jak całe zastępy mniej lub bardziej poważnych przedsiębiorców, zmagał się bowiem ze światowym kryzysem gospodarczym, który mocno dawał mu po kieszeni. Jego firma błyskawicznie traciła na wartości, ale i tak starał się robić dobrą minę do złej gry. - Czy wycofuję się z biznesu? Nie ma mowy. Ten kryzys to tak naprawdę świetna okazja. Prawdziwe fortuny buduje się w okresie recesji, a nie w czasie boomu gospodarczego. Nie zamierzam zamykać firmy albo przenosić się na Węgry. Zostaję tutaj, czy to się komuś podoba, czy nie! - pytał siebie i jednocześnie odpowiadał w rozmowie z portalem scotsman.com.

W równie buńczucznym tonie Murray wypowiadał się na temat Rangers, choć doskonale wiedział, że jego klub od dłuższego czasu znajduje się pod lupą komisarzy z Bank of Scotland, Lloyds Bank i Urzędu Skarbowego, którzy skrupulatnie przyglądali się strukturze finansowej. - Ich raportom nie można wierzyć. W tym roku osiągniemy próg rentowności, a nawet niewielki zysk. Oczywiście nie będzie to dużo, ale gwarantuję, że nie wykażemy kolejnych strat. Dla przypomnienia powtórzę, że jestem w pełni przygotowany do sprzedaży klubu - zapowiadał w 2009 roku. 

Na swoich kłamstwach Murray woził się jeszcze dwa lata. W 2011 roku nie był już w stanie dłużej udawać, że wszystko jest w porządku. Recesja, która miała mu pomóc w zarabianiu, ostatecznie sprawiła, że jego majątek z ponad 700 milionów funtów spadł do plus/minus 100, a banki raz po raz naciskały na wyjaśnienie kwestii podatkowej. Coraz więcej do zarzucenia właścicielowi mieli też fani Rangers, którzy wtedy zdawali już sobie sprawę z położenia, w jakim znalazł się ich klub. Sprzedaży, i to błyskawicznej, na warunkach, które dyktuje ktoś inny, Murray nie mógł dłużej odwlekać. Kiedy tylko na horyzoncie pojawił się pierwszy chętny, oddał mu klub za symbolicznego funta. 

Lepiej nie będzie

Schedę po Murray’u przejął Craig Whyte, który na dzień dobry obiecał wyprostowanie sytuacji finansowej i transfery, dzięki którym uda się utrzymać na ligowym szczycie. Z pierwszej części wywiązał się bardzo szybko, co pozwoliło żywić pewne nadzieje, ale gdy zapowiadane transfery nie doszły do skutku, wielu uznało to za znak ostrzegawczy. I słusznie, bo wkrótce okazało się, że Whyte to tak naprawdę patologiczny kłamca bez kapitału, który pieniądze na spłatę długu wziął, zaciągając kredyt pod zastaw wpływów z karnetów na przestrzeni trzech najbliższych lat. 

Pomysł, aby starą pożyczkę spłacić nową, okazał się wyjątkowo naiwny, podobnie zreszta jak decyzja, by - wzorem poprzednika - ciąć wydatki poprzez niepłacenie podatków. W efekcie Whyte ściągnął na siebie kolejną kontrolę skarbówki, a gdy pogodził się z myślą, że sam nie wygrzebie się tarapatów, udał się prosto do Sądu Najwyższego z wnioskiem o wprowadzenie w klubie zarządu komisarycznego. Liczył, że tym sposobem uda mu się wywinąć od płatności albo przynajmniej nieco je odroczyć, ale naiwna wiara w przychylność urzędników szybko wypłaciła mu siarczystego liścia. 

Zgodnie ze statutem SPL, wprowadzenie w klubie zarządu komisarycznego z automatu skutkuje odjęciem aż dziesięciu punktów w ligowej tabeli i blokuje licencję na udział w rozgrywkach międzynarodowych. Druga sankcja miała dla stojących na przepaścią The Gers mniejsze znaczenie, za to pierwsza okazała się naprawdę bolesna, bo de facto kosztowała ich tytuł mistrzowski. Na dokładkę ustalenia zarządu komisarycznego wykazały, że dług Rangers oscyluje w granicach 130 milionów funtów. Z Whytem u sterów był po prostu niespłacalny. 

Właściciel Rangers, widząc, co się dzieje i mając pełną świadomość, że klub lada chwila zostanie sprzedany bez jego udziału, rzucił wszystko w cholerę i uciekł do słonecznego Meksyku. W międzyczasie sytuację starali się ratować fani Rangers, tworząc specjalny fundusz i próbując zgromadzić środki na bieżącą działalność. Mobilizacja fanów była jednak wyłącznie krótkoterminowym rozwiązaniem i w żaden sposób nie poprawiła fatalnego położenia klubu. W marcu 2012 roku Rangers, decyzją zarządu komisarycznego, zostali wystawieni na sprzedaż. 

Mimo bardzo trudnej sytuacji finansowej klubu, chętnych na jego zakup nie brakowało. Ostatecznie za najlepszą uznano ofertę złożoną przez Amerykanina Billa Millera, który w maju wpłacił nawet 500 tysięcy funtów i otrzymał tzw. status preferowanego nabywcy. Trzy dni później Miller nieoczekiwanie wycofał jednak swoją ofertę, zostawiając Rangers na pastwę losu. I kiedy wydawało się, że dla wielokrotnych mistrzów Szkocji nie ma już ratunku, na Ibrox pojawił się Charles Green. Kolejny oszust, który chciał dorobić się kosztem upadającego hegemona. 

Greenowi trzeba jednak oddać, że miał naprawdę obiecujące wejście do klubu. Zaczął bowiem od zainicjowania procesu Company Voluntary Arrgangement, który miał na celu osiągnięcie porozumienia z wierzycielami i częściową spłatę zadłużenia, pozwalającą starać się o umorzenie reszty długu. Niestety, jego inicjatywa nie spotkała się z aprobatą szkockiej skarbówki, która w czerwcu wydała rozporządzenie o likwidacji Rangers. Green i jego ludzie próbowali się jeszcze ratować, przenosząc licencję uprawniającą do gry w SPL na nowo powołany podmiot pod nazwą Sevco Scotland Limited. Pozostanie w elicie było jednak możliwe wyłącznie za zgodą pozostałych klubów, które jednak niemal jednogłośnie storpedowały wniosek nowych-starych Rangers. Od głosu wstrzymał się wyłącznie przedstawiciel Kilmarnock, cała reszta była przeciw. 

Nowa rzeczywistość, stare grzechy

Upokorzeni The Gers nie mieli innego wyjścia - proces odbudowy i wychodzenia na prostą musieli zacząć od Third Division, czyli czwartego szczebla rozgrywkowego. Wiązało się to oczywiście z odpływem najlepszych zawodników, ale kilka wiodących postaci zdecydowało się pozostać na Ibrox. Podobnie postąpił Ally McCoist, który wziął na siebie misję poprowadzenia odradzających się Rangers do SPL. 

Przy wsparciu kibiców, sponsorów i telewizji udało się uciułać całkiem konkretny budżet. Ponad 20 milionów funtów w klubowej kasie pokazało siłę Rangers i ich znaczenie dla całej szkockiej piłki. Czwarta i trzecią ligi wzięli szturmem, mając w składzie piłkarzy ściągniętych z czołowych klubów w kraju. Wydawało się, że wszystko przebiega jak należy, że nudna i do bólu przewidywalna liga szkocka wkrótce odzyska Old Firm Derby. Ale wtedy na horyzoncie pojawiły się nowe problemy, bliźniaczo podobne do tych, które pogrążyły klub. 

W 2014 roku na Ibrox znów pojawili się komornicy, by sprawdzić, czy przejadający wszystko Rangers mają jeszcze coś nadającego się do zlicytowania. Wówczas okazało się, że z wcześniejszych błędów nie wyciągnięto żadnych wniosków, a nowe władze, na czele z Charlesem Greenem, żyją tak, jakby jutra miało nie być. Najwięcej pieniędzy szło oczywiście na opłacenie zawodników, którym wcześniej obiecano bajońskie sumy, ale niegospodarność rządzących miała w gruncie rzeczy wielopoziomowy charakter. Dość powiedzieć, że Green w tajemnicy przed całym światem sprzedał prawa do nazwy stadionu za… jednego funta. Szczęśliwym nabywcą okazał się właściciel Newcastle, Mike Ashley. Próba unieważnienia tej skrajnie niekorzystnej umowy miała swój finał w sądzie i zakończyła się podwójną porażką Greena. Oprócz utrzymania w sile zapisów kontraktu biznesmen pożegnał się z 250 tysiącami funtów, które zapłacił reprezentującym go prawnikom. 

Nie minęło wiele czasu, a Green, zamiast uwolnić się od Ashley’a, musiał zacząć jeszcze bardziej się z nim liczyć. W październiku 2014 roku Anglik - za zgodą szkockiej federacji - wykupił 8,92% akcji (na więcej, jako właścicielowi innego klubu, nie pozwalało szkockie prawo) i zaczął panoszyć się po Ibrox jak po własnym salonie. Trzy miesiące po nabyciu akcji udzielił Rangers 10 milionów funtów pożyczki, zapewniając sobie w zamian prawo nominowania dwóch członków zarządu. Biorąc pod uwagę, że wcześniej udało mu się umieścić tam zaufanego człowieka, Dereka Llambiasa, jego wpływy były naprawdę duże. Kiedy więc Ashley położył swoje łapska na pieniądzach wpływających do klubu różnymi kanałami, nikt nie był przesadnie zdziwiony. Mówiło się nawet, że z każdych 10 funtów zostawionych przez kibiców w klubowym sklepie, do kasy trafia raptem 78 pensów. Reszta napychała pękate kieszenie Ashley’a. 

Czara fanowskiej goryczy przelała się, gdy angielski biznesmen zamachnął się na Ibrox - największą świętość dla społeczności The Gers. Ashley wymyślił sobie, że legendarną nazwę zastąpi Sports Direct Arena, ale najwyraźniej nie przypuszczał, że tą nędzną zagrywką, obudzi w fanach Rangers najmroczniejsze demony. Protestom na trybunach Ibrox i ulicach Glasgow, które swoją drogą miały miejsce już wcześniej, nie było końca, lecz uzurpator i tak trzymał się dzielnie. Udziały w klubie sprzedał dopiero w czerwcu 2017 roku. Nabywcą zostało stowarzyszenie Club 1872, stricte fanowska organizacja, która mocno przyczyniła się do wyciagnięcia klubu z bagna. 

Wreszcie na prostej

Nieustanne zmagania z nieuczciwymi właścicielami nauczyły fanów Rangers ostrożności. Kiedy więc w marcu 2015 roku w klubie pojawił się Dave King, szkocki biznesmen, który zbił niemały majątek w RPA, trybuny przyjęły go bez entuzjazmu. Niepokój wzmacniały plamy w życiorysie nowego posiadacza pakietu kontrolnego, ściganego w RPA za - uwaga - przekręty podatkowe, a także jego związki z ekipą Davida Murray’a. Z drugiej strony, King od najmłodszych lat był zdeklarowanym fanem The Gers. Człowiekiem, który - jak deklarował - w odróżnieniu od poprzedników nosi ten klub w sercu, więc choćby miał wyjść z siebie i stanąć obok, zrobi wszystko, aby przywrócić mu dawny blask. 

Panowanie Kinga rozpoczęło się wprawdzie od sporego zawodu - w sezonie 2014/15 Rangers nie zdołali przebić się do SPL, przegrywając w barażu z Motherwell aż 6:1 - ale później było już tylko lepiej. Kolejne rozgrywki przyniosły upragniony awans do elity, a pierwszy sezon po powrocie z niebytu udało się zakończyć na trzecim miejscu, ustępując jedynie Celtikowi i Aberdeen. Oznaczało to, że po kilku latach przerwy Rangers znów zagrają w europejskich pucharach, ale dziś nikt w klubie nie chce pamiętać tego wydarzenia. W końcu bęcki od luksemburskiego Progresu Niederkorn już w I rundzie eliminacji do Ligi Europy to gigantyczna kompromitacja i kolejne wystawienie samych siebie na publiczne pośmiewisko. 

Niepowodzenie w starciu z luksemburczykami Rangersi z nawiązką odbili sobie po roku, przebijając się do fazy grupowej Ligi Europy. Do kolejnej rundy co prawda nie udało się awansować, ale kibice i tak mogli ponownie poczuć, jak to jest być dumnym ze swojej drużyny. Tego, co działo się w grudniu ubiegło roku, po pierwszym po latach zwycięstwie w Old Firm Derby nikt poza kibicami The Gers nie jest w stanie sobie wyobrazić. 

Polityka prowadzona przez Dave’a Kinga przynosi więc oczekiwane efekty. Właściciel Rangers nie szasta pieniędzmi jak szalony i nie obiecuje, że jego klub wkrótce dogoni, a następnie zdystansuje Celtic. Zamiast tego woli działać z głową i w granicach zdrowego rozsądku, stopniowo dokładając kolejne cegiełki do powstającej konstrukcji. 

Najważniejszy na ten moment element dorzucił w maju ubiegło roku, powierzając drużynę w ręce Stevena Gerrarda. To właśnie wieloletni kapitan Liverpoolu przyczynił się do szybkiego postępu na polu sportowym, który pod wieloma względami jest dobrym prognostykiem na przyszłość. Gerrarda, ze względu na miłość do The Reds i zarządzanie rewolucją na Ibrox, fani Rangers porównują do Graeme’a Sounessa, licząc, że osiągnie z nich klubem podobne sukcesy. Dogonić Celtic, rzecz jasna, nie będzie łatwo, ale nadzieje, że się uda, w niebieskiej części Glasgow tli się coraz mocniej. Aby jednak było to możliwe, Rangers muszą pamiętać o przeszłości. O ile popełnienia błędów można usprawiedliwić, a nawet wybaczyć, to powielanie ich jest po prostu niedopuszczalne. Kolejnej szansy na lepszą przyszłość The Gers mogą już nie dostać. 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się