var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: Krystian Juźwiak

Reportaż 2x45: “Padajtas teatrajtas” znaczy "wstawaj kretynie". “Żalgiris” znaczy Grunwald

Autor: Krystian Juźwiak
2019-08-25 13:30:37

Miałem okazję poznać kilku groundhopperów. To niesamowici ludzie z niesamowitą pasją. Ja się do nich niestety nie zaliczam. Niemniej raz do roku muszę spełnić jakiś cel, marzenie... No, zwał jak zwał. W tym roku padło na Litwę. I choć celem była Góra Krzyży w Szawlach, to w tej opowiastce nie mogło zabraknąć futbolu.

O tym, jak oszukałem Osvaldasa Cipkusa. O tym, jak oglądać Żalgiris Wilno sposobem “na janusza”. O tym, jak usiadłem na trybunie fanatycznych emerytów i przyszłych sebixów. O golach braci Brożek i policjantach, którzy strofowali się rozbitą szklanką. O tym, jak nie umiem obsługiwać zegarka. O tym, że Kowno to “gówno, a nie miasto”. Zapraszam na zwiedzanie Litwy moimi oczami.

Wilno zamiast Kartoflisk

Nie wiem, od czego zacząć opowiadanie, bo to trochę jak z kurą i jajkiem. Jak do tego podejść i przez to, co było pierwsze? Jeżeli weźmiemy pryzmat czasu, to niewątpliwie pierwsza będzie Litwa, bo Horodło, miejscowość, z której pochodzę, ma bardzo silne związki z tym państwem. Zawsze patrzyłem na Litwę, jak na młodszego brata Rzeczpospolitej. Tylko że... to za daleko idący krok. Równie dobrze na pytanie: “Co było pierwsze: kura czy jajko”, możnaby przedstawić darwinowską teorię ewolucji.

Dobra. To był poniedziałek. Jechaliśmy z Dominikiem na trening. Właściwie to czekaliśmy aż autobus linii 197, wspaniałomyślnie dotoczy się na przystanek. Minuty mijały, wspólne tematy trochę się wyczerpały i nosy powędrowały w telefony. Właśnie wtedy zaświtała mi myśl: „ciekawe z kim gra Żalgiris w tej kolejce”. Myśl absurdalna, może i nawet abstrakcyjna, ale starcie z Żalgirisem Kowno zapowiadało się bardzo ciekawie. Szczególnie że dwa tygodnie wcześniej oglądaliśmy razem sparing Litwinów z Omonią Nikozja. Tam piłkarze z Kowna zaprezentowali się bardzo dobrze, a wyniki 1:1  nie odzwierciedlał przewagi zespołu Minduagasa Cepesa. Cypryjczycy byli lepsi technicznie, ale kompletnie radzili sobie z organizowaną defensywą Żalgirisu.

Wtedy się podjarałem. Nawet mówię do Dominika:
- Fajny meczyk jest w niedzielę.
- Jaki?
- W Wilnie takie Derby Litwy. Wilno gra z Kownem.

Stety czy niestety kolega nie podłapał mojego entuzjazmu. Miał inne plany na tamten weekend. Równie sportowe. Oglądał starcie Kartoflisk z Barem Ulubiona ETV w ramach Pucharu Polski, a ja, choć szybko się zainteresowałem, to jeszcze szybciej straciłem zapał.

To był poniedziałek. Gdzieś w czwartek stwierdziłem, że drugi raz może się nie zdarzyć taka okazja, żeby pobawić się w groundhoppera i to od razu takiego level international. Ale nie będę nikogo oszukiwał. Starcie Żalgirisów miało być tylko miłym dodatkiem. Celem podróży nie był śmieszny stadionik Litewskiej Federacji Piłkarskiej, na którym swoje mecze rozgrywa stołeczny Żalgiris, a położona w połowie drogi z Szawli do Joniskis Góra Krzyży.

Federacja we mgle

Bilety kupiłem w piątek. W sobotę o szóstej rano postawiłem pierwszy krok na litewskiej ziemi. Ruszyłem na dworzec kolejowy, żeby kupić kolejne bilety. Tym razem na pociąg do Szawli. Niebieski napis “Geležinkelio stotis” majaczył przez gęstą mgłę. Mimo wczesnej pory sala odjazdów była pełna. Natomiast przy kasach byłem pierwszy. Vis-a-vis siedziało dwóch gości ubranych w grube skórzane kurtki, a był sierpień. Ich twarze przypominały raczej kostkę brukową niż ludzki aparat gębowy. Choć „gębowy” to całkiem dobre słowo.

- Z całą pewnością służyli dla Henrikasa Daktarasa — pomyślałem.

Daktaras to po naszemu doktor. Jednak ten nie leczył. Przeciwnie. Zatruwał Litwę. Zbudował potężny syndykat zbrodni. Do 2010 roku poszukiwały go wszystkie służby śledcze w Europie, a złapała dopiero bułgarska policja w zapomnianym przez Boga nadmorskim miasteczku. Dzień później minister spraw wewnętrznych Bułgarii, Cwetan Cwetanow, obwieścił wielki sukces. - Dzięki współpracy policji z kilku krajów europejskich oraz Europolu udało się zatrzymać człowieka podejrzanego o trzydzieści zabójstw. Gangstera, przed którym drżała nie tylko Litwa, ale także pół Europy. Daktaras bowiem prowadził interesy na wielu polach i z partnerami rozsianymi po całym kontynencie. Od Bułgarii przez Norwegię i Belgię po Hiszpanię — mówił minister.

- Kurwa, słabo będzie zacząć zwiedzanie od skrojenia.

Udało się szybko kupić bilety i czmychnąć z dworca. Udało się zacząć dzień od „nie-skrojenia”, więc już było fajnie. Punkt pierwszy każdego Polaka w Wilnie to Ostra Brama. Ja też tak planowałem, ale skoro w stolicy miałem być tego dnia tylko do 17, to postanowiłem, że pójdę na obrzeża i zacznę zwiedzanie od Cmentarza Na Rossie, gdzie jest pochowana matka Józefa Piłsudskiego oraz jego serce. Przypadkiem po drodze była siedziba Litewskiej Federacji Piłkarskiej i położony przy niej stadion.

- Fajny pomysł. Gdyby PZPN miał swój obiekt w Warszawie, kadra nie musiałaby trenować po ZWAR-ach czy innych Poloniach – pomyślałem i próbowałem wejść na boisko. Tylko że była 6:40. Do tego nie pomagała gęsta mgła, a stadion był umieszczony poniżej drogi, przez co obiekt wyglądał jak z książki Stephana Kinga. Zakratowane boisko było niemal niewidoczne w gęstej zawiesinie. Przechodząc od bramek do budynku federacji, mijałem małą budkę. Trochę jak kiosk, trochę jak budka z hot-dogami i piwem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to kasa biletowa.

Budynek federacji był zamknięty. Telefon pokazywał 6:43. Stanąłem przy bramie. Cyknąłem dwie fotki pogrążonemu we mgle budynkowi Lietuvos Futbolo Federaciji i się zawinąłem.

Miejscowy patus – chociaż może nie był patusem, tylko nieczęsto wstaje tak wcześnie – spojrzał na mnie wzrokiem świadczącym o zażenowaniu i zaciekawieniu jednocześnie. Jego biały pies miał mnie w dupie tak samo jak i Litewski Związek Piłkarski, a swoją obojętność wyraził poprzez obsikanie bramy wjazdowej. A mógł naszczać mi na buta.

Warto się zatrzymać przy okolicy, w jakiej znajduje się siedziba LFF. Bloki – na polską mańkę – to relikt komunizmu. Takie ceglane, brudne z balkonami zabitymi pleksi. Przypominało mi to mocno przemysłową Oradeę w Rumunii. Postkomunizm. W środku są podwórza, które wyglądają jak zagłębie patologii. Na których spokojnie mogłyby paść się kozy, ale które w sumie mają swój urok. Szczególnie około 6 rano. Na ile to niebezpieczna dzielnica, to nie wiem, ale idąc od dworca w stronę LFF, widziałem świeżo rozpieprzoną wiatę autobusową.

Budynek LFF. 6:40.

Wejście na Stadion.

Bloki na przeciw stadionu. Pachnie postkomuną.

Szwale w dłoń

To było na tyle moich piłkarskich wojaży pierwszego dnia na Litwie. No może oprócz kilku vlepek z różnych krajów Europy. Jest w Wilnie niezwykłe miejsce o nazwie Užupis. Dokładnie Republika Užupis. Po polsku Republika Zarzecza, po rosyjsku Республика Ужупис, a po arabsku أوزوبيس. W skrócie: miejsce przez lata było zamieszkane przez patologię i biedotę. Pewnego dnia, 1997 roku, weszli tam artyści i ustanowili własne państwo. Z konstytucją, prezydentem. Krążą nawet plotki, że pomalowali dwie łódki w barwy moro i tak powstała marynarka wojenna.

Užupis jest miejscem niezwykłym. Niektórzy porównują go do paryskiego Montmartre, ale to bardziej Akademia Pana Kleksa. Artystyczne wytwory, których idei śmiertelnik nie zrozumie. Instalacje z kamieni na rzeczce Wilejce, o której Konstanty Ildefons Gałczyński — swoją drogą mieszkaniec Zarzecza — pisał: „I z takimi na Wilence mostkami/gdzie samobójstwo to tylko romantyczność/z dorożkami, płynącymi w mglistość/z piwiarniami, gdzie piją żandarmi”. Łapacze snów zawieszone na moście. Fortepiany porozrzucane na lewo i prawo. Książki przybite do drzewa. Nawet wielka bujana zebra. I na głównym skwerze Tibeto skveras, spora vlepka Jagiellonii.

O 17:54 zapakowałem dupę do pociągu i ruszyłem do Szawli. Zmęczony usiadłem sobie w fotelu i... Nie ten pociąg. Siedziałem w pociągu do Kłajpedy. Szlag mnie trafił. I jeszcze naprzeciw wisiał zegarek. Zegarek, który pokazywał godzinę do przodu. Jak nic jechałem złym pociągiem w złym kierunku.

- Spokojnie – myślę sobie. – Damy radę. Sprawdzam na Google Maps kierunek jazdy. W aplikacji następna stacja Janów. Dojeżdżamy na dworzec, a to Jonava. No kurwa, pięknie. Jechałem pociągiem 2 godziny. Nie zgadzała się godzina na wagonowym zegarku. Nie zgadzały się nazwy miejscowości. Z jednej strony przygoda. Z drugiej w poniedziałek muszę być w robocie. Kij ze szczotki wyciągnąłem, dopiero kiedy pociąg zatrzymał się na dworcu w „Šiauliai”. Taka ciekawostka: Šiauliai to po polsku Szawle. Praktycznie wszystkie nazwy miejscowości na Litwie są egzonimami. To mądre słowo oznacza, że z różnych pobudek historycznych, geograficznych czy kulturowych zagraniczne nazwy miast są spolonizowane. I Google wiedząc, że jestem Polakiem, podawał mi egzonimy.

Aaa... i na Litwie jest godzina do przodu. Dlaczego nie zarejestrowałem zmiany godziny w telefonie? Nie pytajcie, bo nie wiem.

Miało być o piłce. Szawle czy jak kto woli Šiauliai (to się wymawia trochę jak Shaolin) łączy się z piłką i z Polską, a nawet ze mną. Od zawsze staram się oglądać wszystkie spotkania polskich zespołów w eliminacjach do europucharów. Nie inaczej było w 2010 roku. 15 lipca usiadłem z tatą przed telewizorem i razem oglądaliśmy starcie Wisły Kraków z FK Szawle.

Program meczowy. Źródło: historiawisly.pl

Obiekt Litwinów nie powalał. Żółto-czarne trybuny opanowali kibice w czerwonobiałych trykotach. Dokładnie pojawiło się tam 560 Wiślaków wspomaganych przez fanów Śląska i Lechii (Trzej Królowie Wielkich Miast, pamięta ktoś jeszcze?). Część zameldowała się na Litwie dzień wcześniej, żeby wspierać gdańszczan w sparingu z Żalgirisem Wilno. W drodze na mecz z Szawlami zginął Rafał — jeden z sympatyków „Białej Gwiazdy”. Będący już na miejscu wiślacy robili wszystko, żeby upamiętnić kolegę minutą ciszy. Delegat UEFA jednak nie wyraził zgody.

„Na mieście i na trasie dało się zobaczyć wzmożone patrole policyjne i nadgorliwe interwencje służb mundurowych, którzy kontrolowali auta po kilka razy, zawijali za byle co, strzelali się z paralizatorów i burzyli się o drobiazgi... typu rozbita szklanka” – czytamy w relacji kibiców z Krakowa. Litewskie służby mogły być wyczulone. Już nie mówię tu o wtargnięciu kibiców Legii na stadion Vetry Wilno trzy lata wcześniej. Fanatycy Wisły pojawili się na wspomnianym sparingu Lechii z Żalgirisem Wilno, gdzie odpalono pirotechnikę.

Sama Vetra zaznaczyła się i w tej historii. Gdyby nie jej problemy finansowe FK Szawle nigdy nie zagrałby w eliminacjach do Pucharu UEFA. „Szanse Wisły na awans? Ogromne. Wynikają one nie tyle z siły "Białej Gwiazdy" co ze słabości rywala. FK Szawle to zespół, który debiutuje w europejskich pucharach, a dostał się do nich kuchennymi drzwiami. Na skutek problemów finansowych Vetry Wilno stołeczny klub nie został dopuszczony do rozgrywek, a na jego miejsce wskoczyła drużyna z Szawli. Obecnie zespół ten zajmuje 7. miejsce w tabeli ligi litewskiej z zaledwie 18 punktami na koncie zdobytymi w 15 meczach. Po ostatni meczu zwolniono trenera Deivisa Kanczelskisa, a w zasadzie przesunięto go na stanowisko dyrektora sportowego – tak pisała oficjalna strona Wisły Kraków przed meczem.

Pod batutą Henryka Kasperczaka zagrali m.in. bracia Brożkowie, Radosław Sobolewski, Maciej Żurawski, Cleber czy Junior Diaz. Obok nich wstępowali tacy kopacze jak Erik Cikos czy Tomas Jirasak. Kasperczak miał na Litwie do dyspozycji tylko 18 piłkarzy. Właściwe to 17, bo dzień przed meczem gorączki dostał Wojciech Łobodziński.

Wieczór zaczął Paweł Brożek, a skończył jego brat Piotr. 2:0 dla Wisły. Mecz z kategorii mdłych. Pierwsza bramka padła w 76. minucie. Mnie najbardziej w pamięci zapadł... Edvinas Jasitajtis. Wówczas miał 20 lat i przez komentatorów sportowych był wskazywany jako największa gwiazda FK Szawle. Życie napisało mu inny scenariusz. Zamiast kolejnego Jankauskasa wyszedł co najwyżej solidny – jak na litewskie warunki – kopacz. 142 mecze w A Lydze i 11 goli. Do tego 41 minut w kadrze U21. Dziś kopie w FC Pakrujois.

Z kronikarskiego obowiązku: Wisła rozbiła u siebie Litwinów 5:0.

Żalgiris to znaczy wielka wojna

Już w poniedziałek wiedziałem, że idę na starcie Żalgirisów. Nie wiedziałem tylko, gdzie jest stadion gospodarzy. Internet twierdził, że Žaliai Balti grają na LFF Stadium, a więc obiekcie Litewskiej Federacji Piłkarskiej. Brzmiało niedorzecznie. Wyobraźcie sobie, że w Polsce Legia gra na obiektach PZPN-u.

Udałem się więc na Šeimyniškių gatv 29, gdzie mieści (w sumie to mieścił) się stadion Żalgiris. Nazwa klubu i nazwa obiektu zajebiście współgra, no ale... Žalgirio Stadionas zwany też Stadionem na Pióromoncie, został zamknięty w 2012 roku, a w 2016 na murawę wjechały buldożery. Dziś w tym miejscu powstaje hotel.

Historycznie Pióromont należał do Wojskowego Klubu Sportowego Pogoń Wilno. Swoje mecze rozgrywała tu także stołeczna Lauda. W 1924 roku na stadionie odbył się Zlot Sokolarstwa Kresowego i specjalnie na tę okazję zbudowano trybuny. Na Żalgirisie gościł nawet prezydent Polski. Nie Andrzej Duda, a Ignacy Mościcki. Głowa państwa z perspektywy wciąż świeżo wybudowanych trybun obserwowała mecz Pogoni z czechosłowacką Židenicą Brno. A to nie koniec polsko-litewskich związków. Prawdopodobnie do końca istnienia swojego i stadionu grała Polonia Wilno. Ale jak to mówi Mariusz Max Kolonko business is business i nikt już nie zagra przy Šeimyniškių 29. Przenocuje. Zamieszka. Zje śniadanko. Mecz co najwyżej obejrzy "w telewizorze".

Gdy wpiszesz w internecie objawy grypy, to od razu wyjdzie nowotwór. Tu Wujek Google nie jest najlepszym doradcą. Jeśli chodzi o stadiony w Wilnie to przeciwnie, jest świetnym przewodnikiem. Aż głupio, że go nie posłuchałem. Droga z Żalgirisu na obecny stadion Żalgirisu to około 5 kilometrów. Podczas spacerku przechodziłem przez dawne getto, tamtędy śmignąłem obok ambasady RP na bazary przy ulicy Didžioji. Na kramach jak to na kramach. Od cholery magnesów, długopisów, breloczków. Były też wyroby z bursztynu, który jest szalenie popularny na Litwie (znaczy plastiku bursztynopodbnego, bo gdzież za 2€ dostanę naszyjnik z bursztynów).
Na jednym stanowisku moją uwagę zwróciły trzy figurki rycerzy.

- Czy to są jakieś konkretne postacie, czy po prostu figurki rycerzy? – pytam sprzedawcę po rosyjsku. Miałem na sobie koszulkę reprezentacji Polski, na którą wskazał palcem.
- Ty Polak?
- Tak.
- No to dawaj po polsku – rzucił – To jest Giedymin.
- A no to znam. Byłem na Wzgórzu Giedymina. O tam – wskazałem palcem.
- Ten to Witold. Ten Lingwen. Oni walczyli na Żalgirisie.
- Na Żalgirisie – ożywiłem się. – Idę dzisiaj na Żalgiris. Wie pan, na mecz. Co to znaczy to całe słowo?
- Jak to! To ty nie wiesz!? – był wyraźnie zaskoczony – Żalgiris to wielka wojna. Myśmy, Litwini tam walczyli. Ale i wy Polacy. I Rusini. I Tatarzy. Przeciwko Krzyżakom.

Dla Polaków Grunwald, dla Litwinów Żalgiris, dla Niemców Tannenberg. Co ciekawe rodowici mieszkańcy Wilna trochę inaczej patrzą na bitwę pod Grunwaldem. W ich wersji historii to Polacy pomagali pokonać wojska Ulricha von Jungingena. Sam Żalgiris jest uważany za krok milowy w dążeniach niepodległościowych Litwinów. Książę Witold jest historycznym idolem, a Władysław Jagiełło ma poniekąd status zdrajcy.

Jeszcze jedna ciekawostka: słowo „Żalgiris” tłumaczy się jako Zielony Las.

„U nas są też ultrasi”

Na stadionie LFF byłem już kilka godzin przed meczem. Wszedłem do budynku federacji i nikt mnie nie wypieprzył. Nikt nie pytał, co tu robię ani kim jestem. Na wejściu powitały mnie dwie uśmiechnięte twarze. Aryvdas Novikovas i Andrius Skerla. Ten drugi był dla mnie trochę zaskoczeniem. Spodziewałbym się bardziej Edgarasa Jankausaksa, który przecież wygrał Ligę Mistrzów w 2004 roku. A tu wyrobnik z polskiej Ekstraklasy. Nie miałem pojęcia, że Skerla rozegrał najwięcej meczów w historii reprezentacji Litwy.

Przez godzinę chodziłem sobie po budynku federacji i obiekcie LFF. Usiadłem sobie za bramką na estetycznych krzesełkach w barwach Litwy. I wtedy wyszedł gość w jasnozielonej koszulce Żalgirisu Wilno. No to jak nic mnie wypieprzy. Idzie w moim kierunku.

I nic. Usiadł sobie na ławce rezerwowych. Ławka wyglądała jak z amerykańskich filmów, gdzie dzieci grały w jakiejś bejsbolowej lidze młodzików. Zaciekawiony tym, że mnie nie wyrzuca, sam do niego podbiłem.

- Gracie dzisiaj, prawda?
- Zgadza się. Przychodzisz na mecz?
- Chcę kupić bilety – odpowiedziałem. – Trudne spotkanie się szykuje. Oglądałem wcześniej Żalgiris Kowno. Mają bardzo silny zespół.
- Zgadza się. Teraz dofinansowali drużynę. Nie są taki silni jak pierwsza Suduva, ale łatwo nie będzie.
- Z ciekawości, Livescore ciągle pokazuje mi, że to nie Żalgiris a Spyris Kowno.
- Bo oni teraz mają nowego sponsora. Zmienili nazwę i dopiero od tego sezonu grają jako Żalgiris.
- Wracając do meczu, dużo ludzi przychodzi?
- Trochę tak. Wiesz, zależy od rangi meczu. Myślę, że dzisiaj może być sporo. Mamy nawet ultrasów. O tam siedzą – pokazał miejsce, gdzie sam siedziałem jeszcze przed chwilą – Prowadzą doping. kibiców, ale bez porównania z koszykówką. Ja od roku pracuje w piłce nożnej. Wcześniej byłem fizjoterapeutą w zespole koszykarskim Żalgirisu.
- Te dyscypliny się nie gryzą?
- Trochę tak, trochę nie. Ja pracuje tam, gdzie mnie chcą – uśmiechnął się.

Fizjoterapeuta powiedział, że bilety można kupić około godzinę przed meczem. Akurat było godzinę przed meczem, wiec udałem się w poszukiwaniu kasy. Pamiętacie, jak na początku wspominałem o takiej budzie ni to kiosk, ni to co? No to właśnie była kasa.

Szwendałem się w tą i z powrotem. Czas mijał, a biletów nie kupiłem. Ciągle zamknięte.

W dalszym ciągu nie ogarnąłem, że na Litwie jest godzina do przodu. W końcu kasa się otworzyła i za 5€ dostałem bilet na Trybunę Centralną. Jedną z trzech trybun LFF stadionas.

Jak widać Jankauskas też jest.

Tak się prezentuje LFF Stadionas.

Morda nie szklanka

W pierwszej piątce kupujących byłem ja, turysta z Frankfurtu, dwóch Rosjan na ekskursji i stary Litwin ubrany w koszulce Żalgirisu przypominającej kombinezony motocyklistów. Gość był pod kasą jeszcze wcześniej niż ja. Siedział w zaparkowanym obok Daewoo Nubirze i razem z żoną żarł słone paluszki.

Udało się. Bilety kupione. Na stadion wpuścili bez problemu. Tym razem przez bramki, a nie przez budynek federacji.

Pojawił się pierwszy problem. Bilet nie miał miejsca. Nie wiedziałem, w którym miejscu usiąść. Niemiec i Rosjanie mieli to w dupie. Kupowali piwo. Stary Litwin wsiadł z powrotem do Nubiry, a ja jak owca we mgle rozglądałem się po stadionie. Podszedłem do przypadkowej kobiety.

- Mówi pani po angielsku?
Przecząco pomachała rękoma.
- A po rosyjsku?
Tu już się uśmiechnęła i zaczęła:
- No, dawaj pa ruski. Szto haciesz?
- Wie pani, które jest moje miejsce – pokazałem bilet.
- Nie, nie! U nas to się siada, jak się uważa.

Uważałem, że środek trybuny będzie idealny.

I tu pojawiły się drugi problem. Miałem na sobie koszulkę reprezentacji Polski. Ja biało-czerwony rodzynek. Wszyscy inni na biało-zieloni. No przypał. Oczywiście zdawałem sobie sprawę z tego już wcześniej i usiadłem stosunkowo daleko od trybuny ultras, ale nie wyszło najlepiej. Chwilę przed meczem przyszło kilkunastu starych dziadków i paru podrostków, coś jak początkujące sebixy, którzy rozwiesili banner. Potem drugi. A na końcu rozłożyli wielkie flagi na długich trzonkach. A jak machali tymi flagami, to odnosiłem wrażenie, że robią to specjalnie, żeby trafić mnie w łeb. Podsumowując: siadłem między ultrasami Tribuno Centro Zalgirisu Wilno.

Krótka historia konfliktów polsko-litewskich: bunt Żeligowskiego, lituanizacja Kowieńszczyzny, Legia na Vetrze i Juźwiak na Żalgirisie. Choć morda nie szklanka, to nie chciałem dostać od podstarzałych ultrasów, bo zęby nie grzyby. Po deszczu nie rosną.

Z kontekstu rozumiałem, że mówią o mnie. Co niektóre słowa wyłapywałem. Koniec końców nie oberwałem, ale każdy wrzask szefa Tribuna Cetro podnosił ciśnienie. Z jego wrzasków kilka jest wartych odnotowania.

1. „Padajtas teatrajtas”. O piłkarzu z Kowna, który symulował. W wolnym tłumaczeniu „wstawaj kretynie”. Dosłownie: „głupi symulant”. A tak naprawdę to nie wiem, czy coś mi się nie przesłyszało, bo Tłumacz Google przetłumaczył „padajtas teatrajtas”, jako „teatr wspomagany”

2. „Kowno to nie Żalgiris. Kowno to nie miasto. Kowno to gówno”. Taką przyśpiewkę zaintonował stary ultras. Była trochę po litewsku. Trochę po rosyjsku toteż zrozumiałem. Kowno jest nielubiane. Szczególnie po zmianie nazwy. Za każdym razem, gdy spiker mówił o zespole z centrum przemysłowego Litwy jako Żalgiris, kibice z Wilna wznosili raban.

3. „Blać! Przychodzą na mecz gapić się w telefon”. Znane też na polskich stadionach. Tłumaczyć chyba nie trzeba

4. - „Ty weź się zachowuj. Turyści z Polski przyjechali (śmiech).

- „No Marek przyjechał (śmiechu)”.

Rzucone najprawdopodobniej w moją stronę. Nie rozumiem kontekstu z imieniem Marek. Mówione po polsku z rosyjskim (litewskim?) akcentem.

Do tego stary ultras ciągle napierdalał w krzesełko koło mnie. Wiem, że już kilka razy padło tu rynsztokowe słownictwo, ale Melchior Wańkowicz uczył, żeby nazywać rzeczy po imieniu. A ten Pavarotti Trybuny Centralnej nie stukał, nie uderzał, tylko zwyczajnie napierdalał w krzesełko, aż odłamało się od podstawy. Spojrzał na towarzyszy dopingu i rzucił:

- Niby stadion państwowy, a takie gówno robią.

Jeżeli komuś szkoda 5€, a chciałby sobie obejrzeć Żalgiris, to służę pomocą. Przed głównym boiskiem jest orlik. I z tego orlika mogą korzystać wszyscy. Nawet w trakcie meczu ligowego. Toteż tatusiowie brali swoje pociechy, kazali im grać w piłkę, a sami obserwowali mecz zza bramki. Trochę jak w A klasie, a przecież to A Lyga.

Tym czarnym kijem chcieli mnie w łeb trafić.

Jak oszukałem Osvaldasa Cipkusa

Sam mecz był naprawdę ciekawy i przerósł moje oczekiwania. Skończyło się 3:0 dla gospdarzy. Tak jak pisałem na początku. Widziałem pilarzy z Kowna w okresie przygotowawczym. Widziałem, jak trenowali. Oglądałem ich w sparingu z Omonią Nikozja, gdzie zagrali bardzo dobrze, a wynik 1:1 był wyszarpany przez Cypryjczyków.

- Cieszy nas ten remis. Pracujemy z Omonią od trzech tygodni i potrzebowaliśmy wyniku, żeby zrobić atmosferę – mówił wtedy Kazimierz Sokołowski, asystent Henninga Berga.

Już wtedy w drużynie Kowna moją uwagę przykuł wielki napastnik Rokas

Krusnauskas (rocznik 1995). Mimo dużych gabarytów – 1,91 m, 80 kilo – potrafił kiwnąć. I to jak! W jednej akcji minął trzech obrońców z Wilna, jednemu założył siatką zwodem przypominającym elastico, a rywale zatrzymali go dopiero faulem. Ma już na koncie 6 występów w reprezentacji U21 i jedną bramkę. Zapowiada się lepiej niż niesławny Edvinas Jasitajtis. Jak dla mnie Rokas powinien trafić do notesów skautów i w zimie widzę go Ekstraklasie.

Po drugiej stronie wyróżnił się Victor Perez. Ten piłkarz może być znany polskim kibicom. Szczególnie tym z Krakowa, bowiem w sezonie 17/18 grał przy Reymonta. Teraz dołączył do niego inny ex-Wiślak Hugo Videmont. Wracając do Hiszpana, wyróżniał się boiskową inteligencją. Miał fajne otwierające podanie. To on był mózgiem wileńskiego Żalgirisu.
Jednak creme de la creme to Osvaldas Cipkus. 20-latek może i nie ma wybitnych umiejętności. Trochę mu brakuje do litewskiego topu. Mimo to oscylował wokół zainteresowań zespołu U21. No, ale wiecie... Cipkus.

Założyłem się, że z młodym Litwinem zrobię sobie zdjęcie i się udało. Osvaldas to bardzo miły chłopak. Trochę pogadaliśmy. W końcu zapytał, skąd ja go w ogóle znam. Głupio było powiedzieć, że stał się elementem zakładu... Więc powiedziałem, że jest w Polsce taki portal jak „Bałtycki Futbol” i tam wyczytałem, że jest dobry. Z tego miejsca przepraszam i jego, i Rafała Kobzę ze wspomnianej strony.

Szczerze trzymam kciuki za Osvaldasa.

Mam nadzieję, że kiedyś zagra w jednej drużynie z Pawło Kutasem.

I tym nieśmiesznym – szatniowym – żartem kończę.

Koniec. Pabiaga.

***

Cipkus z łotewskiego to buty. Nie wiem, czy nasz Osvaldas ma korzenie na Łotwie, ale mnie ciekawiła etymologia nazwiska.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się