var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: Mateusz Czarnecki

Blisko dogrywki, ale daleko od fazy grupowej - rewanż z Rangers po prostu nie mógł się udać

Autor: Maciej Kanczak
2019-08-30 13:15:31

Martyrologia rewanżowego meczu IV rundy eliminacji Ligi Europy oparta będzie na tym, że Legia Warszawa odpadła z tych rozgrywek po dramatycznym meczu, w strugach deszczu, tracąc bramkę w 90. minucie. Faktem jest jednak, że wczoraj podopiecznym Aleksandara Vukovicia do fazy grupowej Europa League było daleko jak z Warszawy do Glasgow.

Po pierwszym spotkaniu trochę prześmiewczo napisałem, że gracze Stevena Gerrarda przy ul. Łazienkowskiej zaprezentowali się jak weselny zespół Rengers z Mielca, a nie słynni na cały świat Texas Rangers. Porównanie może i trochę na wyrost, ale „The Gers” w stolicy nie zaprezentowali absolutnie nic z tego, co pokazywali we wcześniejszych rundach. Jakby to powiedziała dzisiejsza młodzież, okazali się „przehajpowani”. Rewanż na Ibrox Park to już jednak zupełnie inna historia.

Każdy trzeźwo myślący kibic, nie patrzący na grę „Wojskowych” przez różowe okulary, z pewnością spodziewał się, że mecz w Glasgow właśnie tak będzie wyglądał. Atak za atakiem, osławione „kick and run” - walka, w której wszystkie chwyty są dozwolone. „Legioniści” mieli tę nawałnicę przetrwać i gdy tylko nadarzy się okazja, kontratakować. Zamiast tego mieliśmy paraliż w początkowym okresie spotkania, serię błędów indywidualnych i niedokładnych podań. O zgrozo prym wiedli w tym przede wszystkim obrońcy, tak przez wszystkich chwaleni po pierwszym meczu. A rzecz miała miejsce tuż za szesnastką warszawskiego zespołu. Gdy już udało się warszawianom otrząsnąć z początkowego szoku, nie było z kolei komu kontratakować. Chaos, przypadek, liczenie na cud, który ostatecznie się nie ziścił - tak najkrócej można skomentować grę wicemistrzów Polski na Ibrox Park.

Trudno bowiem o sukces z tak wymagającym rywalem, jeśli chętnych do gry kombinacyjnej jest niewielu. A właściwe jeden. Poza Luquinhasem nie widziałem wczoraj innych zawodników, którzy garnęli się do szybkich ataków, wychodzili poza schemat, nie bali się akcji „jeden na jeden”. W drugiej połowie doszedł Jarosław Niezgoda, który już po minucie zrobił więcej szumu i zamieszania niż Sandro Kulenović przez godzinę. Tradycyjnie nazwisko Chorwata musi paść w każdej pomeczowej, relacji, ocenie, analizie. Jego obraz gry nie uległ zmianie - szarpał, walczył, w pierwszej połowie oddał nawet dwa strzały. Jeden lekki, drugi niecelny. Oczywiście nie mógł liczyć na wsparcie partnerów, którzy nie obsługiwali go wczoraj hojnie prostopadłymi podaniami. Niemniej, widzieliśmy wczoraj jak gra napastnik klasowy, taki, który z powodzeniem mógłby się pokazać w silniejszej lidze, aniżeli szkocka. Alfredo Morelos był dosłownie wszędzie - w polu karnym, na skrzydle, często też sam z siebie cofał się w głąb boiska. Wiedział kiedy i gdzie ma być, a ten charakterystyczny dla piłkarzy na tej pozycji „szósty zmysł”, przyniósł jego zespołowi gola i upragniony awans do fazy grupowej Europa League.

A Sandro? Wiecznie schowany za plecami obrońców, czekający na piłkę, mało aktywny jeśli chodzi o grę bez niej. Czasami widząc co się dzieje wokół niego, aż mi było żal Chorwata, bo przez „Aco” został po prostu wsadzony na minę, która eksploduje co mecz. Sam siebie przecież w pierwszym składzie nie wystawia, nie jest to jego suwerenna decyzja. Niczym niezachwiana wiara trenera w podopiecznego czasem jest błogosławieństwem, ale czasem i przekleństwem, i tak jest w przypadku 19-latka. Im dłużej trwał mecz, tym bardziej jednak krew mnie zalewała, jak widziałem jego wkład postawę. Gdzieś to całe współczucie zaczynało ulatywać, a gdy zobaczyłem ile przez pół godziny zrobił Niezgoda, a ile mógłby zrobić przez pełne 90 minut, miejsce empatii zajęła apatia. 24-latek już w niedzielę, znakomitym występem z ŁKS Łódź, gdy niemal w pojedynkę odwrócił losy rywalizacji przy Alei Unii Lubelskiej, zasygnalizował powrót do formy. Wydawało się wówczas, że rzutem na taśmę, właśnie zagwarantował sobie miejsce w pierwszym składzie. Nic bardziej mylnego. Nie wiem co musi jeszcze zrobić Niezgoda, by znaleźć się w pierwszej jedenastce? Przewrót w przód, w tył, skok przez kozła, wymyk? „Vuko” znów bowiem wolał Kulenovicia. Kękę w utworze „Rutyna” rapował, że tylko ona daje mu spokój. Rutyna Vukovicia przy ustalaniu pierwszego składu doprowadziła go zaś do miejsca, w którym absolutnie nie chciał być, a więc do grona zespołów, które przed fazą grupową wyłożyły się na ostatniej prostej. O jakimkolwiek spokoju absolutnie nie może być zatem mowy.

Przykład Kulenovicia pokazuje zresztą również, jak od maja zmieniła się koncepcja Legii według Aleksandara Vukovicia. Pamiętamy dokładnie jego tyradę na konferencji prasowej po meczu z Zagłębiem Lubin kończącym sezon 2018/2019, kiedy wyjawił swoje trenerskie credo. Przypominając ją w telegraficznym skrócie, mówił o tym, że w Legii trzeba zapier… i w klubie zostaną tacy zawodnicy, którzy ciężkiej pracy się nie boją. Może nie opowiadał o swojej filozofii szkoleniowej w sposób dyplomatyczny, za co spadła na niego ogromna fala krytyki, ale przynajmniej pokazał, że nie będzie u niego miejsca na prowizorkę. Sezon 2019/2020 jednak ruszył, Legia zawodziła, a Vuković daleki był od krytyki gry swoich piłkarzy. Wczoraj zaś stwierdził bez ogródek, że z gry swoich graczy jest… dumny. Bo walczyli i nie zabrakło im odwagi. Trochę to zbyt mało, aby wyeliminować tak dobrze grającego rywala. Zwłaszcza że odwaga i waleczność to cechy, które powinny charakteryzować każdy zespół piłkarski, bez względu na klasę rozgrywkową, w jakiej występuje.

Legii na chwilę obecną, pomijając wspomnianych już zawodników znakomicie wyszkolonych technicznie, brakuje również charyzmatycznych liderów, piłkarzy „z jajami”, którzy wstrząsnęliby towarzystwem w takim meczu jak wczoraj. Takich jak Artur Boruc, który prowadził wczoraj doping warszawskiego zespołu. Nie każdy oczywiście musi być tak szalony i spontaniczny jak „Hoalie Goalie”, ale chodzi o to, by był to ktoś z autorytetem, poważaniem w szatni, przedłużeniem trenera na boisku. Wczoraj w zespole wicemistrzów Polski nikogo takiego nie zauważyłem. Ba, miałbym nawet problem ze wskazaniem, gdyby ktoś mnie zapytał, kto kimś takim mógłby być. 

Patrząc też już na chłodno, dwumecz przegrany został w Warszawie. Jeśli gdzieś można było ugryźć i zaskoczyć Rangersów, to właśnie tam. W Glasgow byliśmy bezradni i tak naprawdę 0:1 to najniższy wymiar kary. Może i Legia była o krok od dogrywki, ale za to od fazy grupowej Ligi Europy była przynajmniej o kilkaset kroków.

Lada moment rozpocznie się kalendarzowa jesień. Wedle prognoz synoptyków ma być niezwykle piękna, z temperaturą nie spadającą poniżej 20 stopni. Jesień piłkarska znów będzie jednak smutna i szara, z czwartkami wolnymi od pucharowych emocji z udziałem polskich zespołów. Grabarz w jednym z nowszych hitów zespołu „Strachy na Lachy” pt. „Chory na wszystko” śpiewał, że „pada mi za kołnierz jesieni polskiej glajda”. Miliony kibiców nad Wisłą, bez względu na klubowe sympatie, od trzech lat czują dokładnie to samo.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się